Kronika

Kroniki XXXIV: Żegnaj Moss Eil

Po powrocie do karczmy Igo zapytał: - Czyli uznajemy, że sprawa z Baronem jest załatwiona i wracamy do swoich zajęć? - No na to wygląda – odparł Kejn. - Trzeba dokończyć nasze szkolenia – powiedział Dalinar – Ty Igo już skończyłeś? -...

18.04.2026 • Prosiak • Tsume de Vries • Kroniki rodziny de Vries

Po powrocie do karczmy Igo zapytał:

  • Czyli uznajemy, że sprawa z Baronem jest załatwiona i wracamy do swoich zajęć?

  • No na to wygląda – odparł Kejn.

  • Trzeba dokończyć nasze szkolenia – powiedział Dalinar – Ty Igo już skończyłeś?

  • Nie.

  • Ja też na pewno znajdę sobie zajęcie – powiedziałem – Od traperów można się nauczyć wielu ciekawych rzeczy. A i Kejnie, chciałbym raz z tobą wybrać się do Tesijczyka.

  • Nie widzę problemu, lecz najpierw muszę go zapytać czy zgodzi się na wizytę. Jest dosyć specyficzny.

  • Czyli co, załatwiamy nasze sprawy i zawijamy się stąd tak szybko jak to możliwe?

  • Jeśli uznamy, że pogoda na to pozwoli, wyruszymy niezwłocznie – powiedział Dalinar.

  • Na pewno wszyscy musimy być czujni. Zapewnienia Barona to jedno, a zdrowy rozsądek to drugie – powiedziałem.

  • Dokładnie, tym bardziej, że przez większość dnia jesteśmy osobno – zgodził się Igo.

  • Powiedz mi Gniewomirze, co mam powiedzieć mojemu mistrzowi? Jaki jest cel twojej wizyty?

  • Powiedz mu, że pragnę zamienić z kimś kilka słów po tesijsku, bo nie mam zbyt często okazji, a chcę szlifować swój język. Wszak kto się nie rozwija, ten się cofa – odparłem.

  • No dobrze – powiedział z niezadowoleniem Kejn, jakby myślał, że robię go w konia.

  • A co myślicie o dalszych planach? - zapytał Igo – Co z Vernirem?

  • Słyszałeś co mówił Markus – zaczął elf – Mamy sobie odpuścić, bo to bilet w jedną stronę. A i Vernir nie chciałby naszej pomocy. Dopóki tak tego nie przedstawił, miałem gdzieś w głowie ratowanie go, ale teraz sam już nie wiem.

  • Żeby o tym zdecydować, moim zdaniem musimy najpierw spotkać się z łowcą z Lasu Svan – powiedziałem.

  • Zgadzam się z Gniewomirem – powiedział Dalinar.

  • Czyli do Dorrn wyruszymy przez Las Svan? - dopytał Igo.

  • Bliżej jest przez góry – odparłem – Ale tam raz jest realne zagrożenie ze strony Wiktów, a dwa śniegi utrzymają się dłużej, co uziemi nas tu na dodatkowe kilka tygodni, a chyba chcemy wyrwać się stąd jak najszybciej. Zatem wydaje się logiczne, że skoro będziemy i tak w Lesie Svan, to przy okazji odwiedzimy kontakt Dalinara.

  • Ja mam jeszcze kilka pytań do Markusa – powiedział Igo.

  • Pewnie jak my wszyscy – odpowiedziałem – Zaprosimy go do karczmy na jakiś późny obiad, kiedy wy wrócicie już ze szkoleń, a zanim ja wyjdę do roboty. Ale chyba czas już na spoczynek, za niedługo wstanie dzień. Trzeba ruszać do swych obowiązków, a my pierdolimy po próżnicy.

Bracia jakby dopiero wtedy zorientowali się, że jest naprawdę późno, pośpiesznie zgasili świece i uwaliliśmy się na łóżka.

Rano każdy z nas wyglądał źle. Kiedy jedliśmy śniadanie, do karczmy wszedł Baron. Otrzepał śnieg z ramion, przeszedł koło nas, rzucił zdawkowe „dzień dobry”, a my odpowiedzieliśmy grzecznie. Po czym Baron podszedł do karczmarza i zniknęli razem na zapleczu.

  • Mam nieodpartą ochotę zapytać go, kiedy egzekucja tamtej piątki – zaśmiał się pod nosem Kejn.

  • Nie róbmy nic głupiego – szybko odpowiedział Dalinar.

Obserwowałem karczmarza czy po rozmowie z Baronem nie będzie jakoś dziwnie na nas zerkał lub czy zmieni się nastawienie do nas, lecz nic takiego nie zauważyłem. Po pewnym czasie Baron wyszedł z karczmy.

Po śniadaniu bracia wyruszyli do swoich zajęć, a ja ponownie udałem się do trapera. Przyjął mnie serdecznie, zwłaszcza kiedy pokazałem, że w dłoni mam flaszkę z gorzałką. Wyjaśniłem mu po co przyszedłem, opisałem sytuację z bagien oraz narysowałem tropy, które widziałem na śniegu. Traper przyjrzał się śladom i powiedział:

  • To ślady ghuli, nieumarłych stworzeń, które padliną się żywią, wygrzebują zmarłych, a i na ludzi potrafią zapolować. Boją się ognia, lecz gdy są w dużej grupie, to lepiej spierdalać. Dawno temu, gdy nie było tu jeszcze Lorsonów, ojciec opowiadał, że i pod cmentarz podchodziły, by zwłoki wykopać.

Wypiliśmy kilka głębszych i lekko wstawiony wróciłem do karczmy, gdzie czekałem na braci. Po powrocie Igo podzielił się z nami kilkoma informacjami związanymi z Dorrn, których dowiedział się od czarownika Harmusa.

  • Mag wie co nieco o Dorrn i pociągnąłem go troszkę za język. Chciałem dowiedzieć się, gdzie uderzyć, aby zdobyć interesujące nas informacje. Podał mi dwa sposoby. Jednym z nich jest Dom Tarranta, który jest kontrolowany przez Kompanię Koral, która to posiada ogromne wpływy w Dorrn i okolicy. Ponoć gildia ta kontroluje szlaki handlowe na południe, na ziemie Malakusa. Współpracują z TKK, lecz nie jest tajemnicą, że prowadzą też szemrane interesy i mają całkiem spory wpływ na władcę Dorrn. Dom Tarranta to miejsce niedaleko siedziby Kampanii Koral, które w zasadzie jest kompleksem rozrywkowym. Panienki, hazard i tego typu sprawy. Tam znajduje się miejsce, zwące się Archiwum, w którym jest przechowywany spory księgozbiór, do którego dopuszczani są ludzie, których na to stać. Harmus ostrzegł mnie jednak przed nimi. Ponoć oszukali go i zażądali o wiele większej kwoty niż ta, na którą się umówili. Gdy nie mógł dopłacić, grozili mu śmiercią.

Igo przerwał na chwilę, aby zwilżyć gardło.

  • Drugą opcją jest biblioteka w Wysokim Słowie. Jest tam pewien człowiek, Andreas, który wykłada na wydziale teologicznym, a który to za pewną opłatą może wprowadzić chętnych do biblioteki. Harmus pozytywnie się o nim wypowiadał.

  • Cóż, mamy jakiś punkt zaczepienia na początek – powiedziałem – To lepsze niż poruszanie się po omacku. Myślę, że poprosimy też Markusa, jeśli będzie tam wcześniej, by zbadał grunt i może on też załatwi nam dostęp do pewnych źródeł.

Kejn oznajmił mi, iż następnego dnia mogłem udać się z nim do jego nauczyciela sztuki walki mieczem.

Nazajutrz wyruszyłem z nim na szkolenie. Po godzinie jazdy konno dotarliśmy do małego zgrupowania domów. Kilka z nich nie różniło się niczym od pozostałych budynków w Moss Eil, lecz dwa z nich były wybudowane w tesijskim stylu. Jeden był wyraźnie większy i to właśnie tam zaprowadził mnie Kejn. Była to sala treningowa, gdzie kilku Tesijczyków trenowało szermierkę i walki wręcz.

Przed wejściem do budynku, zwanego Dojo, siedział strażnik z bronią przy pasie. Zdjęliśmy tradycyjnie buty. Strażnik widząc Kejna skinął głową i bez słowa wpuścił nas do środka. Elf przywitał się po tesijsku – wymowę miał całkiem poprawną. Kejn wskazał mi ręką mistrza, a sam poszedł przygotować się do treningu. Podszedłem do niego i zgodnie z obyczajem wykonałem ukłon i usiadłem kilka metrów przed nim. Starszy Tesijczyk odezwał się w języku Północy:

  • Witaj, z czym przychodzisz?

Odparłem mu po tesijsku:

  • Dziękuję, że zechciałeś mnie przyjąć. Staram się wykorzystać każdą sytuację, kiedy mogę szlifować swój język – W wypowiedź wplotłem tajemny znak zakonu i obserwowałem reakcję jego, jak i ludzi dookoła. Nikt niestety nie zareagował.

  • Miło zawsze spotkać kogoś, kto z taką perfekcją rozmawia w moim ojczystym języku – powiedział – Mówisz płynniej niż niektórzy moi synowie, którzy zbrukali się niestety tutejszą mową. Chętnie napiję się z tobą tradycyjnej tesisjskiej herbaty – po tych słowach klasnął w dłonie, a na ten znak podeszły dwie kobiety z czarkami i czajniczkami i zaczęły przygotowywać dla nas herbatę. Rytuał picia herbaty jest bardzo zakorzeniony w tradycji starożytnej Tesji.

  • Kejnie! - krzyknął Tesijczyk – Porozgrzewaj się dziś dłużej, a ja tu chwilę porozmawiam z twoim przyjacielem.

Niespiesznie piliśmy herbatę, obserwując jak elf rozgrzewa się przed treningiem. Mistrz zaproponował mi, abym obejrzał trening elfa. Podziękował mi za konwersację, ukłonił się i podszedł do Kejna, aby nadzorować jego naukę. Usiadłem w pozycji medytacyjnej i obserwowałem Kejna.

Nie miałem pojęcia o walce mieczem, więc nieco znudzony obserwowałem jak elf powtarza do w kółko pewne kombinacje. Co jakiś czas Tesijczyk podchodził do niego, korygując błędy w postawie, które zauważał. Koło południa mistrz dał znak i trening się skończył. Elf przebrał się, ja podziękowałem mistrzowi za możliwość spotkania i ruszyliśmy w kierunku osady.

  • Jak tam bracie, pogadaliście sobie? – zapytał w drodze elf.

  • Ano pogadaliśmy sobie. Twój mistrz pochwalił mnie nawet za to jak biegle rozmawiam. Ze zdziwieniem przyznał, że mówię płynniej niż jego synowie.

  • Myślałem, że chciałeś pytać o coś konkretnego.

  • Nie, przecież powiedziałem ci wczoraj, po co chcę go spotkać. Chciałem wykorzystać okazję, aby odkurzyć sobie język.

  • Jak podobał ci się trening?

  • Nie znam się na tym, lecz wyglądał na dosyć mozolny i wymagający cierpliwości, a z punktu obserwatora dodatkowo na nudny.

  • Ano, mi też już się dłuży – zgodził się ze mną elf – Zwłaszcza, kiedy nie walczymy, a minuta po minucie, godzina po godzinie powtarzam daną sekwencję ruchów.

  • Cóż, cierpliwość i dyscyplina prowadzą do perfekcji – odparłem, a Kejn skinął głową.

Kolejne dni mijały w codziennej rutynie. Odwiedziłem ponownie traperów, z prośbą aby wykonali dla mnie krótki łuk, nadający się na polowania. Umówiłem się też, że skoczymy do lasu, abym oswoił się z nową bronią. I tak minęło kilka dni. Baron się nie naprzykrzał, a przy kilku sytuacjach, kiedy go spotykałem, zdawkowo kiwał tylko głową w moim kierunku, unikając bliższej konfrontacji.

Poranki mijały mi na medytacji i próbie zrozumienia tego jak moje ciało za pomocą Ki może bronić się przed ogniem. Potem wraz z traperem piłem wódkę i uczyłem się polowania z łukiem. Trzeciego dnia udało mi się ubić młodego jelonka. Tego też dnia, kiedy siedzieliśmy już wspólnie z braćmi przy obiedzie, zagaiłem Igo:

  • Pracuję ostatnio nad koncentracjami związanymi z żywiołami i potrzebowałbym twojej pomocy. Chciałbym przetestować to co udało mi się osiągnąć przy pomocy magii. Chodzi o wchłanianie mocy ognia, aby jego potencjał przeistoczył się w rodzaj bariery fizycznej. Jestem pewien, że ogień z ogniska, świecy, czy pochodni opanowałem, lecz nie wiem jak zadziała to w przypadku ognia wywołanego przez czary. Widziałem twój czar „rozpierdalający” w Bakaraku i chciałbym spróbować na nim. W tym celu musiałbyś potraktować mnie tym zaklęciem.

  • Naprawdę? - zapytał zdziwiony Igo.

  • Mówię całkiem poważnie.

  • Nie wiesz jak to działa i chcesz, abym potraktował cię takim zaklęciem?

  • Spodziewam się jak to zadziała, lecz pewności nie mam. Wolę wypróbować to w sposób kontrolowany, niż później w walce się niemiło rozczarować. Ten czar, raczej nawet jak nie wyjdzie, mnie raczej nie zabije.

  • Ale poparzenia tego typu to nic przyjemnego – stwierdził mag.

  • Dlatego chcę to wypróbować w kontrolowany sposób. Jeśli zobaczysz, że zaczynam się wydzierać, to przerwiesz, a dodatkowo poproszę Dalinara o czuwanie nad moją osobą.

  • Nie wiem czy to jest rozsądne Tsume – powiedział kapłan.

  • Trzeba pokładać nadzieję w bogini – odparłem.

  • Zgadzam się, ale bogowie nie lubią, kiedy nierozsądnie szafuję się ich mocami.

  • Nie będę szafował jego mocą, ja chcę tylko ją zgłębić.

  • Ten czar go raczej nie zabije, lecz nie wszystko da się przewidzieć – powiedział Igo – Jestem gotów to sprawdzić.

  • Zatem i ja w razie czego pomogę ci z ranami, skoro jesteś zdecydowany.

  • Chodźmy zatem za karczmę, gdzieś dalej w głęboki śnieg. W razie czego rzucę się w zaspę.

  • Nie jestem do końca przekonany, ale jeśli chcesz, to chodźmy – powiedział Igo.

Wyszliśmy z dala od osady, a ja ustawiłem się po kolana w śniegu. Igo stanął w bezpiecznej odległości, a Dalinar niedaleko w gotowości.

  • Igo, jeśli zobaczysz, że będę się wydzierał, to przerwij czar. Zacznij gdy dam ci znak.

Wzmocniłem na wszelki wypadek swoją wytrzymałość, a później skupiłem się nad nową Koncentracją i dałem znak Igo. Stałem z wysoko podniesioną twarzą, pokładając wiarę w Bogini.

Igo wyciągnął składnik i wymówił słowa zaklęcia, a z jego dłoni wystrzelił strumień płomieni. Poczułem żar ognia, lecz nie na tyle mocno, aby miało zrobić mi to krzywdę. Po chwili płomienie zniknęły, a ja musiałem dłonią zgasić tlące się na mnie ubranie.

  • Jestem pod wrażeniem – powiedział Igo, klaszcząc w dłonie.

  • Ano, trudno zaprzeczyć – powiedział Kejn.

  • Dziękuję Gurney’u.

  • Czy zatem mogę rzucać „Kulę ognia” w twoim zasięgu?

  • No, raczej musiałbym o tym wiedzieć i mógłbyś to zrobić jedynie na mój znak. Pod warunkiem, że efekt tego czaru nie jest o wiele mocniejszy od tego.

Wróciliśmy do karczmy, a gospodarz, kiedy tylko zobaczył moje ubrania, tylko złapał się za głowę.

  • Gniewomirze nic ci nie ma?

  • Było zimno i wpadłem do ogniska.

  • Czy on nie miał przestać pić?! - zapytał z przerażeniem moich braci.

  • Byłem trzeźwy, to zwykły wypadek – odparłem – A teraz idę kupić ubranie.

Wybrałem się do sklepu krasnoluda i kupiłem nowe ciepłe ubrania, po czym wróciłem do Czerwonego Goblina.

  • Wracamy po resztę naszego wyposażenia do obozowiska, które zostawiliśmy? - zapytał Igo.

  • To nie jest dobry pomysł – odparłem – Sypie non stop i nie jestem przekonany, czy w ogóle je znajdziemy.

  • To znów będzie przerwa w szkoleniu – powiedział Kejn – I czy chcemy ryzykować? W sumie w niedzielę się nie szkolimy, można by wyruszyć wtedy.

  • Zobaczymy – odparłem – Jak do niedzieli będzie sypać, to mija się to z celem.

Dni mijały na codziennej rutynie, a w sobotę zaprosiliśmy Markusa na obiad. Krasnolud odwiedził nas i zamówiliśmy jedzenie do pokoju. Na tę okazję zamówiliśmy indyka i małą beczułkę piwa.

  • Za dziesięć dni wyruszam – oznajmił Markus – Pierwsze kroki skieruję do Gis, aby złapać kontakt z Zakonem, a potem udam się do Dorrn. Tam, jeśli tak zadecydujecie, możemy się spotkać.

  • Mam takie pytanie – zacząłem – Czy jak będziesz próbował kontaktować się z Zakonem, mógłbyś przedstawić naszą prośbę o wtajemniczenie nas w sprawy Zakonu? Miał taką prośbę wystosować Graham, ale jak sam mówiłeś, ten kontakt może być już spalony na zawsze.

  • Wystosuję taką prośbę – obiecał krasnolud.

  • Koniec mojego szkolenia zbiegnie się wraz z twoim wyruszeniem do Gis – zaczął Igo – Może mógłbym się z tobą zabrać?

  • To nie jest najlepszy pomysł – przerwałem mu.

  • Dlaczego? Tu nie będę miał co robić, a w Dorrn mógłbym lepiej spożytkować swój czas.

  • Ja nie widzę problemu – powiedział Markus – To będzie trudna podróż, ale do zrobienia.

  • Igo umowa z Baronem może być dla niego mniej wiążąca, jeśli zobaczy, że jest nas mniej – powiedziałem.

  • Myślisz, że uzna, iż jesteśmy osłabieni?

  • No Baron na pewno się dowie, że wyruszyłeś – powiedział Kejn – I może uznać, że skoro jesteśmy osłabieni, to trzeba zmienić zdanie co do paktu.

  • Dokładnie. Zapewnienia o pokoju nie są słowami Hermana, on nam je tylko przekazał – powiedziałem – Nie chcemy dawać Baronowi żadnych pretekstów do zmiany zdania.

  • Chciałbym poświęcić ten czas na zdobycie dostępu do ksiąg – powiedział Igo.

  • Nikt nie wątpi w słuszność twojego pomysłu – powiedział Kejn – Lecz ryzyko jest duże. I tak będziemy mieli czas co najmniej do lipca na zgłębianie wiedzy.

  • Są dwie sprawy – zaczął Dalinar – Baron wie, że Gurney jest czarodziejem i może go to zachęcić, a druga sprawa to Kaspian Talio. Myślę, że możesz nam się przydać. A co jeśli sprawa z Kaspianem rozwinie się tak, że nie będziemy mogli wyruszyć do Dorrn?

  • Dokładnie – zgodził się z kapłanem elf.

  • Wydaje mi się, że wyruszymy jak najszybciej, kiedy tylko okaże się to możliwe, nawet jeśli śniegi jeszcze nie zejdą – kontynuował Dalinar – Myślę, że wtedy w połowie kwietnia będziemy w Dorrn. I naprawdę będzie sporo czasu na studiowanie.

  • No dobrze – powiedział Igo – Skoro tak uważacie.

  • Na ten moment plusy z takiej decyzji są mniejsze niż minusy – powiedziałem.

  • Jeżeli by doszło Markusie do tego, że znajdziemy to Kowadło Gniewu w Ard-Danberg, to co dalej? - zapytał mag.

  • No, będziemy musieli je przetransportować do Umbarak. Dodatkowo jestem pewien, że znajdziemy tam kosztowności. Liczę też na to, że znajdziemy tam rozległą wiedzę, która rozszerzy moją sztukę kowalską.

  • Chciałbyś użyć tego Kowadła? – zapytał Igo.

  • Oczywiście, jeśli tylko zrozumiem jak działa – odparł Markus – To by było wspaniałe.

  • Z tego co mówiłeś, to potężny artefakt. Jeśli rozeszłoby się, że jesteś w jego posiadaniu, pewno znajdzie się wielu, którzy będą chcieli go zdobyć – powiedział mag.

  • Dlatego proszę was o zachowanie dyskrecji. Nie wiem jakie są rozmiary tego przedmiotu, lecz będę chciał je przewieźć. Jeśli przybyłbym do Umbarak i udowodnił, że to Kowadło Gniewu, byłbym pod pełną ochroną Archonta.

  • A jak ma się Umbarak do Kościoła Delidii? - zapytałem.

  • W Umbarak nie ma żadnego Kościoła. Handlujemy z Karabakiem, lecz nie ma tam żadnej przeklętej świątyni. Archontowi ponoć próbują doradzać kapłani, lecz z tego co wiem za nic ma ich podszepty.

  • Jak moglibyśmy się podzielić tym co znajdziemy? – zapytał Igo – Z czegoś trzeba żyć.

  • O tym jeszcze nie myślałem.

  • Nie dzielmy skóry na niedźwiedziu – powiedziałem do maga.

  • Na pewno jakoś się dogadamy. Na razie mam tylko glif. Tylko i aż. Myślę, że dojdziemy do porozumienia się przed wyprawą.

  • Markusie, czy słyszałeś może jakieś podania o tym, że Dur-Durang przekuł Włócznię Przeznaczenia?

  • Oczywiście. Natknąłem się na zapiski, że dawno temu pewien człowiek spotkał się z Kowalem i ten przekuł dla niego jakąś legendarną broń. Nie wiem czy chodziło o to, lecz podanie głosi, że był to przedmiot wykonany z Gwiezdnego Metalu. Kowal nałożył potężne zaklęcie na tę broń zwane „Runem Nocy Elfów”, który później przyczynił się do upadku Leredeonu, jednego z wielkich elfich królestw.

  • A wiadomo kim był człowiek, który odwiedził Kowala?

  • Niestety nic o nim nie wiem.

  • A czy samo posiadanie Kowadła sprawi, że będziesz potrafił na nim kuć? - zapytałem.

  • Nie, ale liczę na to, że wiedza, którą tam znajdziemy pozwoli mi się tego nauczyć. My krasnoludowie dbamy o to, aby taka wiedza była zapisana. Tak ważne przekazy wykuwa się na specjalnych tablicach, które są o wiele trwalsze niż papier. Dlatego liczę na to, że ta wiedza tam przetrwała.

  • A czy tak wielkie wydarzenie jak przekucie Włóczni Przeznaczenia może być gdzieś odnotowane?

  • Nie mam pewności, lecz nasi kronikarze są bardzo skrupulatni. Nawet małe osady krasnoludów leżące w Górach Złamanych Szczytów, mają swojego kronikarza. Zazwyczaj taka osoba zapisuje istotne wydarzenia dla lokalnej społeczności, które raz na dziesięć lat są przenoszone do danej stolicy okręgu. I tam kronikarze kopiują zapiski. Jest więc spora szansa, że jeśli taki artefakt tam był, to będzie o tym wzmianka. Zapisków z tamtych czasów jest mało, lecz mimo wszystko są i to dowodzi tylko tego, że to miejsce naprawdę istniało.

  • Dlaczego tego krasnoluda nazywano Mrocznym Kowalem? - zapytałem.

  • Władał mocą istot nie z tego świata.

  • Chodzi mi o to, czy nie przedkładał samego procesu kucia nad to, do czego dany przedmiot miał służyć. Czy w ogóle obchodziło go, że na przykład broń spowoduje zagładę Leredonu?

  • Liczę na to, że odkryjemy to wspólnie – powiedział Markus – Skąd w ogóle twoje zainteresowanie tym tematem Gniewomirze?

  • Anton wysłał mnie na szkolenie i tam natknąłem się na te informacje.

  • Rozumiem. Słyszałem jedną z legend, która mówi, że Zaćmienie, które miało miejsce 223 lata temu, było wynikiem pęknięcia Włóczni. Ten glif, który znalazłem, jest kolejnym elementem układanki, która próbuję rozwiązać. Gurney’u zastanów się czy chcesz wyruszyć do Gis. Ostrzegam, że tempo narzucę sporę.

  • Moi bracia jasno wyrazili opinię na ten temat, więc odpuszczę. A jak widzisz ewentualną wyprawę – zagaił Igo – będziemy podróżować w piątkę?

  • To zależy czego dowiem się o celu naszej podróży w Dorrn – odparł Markus – Jeśli będzie to wyprawa w rejony zamieszkałe przez jakieś groźne stworzenia, może będzie trzeba kogoś jeszcze zabrać. Ciężko teraz wyrokować, ostanie wzmianki o kuźni mają ponad pięćset lat. Dlatego też muszę zgłębić ten temat.

  • Czy jest możliwe, że kuźnia znajduje się na ziemiach Malakusa? - zapytałem.

  • Jest taka możliwość, lecz nie mam pewności.

  • No to nawiązuje się kolejne pytanie. Znamy obyczaje i to jak zachować się na ziemi we władaniu Delidii, ale czy wiesz coś może o wyznawcach Malakusa?

  • Nigdy tam nie byłem, lecz słyszałem mroczne historie o kultach, którzy czczą bogów węży. Ponoć składają im ofiary z ludzi, aby zaspokoić ich wieczny głód. Kraj ten żyje z handlu niewolnikami, których sprowadza na potęgę. Lenna Malakusa ciągną się daleko na południe, głównie wzdłuż wybrzeża Wiecznego Morza.

  • Trzeba będzie zgłębić tą tematykę w Dorrn – powiedziałem.

  • Co będzie, jeśli z jakiejkolwiek przyczyny zboczysz z obranego kursu i nie będzie cie w Dorrn? - zapytał Kejn.

  • Musicie pytać w karczmie Pod Czarnym Gołębiem. Postaram się wysłać wam wiadomość.

  • Jeśli będziesz w Dorrn przed nami, to proszę spróbuj wypytać dla mnie o przedstawicielkę zakonu Ostatnich Wiedźm Nahnagarru, abym nie musiał szukać po omacku. Jest to dla mnie niezmiernie ważne.

  • Postaram się wypytać.

  • A teraz jak masz ochotę na dobre „ale”, to zapraszam ze mną. Ja stawiam.

  • Bardzo chętnie.

Bracia pożegnali się z Markusem, a ja wraz z nim udałem się do pracy. W karczmie wypiliśmy kilka kufli i krasnolud udał się do domu. Na koniec dniówki karczmarz powiedział:

  • Słuchaj Gniewomirze. Ruch się zmniejszył, musimy obniżyć ci pensję. Możemy płacić ci dwa srebrne ambardy i dostaniesz zniżkę na piwo i jedzenie.

  • W takim razie muszę zrezygnować. Jestem już zmęczony.

  • Zastanów się, to dalej całkiem dobra oferta.

Tak skończyłem swoją pracę.

Po powrocie do karczmy uświadomiłem braciom, że nie widzę dużych szans na odnalezienie obozowiska, które zostawiliśmy w Zalanej Kniei podczas wyprawy do Numenory. Postanowiliśmy zatem porzucić ten pomysł.

Dni mijały, aż doczekaliśmy do chwili, kiedy Markus wyruszał w drogę. Pożegnaliśmy się serdecznie i życzyliśmy sobie powodzenia. Obiecaliśmy sobie, że jeśli nic nam nie przeszkodzi, to spotkamy się w Dorrn.

Kolejnego dnia przy obiedzie Dalinar powiedział:

  • Słuchajcie. Podczas szkolenia u Lorsonów wypytywałem tak delikatnie o ucieczkę tych zabójców. Dwóch orczych wartowników, którzy ich pilnowali, zostało uśpionych. Wydaje im się, że ktoś dosypał coś do wina. W dniu, w którym się to stało, Baron gościł u nich na kolacji i spędził tam czas do późnej nocy.

  • No i co z tego. Mógł do trunku dosypać im coś niziołek Corvin, który zaproponował mi poddanie walki. Ale teraz to już chyba dla nas nie ma znaczenia. Inna sprawa to Baron chyba nie potrzebuje alibi.

  • Pewnie nie – zgodził się Dalinar – Mówię o tym, bo po prostu wynikło to z rozmowy.

Czas mijał, ja uczyłem się polować i skórować zwierzynę, a bracia kontynuowali swoje szkolenia. Baron nie narzucał się nam, czasem tylko skinął głową w geście powitania. Staraliśmy się nie wchodzić sobie w drogę. Pewnego dnia, gdy siedziałem w pokoju, rozległo się pukanie do drzwi. Otwarłem, a w drzwiach stał młody chłopak z jakimiś tobołkami w ręce.

  • Witaj mistrzu, przysyła mnie karczmarz z Brudnej Tary. Czy zgodziłbyś się, abym cię namalował?

  • Nie widzę problemu – odparłem.

Chłopak wyraźnie się ucieszył.

  • Mógłbyś stanąć tam? – wskazał mi ręką okolice nadpalonego łóżka.

  • Tak dobrze?

  • Idealnie.

Chłopak rozłożył sztalugę, po czym zabrał się do pracy. Po kilku godzinach do pokoju wszedł Igo i stanął zdziwiony.

  • Mistrzu mam przerwać? – zapytał speszony malarz.

  • Nie, kontynuuj – powiedziałem i wyjaśniłem Igo co się dzieje.

Po kolejnej godzinie portret był gotowy. Muszę przyznać, że był bardzo udany.

Chłopak podał mi pędzel i powiedział:

  • Jeszcze tylko podpis. Napisz proszę Mistrz Moss Eil 222/223 - Gniewomir.

Wykonałem zamaszysty podpis, a uradowany chłopak podziękował, pozbierał swoje narzędzia i wyszedł.

Mijały kolejne dni. Zaczęło się czuć powiewy cieplejszego powietrza. Bywały dni, kiedy śnieg bardzo powoli się topił. W końcu bracia skończyli swoje szkolenia i myśleliśmy tylko o tym, aby ruszyć w drogę. Dotrwaliśmy tak do połowy marca, gdy zdecydowaliśmy, że to najwyższy czas, aby wyruszać w kierunku Rozstajów Ehelda. Zakupiliśmy potrzebne wyposażenie oraz prowiant na drogę.

Pożegnaliśmy się z karczmarzem. Wyraził nadzieję, że w przyszłym roku znowu stanę do walki w turnieju. Pożegnaliśmy także Hermana Tunnera i wyruszyliśmy w drogę.

Dzień rozpoczęcia naszej podróży był słoneczny. Około południa na krótką chwilę ociepliło się na tyle, że z drzew zaczęła kapać woda z topiącego się śniegu. Było widać, że lada chwila zima odpuści. Jechaliśmy, wystawiając twarze do słonecznych promieni. Byliśmy zadowoleni, gdyż każdego z nas na swój sposób zmęczył pobyt w osadzie. W pewnym momencie zagaiłem rozmowę.

  • Dalinarze, widziałeś to jak wchłonąłem ogień. I tak od tego czasu zastanawiałem się jak wykorzystać to w boju. Kiedyś powiedziałeś, że mógłbyś obdarować nas błogosławieństwem „Korowej skóry”. Czy to błogosławieństwo ograniczyłoby skutki działania ognia?

  • Niestety nie – odparł kapłan – to pomaga chronić przed obrażeniami fizycznymi. A dlaczego pytasz?

  • Igo dysponuje zaklęciem kuli ognia, lecz jest on potężniejsze niż czar, którego użył przy próbach. Wiem, że pozostał mi pewien zapas ochrony, lecz nie wiem czy na tyle duży, abym przetrwał taki czar bez szwanku, dlatego pomyślałem o „Korowej skórze.” Myślę, że dobrze by było ustalić jakiś sposób porozumienia się w trakcie walki. Dajmy na to otacza mnie duża grupa przeciwników, daję umówiony znak Igo i on wypuszcza kulę ognia w moim kierunku, a przeciwnicy mają spory problem.

  • Ja też potrafię posługiwać się ogniem – odparł Dalinar – Wprawdzie jeszcze nie widzieliście działania tej modlitwy, bo dotychczas nie było momentu, w którym uznałbym iż ta moc jest przydatna. Więc twój pomysł wydaje się być sensowny. Możemy to wykorzystać na naszą korzyść, to na pewno zaskoczyłoby przeciwników.

  • Jest tylko jeden problem – przerwał Igo – Tak jak poprzedni czar jest powiedzmy przewidywalny, tak z kulą ognia różnie bywa. Jej efekt, mimo że obszarowy, może wywołać niższą temperaturę, ale również o wiele wyższą. Nie jestem w stanie w pełni kontrolować efektu.

  • Mógłbyś określić jaka będzie różnica w skrajnym wypadku?

  • Ciężko to ująć w słowach, lecz myślę, że około połowy mocniej.

  • Myślę, że gdybym odpowiednio przygotował się do takiego uderzenia, jestem w stanie przetrwać to bez szwanku lub przy minimalnych poparzeniach. Trzeba rozważyć taką możliwość na wyjątkowe sytuacje. Musimy ustalić jak dać sobie znać, iż jestem na coś takiego gotów. Co więcej, zareagować musimy wszyscy szybko i sprawnie. Tak, abyście wy nie byli w obszarze rażenia to raz, a ty musisz mi dać znać, że jesteś w stanie rzucić ten czar szybko. Moja ochrona nie działa długo.

  • Trzeba to przemyśleć i ustalić jak to wprowadzić w życie – powiedział Igo – Strategia wydaje się być interesująca.

  • Zawsze możemy zrobić tak – powiedział kapłan – że na ten znak Igo rzuca „Kulą ognia”, a ja sprowadzam „Słup ognia”.

  • Nie, nie nie – powiedziałem szybko – No chyba, że chcesz mieć pieczonego brata. To tak nie działa. Gdy wchłonę pewną ilość ognia tracę odporność. Jestem nawet za tym, aby pod twoją ochroną Dalinarze to przetestować, abym nie zdziwił się podczas walki, że jednak się przeliczyłem. To samo tyczy się „Słupa ognia.” Bo nie wiem jakiej natury jest ogień sprowadzony przez ciebie.

  • To ustalamy jakieś hasło? - zapytał Igo.

  • Rzuć kulą ognia – powiedział Dalinar.

  • Nie, nie. Chodzi o coś, co nie zasygnalizuje wrogowi naszych zamiarów, a zanim to ustalimy, chciałbym, tak jak mówię, najpierw wykonać testy.

  • Natura ognia jest zwykła – powiedział kapłan – Jest to dar od Vergena, lecz sam ogień jest zwykłym ogniem.

  • Będzie odpowiedni czas, to przeprowadzimy testy – powiedziałem – Jest jeszcze jedna kwestia, którą chciałbym poruszyć. W ostatnim czasie dowiedzieliśmy się wielu nowych rzeczy. Część wyjaśniła pewne sprawy, a część zagmatwała jeszcze bardziej to co już wiedzieliśmy. Dowiadujemy się coraz więcej o Włóczni Przeznaczenia, coraz częściej natykamy się na ślady starych bogów. Tak jak choćby zamknięta kapliczka w lesie obok Gadarty, czy kaplica w Białej Osadzie. Chciałbym zacząć łączyć te kropki i zrozumieć zależności między moją boginią a starymi bogami.

  • Muszę powiedzieć Tsume, że zaimponowałeś mi takim stwierdzeniem – powiedział Igo.

  • Ja po drodze mogę opowiedzieć ci co nieco o Vergenie, ale o innych wierzeniach mam wiedzę raczej pobieżną – powiedział Dalinar.

  • Chętnie posłucham o Szarej Księdze i doktrynach twej wiary.

  • Co się dzieje Dalinarze – zagaił Igo – jak wyznawca łamie przykazania twojej wiary?

  • Może popaść w niełaskę – odparł kapłan.

  • Ale chodzi ci o wyznawcę czy kapłana? – zapytałem.

  • Zacznijmy od wyznawcy – powiedział Igo.

  • Wydaje mi się, że dzieje się dokładnie nic – odparłem.

  • W sumie chyba masz rację – zgodził się Igo – Więc zapytam o kapłanów.

  • W zależności od tego jak postępujesz, taką łaską obdarza cię bóg – powiedział kapłan – W ekstremalnych sytuacjach może odebrać ci moce kapłańskie.

  • Słyszałeś o takim przypadku?

  • Oczywiście, że tak. Wbrew pozorom to nie jest takie trudne. Wszystko zależy od twoich czynów i od tego jak posługujesz się darami od boga. Jeśli będziesz nadużywał ich mocy, może im się to nie spodobać. To nie jest tak jak z magią, że możesz jej użyć bez konkretnej potrzeby i powodu. Kapłan zwraca się do istoty boskiej i prosi o udzielenie mu jej części. Nie poproszę boga o „Słup ognia”, aby rozpalić w kominku.

  • Odniosłeś kiedyś wrażenie, że bóg jest niezadowolony z twoich decyzji? - zapytał Igo.

  • Nie, nigdy. Czuję jego ciągłe wsparcie.

  • Powiem tylko tak Igo – zażartowałem – Pycha kroczy przed upadkiem – na te słowa Igo roześmiał się głośno.

  • Wszelkie nasze działania są miłe Vergenowi, zwłaszcza nasza walka z kościołem Delidii.

Jechaliśmy, a Dalinar opowiadał mi o wierze:

  • Swego czasu ludzie wierzyli w wielu bogów. Jeśli ktoś potrzebował szczęścia, modlił się do boga szczęścia, jeśli wojownik wyruszał w bój, modlił się do boga wojny. Jeśli jakaś para nie mogła mieć dziecka, wznosili modły do bogini płodności. Obecnie jest inaczej. Delidia zabrania oddawać cześć innym bóstwom. Nawet jeśli Malakus jest traktowany jako jedno z trzech prawdziwych bóstw, wyznawcy Delidii nie mają prawa go czcić. O wszystko prosi się Delidię. Kapłani w dawnych czasach poświęcali swą wiarę jednemu bóstwu, lecz szanowali innych bogów. Oczywiście poszczególni bogowie mieli też swoich wrogów. Kapłan jednej religii często nieprzychylnie patrzył na wyznawców wrogich bóstw. Często były to powody do wszczynania wojen religijnych na dużą skalę.

  • Jakie jest bóstwo, które jest nieprzychylne Vergenowi? – zapytałem.

  • Tuluntus, Iftin. Ten pierwszy to bóg szaleńców. Iftin z kolei jest bogiem wiatru i podróżników.

  • Powiedz mi Dalinarze jak odniósłbyś się do takiej sytuacji. Pierwszy raz słyszę dziś o Tuluntusie, ale powiedzmy, że w przyszłości odnajduję jego kaplicę, wyznawców, czy też kapłana. Ja z moim podejściem miałbym do niego szacunek, gdyż wierzę iż wszyscy bogowie wywodzą się od bogini. Czy przez to stałbym się twoim wrogiem?

  • Ty nie, ale jego wyznawcy jak najbardziej. Dla mnie wyznawcy Tuluntusa są dla mnie nieprzychylni. Sytuację troszkę komplikuje obecna sytuacja na świecie, jako że wszyscy starzy bogowie to wrogowie Delidii. Gdybym znalazł taką świątynię, zwyczajnie bym do niej nie wchodził, a gdybym wiedział o takim kapłanie unikał bym go. Inna sprawa, że Tuluntus jest złym przykładem. Bo to bóg szaleńców, w jednej chwili mógłbyś z nim rozmawiać, a w drugiej bez powodów mógłby cię zaatakować. Czasem zwykli szaleńcy podawali się za kapłanów, a kapłani za szaleńców. Ale ogólnie rozumiem o co pytasz. Z tym, że przykład niefortunny. Myślę, że nie mam oporów przed tym, iż uważasz że każde bóstwo zasługuje na szacunek.

Droga mijała szybko podczas tej pouczającej rozmowy. Przed pierwszym noclegiem zabrałem swój nowy łuk i oznajmiłem, że spróbuję coś upolować. Wyznaczyłem sobie krótki czas z myślą, że jak się uda to dobrze, a jak nie to i tak mamy wcześniej zakupiony prowiant. Wyruszyłem w las. Tego dnia szczęście mi dopisało, ponieważ niedaleko od traktu znalazłem tropy jelonka. Udało mi się go podejść i oddać śmiertelny strzał. Z dumą wróciłem ze zdobyczą do obozu.

  • Ładna sztuka – powiedział Igo – Trzeba ją oprawić.

  • Obiorę ją na szybko – odparłem – Tak, aby nie marnować mięsa. Nad zachowaniem skóry nie będę się skupiał i tak nie mamy czasu ani warunków, aby się w to bawić.

Zabrałem się za przygotowanie sarny i podzieliłem mięso na porcje. Igo część od razu wrzucił do kociołka, a resztę zostawiliśmy, gdyż niska temperatura zapewniała świeżość reszcie mięsa.

  • Będzie trzeba Igo zainwestować w przyprawy – powiedziałem – W końcu będziemy jedli jak lordowie.

  • Coś tam jeszcze mam, ale faktycznie można dokupić jakichś ziół.

Ognisko paliło się przez całą noc, a nad nim wysoko wisiał kociołek z gulaszem i gotował się powoli. Nad ranem gulasz był gęsty i esencjonalny, a mięso rozpływało w ustach. Z zadowoleniem pogratulowaliśmy Igo i wyruszyliśmy w dalszą podróż.

Kolejne dni mijały spokojnie, a zamrożone mięso zapewniło nam konkretne posiłki. Czym bliżej celu dni stawały się wyraźnie cieplejsze. W końcu oddalaliśmy się od pasma gór, gdzie leży Moss Eil. Trzeciego dnia dotarliśmy do Rozstajów Ehelda. Udaliśmy się do gospody, w której spaliśmy w drodze do Moss Eil. Było tam kilku gości, większość żołnierze z tamtejszego posterunku. Widać było, że mimo ocieplenia, handel nie ruszył jeszcze na dobre. Gospodarz ucieszył się na widok gości.

  • Witam – powiedział z uśmiechem – Widać, że zima już w odwrocie. Skąd przybywacie? Dorrn? A może z Gis?

  • Z Moss Eil – powiedział Kejn.

  • Aaa faktycznie. Już was tu widziałem. Wiecie zatem, że za uczciwą cenę można tu dobrze zjeść i wyspać się w czystym pokoju. Coś podać?

Igo wskazał głową na palenisko:

  • Mamy swoje mięso z polowania, a szkoda by było, aby się zepsuło. Można wrzucić na ruszta?

  • Oczywiście panowie. Tłumów nie ma, ruszt stoi pusty. Korzystajcie – odparł gospodarz.

  • A miałbyś karczmarzu do odsprzedania trochę ziół, aby przyprawić mięsiwo?

  • Ano coś się znajdzie. Sól, tymianek, majeranek, trochę jałowca.

  • Chętnie bym odkupił – powiedziałem.

Gospodarz przyniósł po solidnej garści suszonych ziół, zawiniętych w małe skrawki płótna. Zapłaciłem mu cztery srebrniki, a Igo od razu użył składników do przyprawienia mięsa nad ogniem.

  • Chcielibyśmy się zapytać o drogę do osady Mała Woda – powiedział Dalinar.

  • Ano jest tak osada, droga nie jest trudna. Lecz sam las jest niebezpieczny. Wiecie, banici.

  • No dlatego wyruszamy teraz, kiedy handel jeszcze nie ruszył – powiedziałem – Liczymy na to, że banici nie czekają na nikogo przy pustych szlakach.

  • Ano rozsądnie, lecz zdarzało się i tak, że znajdowaliśmy poszarpane ciała, zatem może wilcy, a może jakie inne potwory. Zatem czujnym i tak trzeba być.

  • Wiesz gospodarzu – powiedział elf – Na szlak górski w Moss Eil za wcześnie. Tam też roi się od Wiktów. A i sprawę mamy w Małej Wodzie, więc nasz wybór padł na Las Svan.

  • Musicie iść na wschód w kierunku Dorrn. Tak niecały dzień drogi stąd będzie taki kamień, pomalowany na czerwono. Tam będzie ścieżka na północ w las i właśnie tą drogą musicie się udać.

  • A lasem długo potem trza iść? – dopytałem.

  • Ano długo, prawie dwa dni. Mało Woda to w zasadzie rolnicza osada, ziemie tam żyzne. Znajduje się przy Kroczącym Zakolu. To zakole rzeki Svan, dopływu Długiej Rzeki, płynącej prawie przez cały Karabak.

  • A powiedz mi gospodarzu, czy jak będziemy udawać się do Dorrn, są po drodze jakieś gospody? - zapytałem.

  • Tak, są jeszcze dwie. Jeden zajazd zaraz po tym jak wyjdziecie z Lasu Svan, jakieś cztery dni drogi pieszo na wschód od tego pomalowanego kamienia. A następny kilka dni dalej.

Po tej rozmowie zapłaciliśmy za piwo i nocleg. Dalinar grzebał długo w mieszku, by wysupłać należność.

  • Gdzie twoje złoto – zapytałem, widząc jego pusty mieszek.

  • A jakoś nie było okazji wam powiedzieć – odparł kapłan – Okazało się, że jestem pojętnym uczniem i szkolenie zakończyłem szybciej niż zakładali to Lorsonowie. Widząc mój potencjał, zaproponowali mi dalszy jego ciąg. Nie wiedziałem, kiedy nadarzy się kolejna okazja, aby spotkać tak znamienitych nauczycieli. Druga sprawa, kto wie kiedy znów będziemy mieć tyle wolnego czasu. No więc zapłaciłem za dalsze szkolenie i wygląda na to, że będziecie musieli mnie wspomóc finansowo.

Po tych słowach zrobiłem ruch, jakbym rzucał w jego stronę monety i krzyknąłem:

  • Tańcz Dalinarze! Tańcz!

Kejn i Igo wybuchnęli gromkim śmiechem. Jedynie kapłan skrzywił się urażony.

Popijaliśmy piwko, a Igo doglądał mięsiwa. Przyprawione smakowało jeszcze lepiej. Po obfitej kolacji udaliśmy się na spoczynek. Z rana kontemplowałem nad istotą mojego nowego daru od bogini. Czy miało to coś wspólnego z żywiołami, czy mógłbym w jakiś sposób poskromić wodę, powietrze i ziemię? Rozmyślając nad tym, wpadłem na pomysł, aby skupić się na wodzie. Zobaczymy co dadzą mi te rozważania. Po śniadaniu dokupiliśmy jeszcze trochę paszy dla koni, jako że na świeżą trawę miało przyjść nam jeszcze poczekać.

Podziękowaliśmy karczmarzowi i ruszyliśmy w drogę.

  • Kejnie, miej oczy szeroko otwarte – powiedziałem – Pogoda znacznie się polepszyła i mogą się tu już czaić jacyś banici.

  • Zawsze jestem czujny – odparł elf – Nie chcemy być pierwszymi ofiarami.

  • Zdecydowanie nie chcę otworzyć sezonu roku 223 jako obrabowany – zażartowałem.

  • Ano nie ma żartów – powiedział Kejn – Kiedy byliśmy z Dalinarem w Karhanie nasłuchałem się co nieco o Lesie Svan. To kryjówka różnych band, zbiegów i temu podobnych szumowin. Duża część tych lasów to tereny niczyje. Ani Celeborn, ani Karhan, ani Dorrn nie upomina się specjalnie o wioski znajdujące się na terenie lasu. To też różnego rodzaju przestępcy czują się tu w miarę pewnie.

  • Ostatnimi czasy dosyć mam już walki – powiedziałem.

  • Tak? - zapytał zdziwiony Igo – Dlaczego?

  • Po tym co przydarzyło się Kejnowi, doszło do mnie, że jeśli nie trzeba walczyć, to lepiej nie walczyć – odparłem – Pewne rzeczy muszą się wydarzyć, aby uświadomić nam jak jesteśmy krusi.

  • Widzę, że dojrzewacie – powiedział Igo.

W połowie dnia, wśród zamieniającego się w błoto śniegu, dostrzegliśmy pomalowany na czerwono kamień. Faktycznie na północ od niego w lesie była mała ścieżka. W lesie, gdzie stały drzewa iglaste, śnieg jeszcze się utrzymywał, ale był mokry i ciężki.

  • Dotarliśmy tu szybciej niż zakładał karczmarz – powiedziałem – Zatem myślę iż do wioski dotrzemy też szybciej niż w dwa dni. Nie ma sensu więc gonić. Myślę, że już z dwie godziny przed zmierzchem dobrze by było rozglądać się za dobrym miejscem na obóz. Jakiś parów, czy coś co da nam ochronę choć z jednej strony.

  • To chyba dobry pomysł – zgodził się Igo, a pozostali bracia skinęli głowami.

Ścieżka była dosyć wąska, z ledwością mógłby przejechać nią wóz. Dwie godziny później Kejn się zatrzymał i dał nam znać, abyśmy stanęli.

  • Popatrzcie tam – powiedział cicho i dyskretnie wskazał dłonią kierunek – Kilka postaci czai się w lesie.

  • Przyjrzę się temu – powiedział Igo i rzucił po cichu czar wzmacniający jego wzrok – Widzę osiem postaci. To chyba gobliny. Widziałem kiedyś rycinę, która przedstawiała ich niezgrabne sylwetki. Nie są to jacyś wymagający przeciwnicy, lecz w sporej grupie mogą być zagrożeniem. Walnę w nich kulą ognia, może uciekną. Z tego co wiem, nie są zbyt odważni.

  • Poczekaj chwilę – powiedziałem – Dalinarze, wyjątkowo mamy czas, aby się przygotować. Mógłbyś na wszelki wypadek obdarzyć mnie błogosławieństwem „Korowej skóry”?

  • Tak – odparł kapłan.

Kejn ściągnął łuk i powoli nakładał strzałę na cięciwę, a Dalinar zaczął wypowiadać słowa modlitwy. Moja skóra zmieniła kolor i stała się bardziej chropowata.

  • Jesteście gotowi? - zapytał Igo.

Skinęliśmy głowami.

  • Rzucę „Ścianę ognia”.

Igo zaczął inkantować, a po chwili w oddali pojawiła się ściana płomieni i usłyszeliśmy krzyki bólu i przerażenia.

Nie widzieliśmy co działo się za ścianą ognia, bo płomienie przysłoniły widok. Koło nas wbiła się jakaś strzała w drzewo. Kejn wypuścił strzałę w miejsce, w które celował. Krzyki po chwili się urwały.

  • Uciekli – powiedział Igo.

  • Możesz zlikwidować ogień Igo? - zapytał Kejn – Nie widzę celu.

  • Tak – odparł mag, po czym ściana ognia zniknęła.

Po przeciwnikach nie było śladu.

Ostrożnie podeszliśmy bliżej, a w nasze nozdrza uderzył zapach spalonego mięsa.

W miejscu gdzie pojawiła się ściana ognia, ziemia wypalona była doszczętnie, a na niektórych drzewach widniały jeszcze małe, dogasające płomienie. Zobaczyliśmy dwa małe ciała. Jedno totalnie zwęglone, drugie mocno nadpalone.

A więc tak wyglądają gobliny.

Rozejrzałem się po śladach. Wyglądało na to, że rozbiegli się w panice na różne strony. Istoty miały około półtorej metra. Odziani byli w skórzane zbroje, zszyte niedbale z różnych kawałków skór. Jeden z nich nie zdążył wyciągnąć miecza. Koło drugiego leżał miecz i nadpalony łuk. Kejn rozglądał się czujnie.

  • Czym dalej w naszą podróż – zacząłem – tym budzą się we mnie nowe zainteresowania. Poznaliśmy ghule, o których traperzy mieli jakąś wiedzę, teraz spotykamy gobliny. Były też trolle. Nie chcielibyście posiąść wiedzy o takich stworach?

  • Ja bym chciał – odparł Igo – I cieszę się, że też zwróciłeś uwagę na potrzebę poznawania. Ja też czuję taki głód wiedzy. Brakuje nam jedynie czasu i miejsca, gdzie taką wiedzę można posiąść.

  • Dlatego też myślę, że pobyt w Dorrn może być doskonałą okazją, aby uzupełnić naszą wiedzę – odparłem.

  • Taka właśnie była moja idea, kiedy chciałem wyjechać wcześniej z Markusem.

  • No wiemy, o co ci chodziło – odparłem – lecz jak widzisz wyprawa może być niebezpieczna. Teraz się udało odstraszyć ich jednym czarem, ale to nie znaczy, że zawsze się uda. I o tym właśnie mówię. Gdybyśmy wiedzieli coś więcej o naturze tych istot, moglibyśmy domniemywać czy są tak strachliwe, że dadzą nam spokój, czy w nocy będą próbowali nas za to dopaść.

  • Według opowieści są raczej płochliwe – powiedział Dalinar.

  • Ja nigdy nie słyszałem takich opowieści – odparłem – Zresztą jedna sprawa to bajania, a druga to jakaś wiedza, przekazana przez kogoś, kto dany temat badał.

  • Chyba wystarczająco ich nastraszyliśmy – powiedział elf – Chodźmy dalej, bo tu strasznie śmierdzi. Mimo wszystko rozsądnie będzie wystawić podwójne warty.

  • Powiedz mi Igo – zacząłem – Czy u ciebie w Górskim Gryfie mieliście jakieś bestiariusze?

  • Były.

  • Czyli jest szansa, że w Dorrn będzie podobnie.

  • Szansa jest, tylko to nie jest wiedza na wyciągnięcie ręki. Trzeba będzie znaleźć kogoś, kto ma do tego dostęp i zapewne mu słono zapłacić.

  • Tego to się domyślam. Fundusze mam, o ile Dalinar nie wycycka mnie z moich pieniędzy – po tych słowach kapłan uśmiechnął się głupkowato – Wiecie, że zazwyczaj na postojach mam dużo wolnego czasu i chętnie bym go spożytkował lepiej, niż jako wykidajło w karczmie.

  • Mnie jak wiecie od zawsze interesowała historia lokalna. Dużo zapisków na tematy, z którymi mamy styczność, tyczy się wydarzeń historycznych, więc i ja w Dorrn będę szukał dodatkowych informacji. Myślę Tsume, że możemy to połączyć i razem szukać pożądanych źródeł.

  • Ja jestem jak najbardziej na tak.

  • Zobaczymy co się będzie działo w Dorrn. Trzeba będzie się rozejrzeć.

  • Co wy tak z tymi bibliotekami... – marudził Dalinar.

  • Bo nas stać – uciąłem jego marudzenie.

  • A ja nie rozumiem jak mogłeś zapłacić tyle za naukę stania za tarczą – skwitował Igo.

  • Żebyś kurwa mógł bezpiecznie za mną stać! - wykrzyczał wyraźnie zdenerwowany kapłan – Mistrzostwo parowania to nie byle co!

  • Ale powiem ci Dalinarze, że ceny są zdecydowanie wysokie. Ja nauczyłem się tropić, rozpalać ogniska, jak i zachowywać się w trudnym terenie. I za to wszystko zapłaciłem traperom garść srebrników i jeszcze z nimi piłem. A co więcej w tej nauce też była nauka parowania.

  • Jakiego kurwa parowania!? - dalej z podniesionym głosem wykrzykiwał kapłan.

  • Parowania wody na ognisku – odparłem poważnie, a Igo i Kejn ryknęli śmiechem. Po chwili udzieliło się nawet Dalinarowi.

  • Poszukajmy miejsca na nocleg – rzucił Kejn.

Jechaliśmy, spokojnie jeszcze chwilę, aż dotarliśmy do rozstajów, przy których stał duży, stary dąb, który dawał z jednej strony całkiem dobrą osłonę przed wiatrem. Rozbiliśmy tam obóz i wystawiliśmy podwójne warty.

  • Karczmarz nie mówił nic o rozstajach – powiedziałem zły – W którą stronę ruszymy rano?

  • Wydaje mi się, że dalej na północ – powiedział Igo – Może gdyby trzeba było skręcać, powiedziałby o tym.

  • Miejmy nadzieję.

Noc minęła spokojnie, mimo że czasem widzieliśmy daleko migające w ciemności oczy. Nie wiedzieliśmy czy wilków czy goblinów, lecz nic nie zakłóciło spokoju obozowiska.

Rano ruszyliśmy w dalszą drogę. Koło południa zobaczyliśmy z naprzeciwka jadący wóź. Przed nim i za nim jechało kilku zbrojnych. Ścieżka była na tyle wąska, iż musieliśmy wjechać w las, aby go przepuścić. Czujnie wypatrując potencjalnego zagrożenia obserwowaliśmy zbliżającą się grupę. Kiedy wóź się zbliżył, zobaczyliśmy iż eskorta składała się z ciężkozbrojnych, rosłych chłopów o nieciekawych twarzach. Ciężkie zbroje, miecze, korbacze, brak emblematów. Z daleka mogli by uchodzić za żołnierzy, lecz coś podpowiadało mi, że to raczej nieciekawe persony. Pozwoliłem, aby Ki wypełniło me ciało i wzmogłem czujność. Widziałem też rosnące napięcie na twarzach braci. Eskorta przyglądała nam się podejrzliwie, a ręce mieli w okolicy broni. Woźnica też przyglądał się nam w napięciu, z jedną ręką na kuszy leżącej na koźle. Minęli nas bez słowa.

  • Mości panowie – krzyknąłem w ich kierunku – Daleko do Małej Wody?

  • Niedaleko, parę godzin – odparł jeden z nich nie zatrzymując się.

Czujnie patrzeliśmy jak się oddalają i w końcu znikają za drzewami.

  • Wyglądali mi na zdyscyplinowanych żołnierzy – powiedział Dalinar.

  • Co to kurwa za goście? - zdziwił się Kejn – Co taka grupa robi na takim zadupiu?

  • No jakoś też mi to nie pasuje – zgodził się z elfem mag.

  • Może jest tu jakaś strażnica – domyślał się Kejn.

  • Pewnie dowiemy się w wiosce – odparłem – Ponoć osada jest przy zakolu rzeki i może jest tam jakieś miejsce, gdzie przybywają barki i stamtąd jadą dalej.

Ruszyliśmy dalej i dosłownie kilkanaście minut później, dotarliśmy do skrzyżowania. Ślady wozu, który nas mijał, wiodły ze wschodu. Przy skrzyżowaniu stał drogowskaz, był stary i wskazywał dwa kierunki. Północny drogowskaz miał napis „Mała Woda”, a wschodni nie wiadomo co wskazywał, bo tabliczka była ułamana. Kejn rozglądał się czy na ziemi nie leży gdzieś ułamana część oraz zerkał czy na tym co pozostało, nie ma choćby początku nazwy. Po chwili wskazał palcem na coś i powiedział:

  • Zerknijcie na ten znak.

  • Jaki znak? – zapytał Dalinar.

  • O tu – i wskazał go czubkiem sztyletu.

Na kawałku drewna widniał symbol dwóch trójkątów.

Szmaragdowe Stowarzyszenie

  • To symbol Szmaragdowego Stowarzyszenia. W podziemiach Karhanu zwane jest także Triumwiratem Wilka. To odłam Żółtej Dłoni. Kiedyś była to jedna gildia, lecz jak to bywa w takich organizacjach, pokłócili się o wpływy i pieniądze. Żółta Dłoń działa głównie w Mar-Margot i Celebornie, a Triumwirat Wilka ma wpływy w Karhanie i w mniejszym stopniu w Duran-Tar. Z tego co wiem, są w stanie wojny z Żółtą Dłonią od wielu lat i walczą ze sobą o wpływy w Celebornie. Pamiętam, że Szmaragdowym Stowarzyszeniem rządzi człowiek każący się nazywać Śpiącym Wilkiem, wraz z pozostałą dwójką szefów. Ta pozostała dwójka nie jest powszechnie znana. Śpiący Wilk jest niejako „twarzą” tej grupy, a tamci działają z ukrycia. Wymuszenia, haracze i zabójstwa to ich głównie zajęcie.

  • Czy ten symbol to jakaś wskazówka jak do nich dotrzeć? - zapytałem.

  • Całkiem możliwe – odparł Kejn – Ta grupa próbuje rywalizować z Maskami z Dorrn, bo tak inaczej zwie się Kompania Koral. Triumwirat stara się zwiększyć swoje wpływy w Dorrn, lecz z tego co wiem z miernym skutkiem. Można powiedzieć, że w tym interesie, Dorrn należy całkowicie do Kompanii Koral. Od lat znani są jako najlepsi szpiedzy oraz zabójcy do wynajęcia. Część z nich to znakomici truciciele, nie pozostawiający śladów. Nie interesuje ich zbytnio ekspansja na inne tereny, ale Dorrn strzegą jak oka w głowie.

  • Za chwilę uznam, że bezpieczniejszą trasą były góry – powiedziałem.

Ruszyliśmy przed siebie, a po trzech godzinach drzewa zaczęły się w końcu przerzedzać. Po kilkunastu minutach las się skończył. W oddali dostrzegliśmy zabudowania i dym z kominów pnący się wysoko. Przed nami rozpościerała się naprawdę ogromna połać ziemi, otoczona z dala lasami. W oddali dostrzegliśmy też płynącą rzekę. Bez ochrony drzew, śnieg zamienił się już w błoto i na całej połaci ziemi nie było już po nim śladu. Osadę otaczała niewysoka palisada, a teren był grząski i podmokły. Wokół palisady, w odległości kilkuset metrów, ujrzeliśmy kilka gospodarstw.

  • Mamy jakąś wersję po co tu przyjechaliśmy? – zapytał Igo – Czy po prostu szukamy tego chłopa?

  • Nic nie kombinujmy – powiedział Dalinar.

Udaliśmy się do osady. Wrota w palisadzie były otwarte i na czymś w rodzaju pomostu za palisadą, stał strażnik w skórzanej zbroi, opierający się na włóczni. Nie zadawał nam pytań. Osada była całkiem spora. Na oko mieściła około dwudziestu chat, a w centralnym punkcie stała gospoda. Wszędzie pałętały się gęsi i kury. Praktycznie przy każdym domu była zagroda, gdzie znajdowały się osły, bądź świnie. Strasznie śmierdziało obornikiem. Mieszkańcy kręcili się przy obejściach, dokonując pierwszych wiosennych napraw, gdzieniegdzie ktoś zajmował się zwierzętami. Pod gospodą przywiązaliśmy konie do palika umieszczonego pod zadaszeniem i weszliśmy do środka. Wieśniacy nie przejmowali się zbytnio nami, widać przyjezdni nie byli im obcy. W budynku, w centralnym punkcie było palenisko. Wokół znajdowało się kilka stołów, przy których siedzieli nieliczni miejscowi. Gospodarz w brudnym fartuchu siedział i pił piwo.

  • Witojcie – powiedział karczmarz, gdy nas zobaczył.

  • Piwko macie karczmarzu? – zapytał Igo.

  • Ano, jest.

  • Jakie?

  • Swojskie.

  • Chętnie spróbujemy – usiedliśmy do jednego ze stołów i czekaliśmy na karczmarza. Po chwili przyniósł gliniane kufle.

  • Jakiś obiadek? - zapytałem.

  • Ano pewnie, gąskę mogiem urobić.

  • A to chętnie.

  • Jak panowie, ile beczułek będziecie chcieli? - nagle zapytał karczmarz.

  • A ile macie? - zapytał Igo, mimo że nikt z nas nie wiedział o co pyta.

  • A z sołtysem już się dogadywaliście?

  • Zaraz się dogadamy – powiedział Igo – A ile jest? Bo my prosto z drogi i z sołtysem jeszcze nie rozmawialiśmy.

Zastanawiałem się o co chodziło. Może wieśniacy pędzili jakieś swojskie piwo, po które zachodzą tam kupcy?

  • Ano, teraz dużo zamówień mamy, bo i ci z Dorrn przyjechali ostatnio, a i ci z Wysokiej Sowy – odparł karczmarz – Sołtys ze trzy będzie miał. Bo wyście od Hansa Herlika?

  • Ano przyjechaliśmy się rozeznać jak sytuacja wygląda – palił głupa Igo – Czy macie coś więcej w magazynku?

  • Nie, nie – odparł karczmarz - ale ze trzy będą. Kapie z dziury tak słabo, jakby jo co zaczopowało. Może teraz na wiosnę bydzie lepiej.

  • To może nam przyniesiesz karczmarzu, to ocenimy – powiedział Igo.

  • A no to pójdź ze mną na składzik panie.

Igo wstał i poszedł za karczmarzem. A my zastanawialiśmy się co może kapać z dziury. Minęło kilkanaście minut i Igo wyszedł od strony zaplecza z butelką w ręce...

  • Mam tu troszkę takiego trunku na skosztowanie. Myślę, że trzeba by się było napić.

Karczmarz dał małe kubeczki i rozlał.

  • No to macie tu na spróbowanie.

  • Ano, aby nam się w drodze szczęśliwie wiodło – wzniósł toast Igo i wypiliśmy zawartość kubeczków.

Piłem w życiu wiele rodzajów wódeczki, ale ta biła je wszystkie na głowę. Wytrenowany język wyczuł moc, lecz przy piciu wydawała się delikatna.

  • Doskonały trunek karczmarzu – powiedziałem z niekłamanym zachwytem.

  • Karczmarzu, to zostawcie nam tę butelkę – powiedział Igo.

  • A to nie mogę, to tylko na poczęstunek, to drogie jest. Butelka dwadzieścia srebrnych ambardów by koszto… - nie dałem mu skończyć, bo za taki trunek dałbym i z dwa razy tyle - No to dej żesz nie? – i sięgałem do sakwy po monety.

  • A to co innego – powiedział karczmarz i podał butelkę.

  • Na dziwki i dobry alkohol nigdy nie szczędzę – powiedziałem z uśmiechem.

  • No to pijcie, a ja idem gąskę sprawić. To trochę potrwa.

Po tych słowach gospodarz zniknął na zapleczu, a odezwał się Igo:

  • Myślałem, że będą chcieli sprzedać nam jakiś alkohol. A oni mają tu źródło. Chciał sprzedać mi wodę, ponoć wytwórcy alkoholu i magowie z „Wysokiego Słowa” z Dorrn specjalnie tu przyjeżdżają, aby kupować wodę. Trochę tego nie rozumiem.

  • Rozumiem, że na tej wodzie jest zrobiona ta wódka? - zapytałem.

  • Tak.

  • No to powiem ci, że ta woda nie jest normalna. Nigdy nie piłem czegoś tak doskonałego. Zastanawiam się nawet nad napełnieniem bukłaczka.

  • Nawet czarodzieje ponoć ją biorą.

  • Może alchemiki? - zapytałem – Robiłeś kiedyś jakieś eliksiry?

  • Nie, nie znam się na alchemii, ale może faktycznie ta woda jest z jakiegoś powodu lepszą bazą do mikstur.

  • Zawsze myślałem, że woda to woda. Albo taka, po której dostaniesz sraczki, albo taka, po której sraczki nie dostaniesz.

  • Dokładnie – zgodził się Kejn.

  • Trudno mi powiedzieć – powiedział mag – Ale gorzała naprawdę dobra.

  • Zapytamy karczmarza o tego Kaspiana? - zagaił elf.

  • Ano zapytamy – powiedział Dalinar.

Delektowaliśmy się chłodną wódeczką. Po dobrym kawałku czasu gospodarz przyniósł upieczoną gęś.

  • No, tak to można żyć – z zadowoleniem powiedział Igo.

  • Gospodarzu, a gdzie znajdziemy Kaspiana Talio? – zapytał kapłan.

  • Kaspiana Talio? - Zapytał karczmarz, z trudnością szukając w pamięci takiej osoby – Taurusa Talio macie na myśli chyba panie. Żaden Kaspian tu nie mieszka. Taurus mieszka tam pod lasem, po drugiej stronie tej części Zakola. W stronę źródełka. Ostatni dom pod lasem, bielony taki.

  • Pokoje tu macie?

  • A coś się znajdzie.

  • To weźmiemy

  • To panowie jedzcie, a ja pokój naszykujem, aby był czyściutki. Ja to miewam różnych gości i jak to mówią u mnie musi być „klasa”.

  • Ano nie wątpimy – powiedział Dalinar.

  • Policzymy się jutro, jak zjecie to pokażę wam pokój.

Zjedliśmy naprawdę dobrą gąskę, popijając jeszcze lepszą gorzałką.

  • Wiejska sielanka – z rozmarzeniem powiedział Igo – To mi się podoba.

  • Jeszcze tylko napchać pakułów do nosa, żeby nie czuć tego smrodu, znaleźć chętne dziwki i byłoby wręcz idealnie – dopowiedziałem.

  • Nie może być idealnie Gniewomirze – stwierdził mag – ale ociera się o ideał.

Po posiłku wsiedliśmy na konie i pojechaliśmy pod las, bo jak się okazało, był to znaczący kawał drogi. A po takiej wyżerce nikomu nie chciało przedzierać się przez błoto. Dom był charakterystyczny, otoczony w części kamiennym murkiem, pozostała cześć ogrodzona była palikami. W obejściu biegało kilka kóz i kury. Przy zwierzętach kręciła się kobieta oraz dwóch kilkunastoletnich chłopaków. Dom wyglądał na dosyć zadbany.

  • Witajcie dobrzy ludzie – zawołał Dalinar – Z gospodarzem chcemy rozmawiać.

  • A wy to skąd – zapytała kobieta – Coście za jedni?

  • Parę słów chcemy zamienić, nic strasznego – spokojnie powiedział kapłan.

  • Zaraz zawołam męża.

Zeszliśmy z koni i czekaliśmy. Po chwili wyszedł do nas niski mężczyzna koło czterdziestki, z dosyć pokaźnym brzuszkiem.

  • Witajcie.

  • Witaj, nie zajmiemy ci dużo czasu. Szukamy Kaspiana Talio. Przysłał nas wspólny znajomy z Celebornu, Maksymilian.

  • Kaspian Talio - w zamyśleniu powiedział mężczyzna – Nie kojarzę takiego człowieka. Taurus się nazywam, chyba zaszła jakaś pomyłka.

Człowiek ten zdecydowanie nie wypowiadał się jak reszta ludzi z tej wioski, nie miał charakterystycznego akcentu i było widać, że obyty jest ze światem.

  • Maksymilian mówił, że w tej okolicy Kaspian miał swoją rodzinę – ciągnął kapłan.

  • No chyba pomyłki tu nie ma skoro nosicie panie to samo nazwisko – powiedział Igo.

  • Jakieś nieporozumienie, a ten Maksymilian panie jak powiadasz to kim jest? Jakieś godło? Herb?

  • Tak, Vergena ma w herbie – przerwał mu Dalinar.

  • Vergena? Nie wiem panie o czym mówisz.

  • Ja zresztą też jestem tego herbu – po tych słowach Dalinar pokazał symbol swego boga.

  • Rozumiem. W takim radzie zapraszam do środka, a konie wprowadźcie na podwórze.

W domu było czysto i schludnie. Stół i krzesła były wykonane z dobrze obrobionego drzewa. W oczy rzuciły nam się nawet metalowe sztućce oraz metalowe kubki. Było widać, że mężczyzna przywiózł ze sobą miastowe obyczaje.

  • Piwa się napijecie?

  • Ano gościny nie odmówimy – odparłem.

  • Ano chętnie – zgodził się też Dalinar – Piliśmy waszą wódkę. Wodę tu macie wyborną.

  • Tak, Pierwsza Woda. Źródło.

  • Pierwsza Woda? - zapytał Igo – To jakaś szczególna woda?

  • W pewnych kręgach ma zastosowanie z tego co mi wiadomo. Kupują ją czarownicy z Dorrn, a w szczególności alchemicy. Ponoć idealnie nadaje się do eliksirów. Słyszałem też o innych kupcach.

  • Ale chyba nie przyszliśmy rozmawiać o wodzie – powiedziałem.

  • Dokładnie – poparł mnie kapłan – przedstawię się, aby rozwiać twoje wątpliwości. Nazywam się Dalinar de Vries. Jestem kapłanem Vergena, a przysłał mnie tu Maksymilian z Celebornu. Być może będziesz w stanie nam pomóc, gdyż mamy bardzo nietypową sprawę. No i chcieliśmy się dowiedzieć, czy będziesz mógł udzielić nam wsparcia bądź informacji. Chcemy wiedzieć czy ta sprawa jest do załatwienia, czy też wszystko stracone.

  • Nie wiedziałem, że Maksymilian doszedł tak wysoko w strukturach. Ja odszedłem z zawodu już jakiś czas temu. Nie wiem czego potrzebujecie, ale teraz prowadzę spokojne życie, z dala od problemów i rzeczy, którymi się zajmowałem.

  • Wiemy, lecz sprawa jest na tyle nietypowa, że musieliśmy się spotkać z tobą. Mamy przyjaciela, który prawdopodobnie więziony jest w Twierdzy Długiej Nocy. Na pierwszy rzut oka sprawa wygląda na straconą, jednakże bardzo nam zależy na tym, aby mu pomóc, jeśli będzie to możliwe. Maksymilian wspomniał, że kiedyś miałeś takie możliwości. I jesteś jedyna osobą, która może nam coś w tej kwestii doradzić. Nie wiemy nawet czy ten ktoś żyje.

  • Rozumiem, że na tej osobie wam zależy. To przyjaciel czy wróg?

  • Przyjaciel, zależałoby nam, aby go uwolnić. Ale nie wiemy czy w ogóle żyje, a jeśli tak, to szukamy możliwości wyciągnięcia go stamtąd.

  • Nieciekawa sprawa. Długo już tam jest?

  • Około roku – powiedziałem – Ale pewności nie mamy .

  • Rozumiem. Raz tam byłem i powiem szczerze nigdy bym nie chciał tego powtórzyć. Miałem kiedyś informatora, strażnika, którego opłacałem. Pomagał mi kontaktować się z różnymi więźniami, a raz nawet wprowadził mnie na teren Twierdzy. Ale to było raz i nie wiem czy jest ponowna możliwość, aby się tam dostać. Wydaje mi się, że nie, ponieważ uruchomiłem wtedy magiczny alarm, który tam był. Ledwo co uszedłem z życiem i parę kilometrów musiałem przebyć wpław. Gdyby nie to, że umiem pływać, było by już po mnie.

  • Możesz spróbować nawiązać kontakt z tą osobą? – zapytał Igo.

  • Słuchajcie, ja mam rodzinę. Mam wspaniałych synów, dla których chcę żyć. To o co prosicie to duże ryzyko.

  • Niczego nie oczekujemy – powiedziałem – Pytamy o możliwości.

  • Jeśli prosi o to Maksymilian, to mogę spróbować odnowić kontakty, lecz będzie to moja ostania przysługa dla niego. Wybadam czy jest jakakolwiek szansa na wydobycie tej osoby.

  • Ile by to trwało? – zapytał Kejn.

  • Myślę, że miesiąc – po głębokim namyśle odpowiedział Kaspian.

  • Mamy tyle czasu, aby poczekać – powiedziałem.

  • Mimo że szanuję Maksymiliana, mieliśmy pewien kontrakt. Mógłbym to zrobić za standardową stawkę, ale wiedzcie, że to będzie moja ostania robota dla Kościoła.

  • Jaka to stawka? – zapytał Kejn.

  • W tym przypadku dziesięć złotych ambardów. Jest też możliwość, że będzie trzeba dopłacić. Jeśli kontakt nie będzie wiedział o tej osobie, będzie się musiał wybadać sytuację, a to dodatkowe ryzyko. Sam nie wiem czy ten człowiek jeszcze żyje. Jeśli tak, to spróbuję dowiedzieć się o więźnia, a potem o to czy można się tam jakoś dostać.

  • Mam takie pytanie – zacząłem – bo widzieliśmy, że tutejsze szlaki są niebezpieczne. Czy ty chcesz, abyśmy wyruszyli z tobą jako eskorta choćby do Rozstajów Ehelda?

  • Nie, wyruszę sam swoimi szlakami. Dam sobie radę.

  • Zatem z chęcią skorzystamy z twojej pomocy – powiedział Dalinar – Osoba, której szukamy nazywa się Vernir z Białej Osady. Może być też znana jako Ragn z Białej Osady. Nie wiemy, która tożsamość jest znana Kościołowi. Nie chcemy przekazywać mu żadnych wiadomości. Naszym celem jest uwolnienie go i jeśli będzie taka możliwość, jesteśmy gotowi podjąć takie ryzyko.

  • Uściślijmy – powiedziałem – Punkt pierwszy, dowiadujesz się czy twój kontakt nadal istnieje. Dwa, kontakt sprawdza, czy Vernir w ogóle jest tam uwięziony i trzy, czy jest jakakolwiek możliwość wydostania go stamtąd. Ano i jeszcze jedno. Wiem, że nie zabrzmi to teraz zbyt miło z mojej strony, ale staram się na to patrzeć na chłodno. Trzeba by się było dowiedzieć w jakim jest stanie psychicznym. Bo jeśli zrobili mu coś co spowodowało, że nie ma z nim już kontaktu, to chyba trzeba będzie po prostu sprawę porzucić.

  • Myślę, że powinniśmy go ratować tak czy siak – powiedział Dalinar.

  • Jeśli będzie wyniszczony, nie będzie z nim kontaktu lub zwyczajnie nie będzie mógł sam się poruszać, nie damy rady go stamtąd wydostać – powiedział przytomnie Igo – Gniewomir ma rację.

  • Rozumiem o co chodzi – powiedział Kaspian – Ale myślę, że jeśli człowiek ten żyje, to będzie z nim kontakt. Inaczej dawno zostałby zabity, bo byłby im niepotrzebny. Powiedzcie mi ile w razie potrzeby możecie dopłacić za dodatkowe łapówki? Ja z tego nic nie mam, a i też nie będę szastał bezmyślnie monetami.

  • A ile według ciebie może być potrzebne? - zapytał Igo.

  • Myślę, że maksymalnie dziesięć złotych monet. Zresztą uważam, że większe kwoty nie mają sensu. Gdyby okazało się, że jest szansa go odbić, mogę spróbować zwerbować ludzi, którzy podejmą się takiego zadania. Lecz nie wiem czy będzie was na to stać. Ale to temat na później, bo najpierw trzeba się dowiedzieć czy to w ogóle możliwe.

  • Zatem zgoda – powiedział Dalinar – Kwoty, które podajesz są akceptowalne.

  • Może uda mi się temat załatwić szybciej i taniej. Jeśli się decydujecie, to dziesięć ambardów muszę wziąć z góry. Zastanówcie się nad tym na spokojnie.

  • Już się zastanowiliśmy – odparłem – Wchodzimy w to.

  • Czyli spotykamy się za miesiąc tutaj? - zapytał kapłan.

  • Nie, gdzie was znajdę?

  • jeśli to nie problem, to będziemy w Dorrn – odparłem.

  • Nie jest to problem, możemy się tak umówić.

  • Ustalmy zatem gdzie i w jakim okresie mamy na ciebie czekać.

  • Spotkajmy się pierwszego maja w Dorrn. Jeśli nie pojawię się pierwszego maja, zmieńcie gospodę, gdyż znaczy to, że nie żyję.

  • Zatrzymamy się pod Czarnym Gołębiem – powiedział Igo.

  • Znam tą karczmę.

  • Jedno mi się w tym nie podoba. To termin bardzo krótki, może wydarzyć się coś nieprzewidywalnego, niezwiązanego z tym, że cię pojmali. Koń złamie nogę i co wtedy?

  • Jeśli nie będzie mnie do pierwszego, zmieńcie karczmę tak czy siak. Znajdę was w innej.

  • Nie znamy Dorrn, ale Ashley mówił coś o jakiejś karczmie „Pod Wieżą” – powiedziałem.

  • Tak, jest taki lokal, dosyć drogi – powiedział Kaspian.

  • No to coś dla nas – zaśmiałem się.

  • Nie chcę wiedzieć, gdzie będziecie. Gdybym został pojmany przez kapłanów, to oni dowiedzą się wszystkiego o czym tu mówiliśmy. Zatem jeśli do pierwszego maja mnie nie będzie, znajdźcie inną gospodę. Dla waszego bezpieczeństwa nie chcę wiedzieć jaką. Jeśli dotrę po pierwszym, „Pod Wieżą” zostawię dla was wiadomość. Ale bądźcie ostrożni, bo również informacje może zostawić ktoś z Kościoła, podszywający się za mnie. Wyjadę za trzy dni, zostawcie pieniądze. Ja muszę przygotować rodzinę na ewentualną ucieczkę. Nie robię tego dla pieniędzy, lecz mam dług wobec świątyni, a tym czynem uznam, że go spłaciłem.

  • Dziękuje za twą lojalność wobec Maksymiliana – powiedział Dalinar – Przekażę tę informację do świątyni.

  • W takim razie oby do szczęśliwego zobaczenia.

Po tych słowach wyszliśmy z domu i udaliśmy się do karczmy.

  • Karczmarzu – zagaił Igo – Bo jutro wyjeżdżamy. Dałbyś mi radę uszykować jedną beczułkę? Wezmę na próbę i jak coś wrócę po więcej.

  • Ano uszykujem na rano. Byliśta zobaczyć Kroczące Zakole? I jak?

  • Duże – odparł Igo.

  • Czemu to się nazywa Kroczące Zakole? - zapytał Dalinar.

  • No bo pewnie jest tu taki podmokły teren, że wypłukuje i się zmienia jego kształt – odparłem.

  • No niby tak, a niby nie – odparł karczmarz – Bo tam jak widzieliście te posągi, to one były dużo większe, mówio legendy. Ale potem runęły do tego kanionu. I się utopiło.

  • No tak, tak – odparłem nie wiedząc o czym mówi.

Zjedliśmy kolację i udaliśmy się do pokoju.

  • Zaintrygował mnie ten karczmarz tymi posągami – powiedział Dalinar.

  • Mnie też – zgodziłem się z nim – Koniecznie musimy je zobaczyć.

Rano zjedliśmy jajecznicę i zapytaliśmy karczmarza jak dojść do posągów i co przedstawiają. Karczmarz wytłumaczył nam jak iść i opowiedział o posągach:

  • Jeden to taki jakby but. Taki sandał...

  • Źle nas zrozumiałeś karczmarzu. To, że sandał, to sami zobaczymy – powiedziałem – Czy macie tu jakieś legendy kogo to jest sandał? Kogo przedstawiał posąg zanim runął?

  • Ale to takie bajania jeno...

  • Właśnie o takie bajania mi chodzi.

  • Ano to baby we wsi godają, że dawno temu był to wielki wojownik, co mocą swoją magiczną dostępu do bram olbrzymów bronił. Do wielkich królów, co im ludzie pokłony bili we tamtych czasach. Ale potem wielka moc z nieba spadła i grom posąga tego rozbił, a i królestwo zakończył. A czasy takie były, że jak to spadło to tak walnęło, że nasze święte źródło trysło i tak tu tera dobrze żyjem. Drogę bez problemu znajdzieta. A i strażnika uwidzita.

  • Jakiego strażnika? - zapytał Igo.

  • A no takiego co źródła pilnuje i za wejście do jaskiń myto pobiera.

  • A co w tych jaskiniach jest?

  • A no munolity, czy jak to tam zwo.

  • Może menhiry? – powiedziałem – Musimy to koniecznie zobaczyć. Macie tu gospodarzu babę zielarę?

  • Ano jest tako.

  • A stara ?

  • Ano starowinka, ledwo już na nogach łazi.

  • To gdzie mieszka?

  • W tej łosmolonej chacie.

  • Dziękuje karczmarzu – zwróciłem się do braci – To może najpierw do baby?

  • Nie możemy najpierw zobaczyć tego miejsca? - zapytał Igo.

  • Dobrze, chodźmy – odparłem.

  • No ale czemu najpierw nie pójdziemy do źródła? – zaczął znów Igo.

  • Ale mówię przecież dobrze – starałem się nieskutecznie przerwać tyradę Igo.

  • Potem zobaczysz coś w jaskini – ciągnął nakręcony mag – coś cię zaintryguje i znów będziesz z pytaniem szedł do baby zielary.

  • Kurwa! - nie wytrzymałem – Gdybym o to nie zapytał karczmarza, nawet nie wiedziałbyś o jaskini! Przyszedłby wielki mag, zobaczył wielki, kurwa, sandał i skwitował „O! Ale wielki sandał! Pewnie jak z takiego sandała musiało śmierdzieć!”.

Dalinar i Kejn parsknęli śmiechem.

  • No i do tej wody padło coś jeszcze dużego – powiedział Dalinar – I z tego jest to źródło.

  • Piłeś Igo tą wodę? - zapytał Kejn.

Tym razem ryknęliśmy śmiechem wszyscy.

  • No to już wiemy dlaczego to się nazywa Pierwsza Woda – skwitowałem.

Rozbawieni poszliśmy w kierunku zakola.

Doszliśmy do rzeki i szliśmy wzdłuż niej. Rzeka była szeroka i płynęła nisko wzdłuż skalnego urwiska, którym szliśmy. Po drugiej stronie rzeki skały też pięły się wysoko. Po pewnym czasie, w oddali zobaczyliśmy po obu stronach wąwozu zarysy dwóch posągów. Gdy podeszliśmy bliżej, okazało się właściwie, że były to pozostałości ogromnego pomnika, który stał tam ponoć setki lat wcześniej. Były to w zasadzie ułamane nogi, od stóp do łydek. Obute w sandały były ogromne i mimo iż przedstawiały tylko kawałek nogi, miały około dziesięciu metrów wysokości. Gdyby to była cała postać, musiałaby być gigantyczna, a stanie w rozkroku nad ogromną rzeką, nie byłoby dla niej żadnym wyczynem. Stanęliśmy wszyscy patrząc z podziwem.

Ścieżka, którą przyszliśmy, kończyła się przy skarpie. Gdy zerknęliśmy w dół, okazało się, że jest tam zejście prowadzące dziesięć metrów w dół.

  • Tam pewnie jest ta jaskinia – powiedział Dalinar.

  • Chodźmy – powiedziałem.

Zeszliśmy. Ścieżka kończyła się półką skalną metr nad poziomem rzeki i prowadziła do jaskini. Wyglądało to tak, jakby ogromny kawał skały oderwał się kiedyś, tworząc szeroką na dwa i wysoką na około siedem metrów wyrwę. W głębi jaskini, na krzesełku, spał jakiś człowiek.

  • Chyba nie spodziewa się o tej godzinie nikogo... – powiedział Kejn.

Na te słowa mężczyzna zerwał się, odchrząknął i powiedział:

  • A witojcie, witojcie – poprawił pas z mieczem i skórzany czepiec – O co chodzi?

  • No jaskinię przyszliśmy oglądać – powiedział Kejn.

  • Ale wstęp wzbroniony!

  • Jak wzbroniony – zdziwiłem się – Karczmarz mówił, że za opłatą można oglądać.

  • A za opłatą można. Dwa srebrne od osoby.

Zapłaciliśmy i strażnik zaprowadził nas do jaskini, zapalając dwie pochodnie. Pierwsze co rzuciło nam się w oczy to wiadro, które stało pod ścianą, a z niej powoli sączyła się woda. Obok stało kilka pustych wiader, czekających na swoją kolej. Jaskinia, za wąską szczeliną, którą weszliśmy, rozszerzała się znacznie. W kilku miejscach widoczne były stalagmity.

  • Wy pewnie przyszliście obejrzeć te, ło tutaj – Wskazał ręką na ścianę.

  • Ano pokaż nam te wszystkie. Te tutej – powiedziałem.

  • Ano, te tutej.

Oświetliliśmy ścianę jedną z pochodni i naszym oczom ukazały się dwie płaskorzeźby. Widzieliśmy, że kiedyś musiało być ich więcej, lecz wyglądało na to, że przez lata zachowały się tylko te.

Na pierwszej widniało trzech królów, siedzących na tronach w czymś w rodzaju pałacu ze skały lub z kryształu. Postacie odziane było w zbroje, a na głowach nosili korony. Zbroje wyglądały dosyć niespotykanie. Rzeźby nie były zbyt dokładnie, lecz odniosłem wrażenie, że ich pancerze pokrywało coś na kształt piór. Dwóch z nich na kolanach miało położony młot. Przed nimi klęczały setki ludzi oddających im hołd. Postacie na tronach były kilkukrotnie większe od ludzi u dołu. Mogli to być zatem olbrzymi lub rzeźbiarz chciał po prostu oddać to, iż byli to wielcy królowie, a u dołu klęczeli poddani.

Na drugiej płaskorzeźbie zobaczyliśmy scenę walki dwóch dużych postaci. Olbrzymi człowiek, w zbroi pokrytej piórami, walczył ze smokiem, dzierżąc bojowy młot. Olbrzym był tylko trochę mniejszy od jaszczura. Smok przedstawiony był w momencie ziania morderczym ogniem. Na smoku siedział osobnik, trzymający w dłoni coś w rodzaju lejcy.

Przyświeciliśmy na pozostałe płaskorzeźby, lecz były tak zniszczone, że nie dało się wywnioskować co kiedyś przedstawiały.

  • Mam takie pytanie – powiedział do strażnika Dalinar – Chciałbym zapytać o te posągi nad rzeką.

W tym czasie Igo podszedł do mnie i szepnął:

  • Możesz mnie podsadzić? Coś u góry tej płaskorzeźby emanuje magią.

Widzieliśmy jak kapłan prowadził strażnika do wyjścia coś opowiadając i ich cichnące głosy, gdy wychodzili na zewnątrz

  • Ano dawno temu, a nawet bardzo dawno... – głos strażnika stał się przytłumiony, kiedy wyszedł z Dalinarem z jaskini.

Podsadziłem Igo. Mag obserwował interesujący go element. Zerknąłem co badał czarodziej i dopiero wtedy dostrzegłem, iż postać na smoku dzierżyła w ręce włócznię.

  • Tu coś jest napisane – powiedział Igo.

  • Rozpoznajesz język? - zapytałem.

  • Nie, ale to skopiuję - Mag wyciągnął kawałek papieru, przyłożył do rzeźby i mazał po nim kawałkiem węgla drzewnego. Po chwili zszedł i pokazał nam odbity napis. Nie rozpoznawałem tego języka.

  • Rozumiesz co tu jest napisane? - zapytał Kejn.

  • Nie, ale spróbuję użyć zaklęcia – Igo wyszeptał jakieś słowa i przyglądał się kartce – Niestety nie jestem w stanie tego zrozumieć.

Podniecenie, które czułem w związku z odkryciem Igo, po tych słowach prysło jak mydlana bańka.

  • To język dawno zapomnianej i potężnej magii. Być może w Dorrn uda mi się to odszyfrować. Jeśli będę miał dostęp do potrzebnych rzeczy, powinno się udać.

Nadzieja powróciła do mojego serca. Przyglądałem się włóczni, a sam napis był wyryty z dbałością większą niż pozostałe elementy płaskorzeźby. To musiało być coś istotnego.

Po chwili wrócił Dalinar, któremu Igo opowiedział o znalezisku.

  • Kejn, spróbuję zająć jeszcze raz strażnika, a ty zerknij czy nie ma tam jakiegoś mechanizmu. Czegoś ruchomego. Znasz się na tym – powiedział Igo i poszedł zagadać strażnika, który na nowo zaczął:

  • Ano dawno temu, a nawet bardzo dawno – nikt z nas nie słuchał jego pierdolenia.

Podsadziłem elfa, aby się przyjrzał. Kejn dokładnie oglądał i obmacywał płaskorzeźbę.

  • Nic tu nie ma, ale mam wrażenie, że napis powstał później niż rzeźba. Ale pewności nie mam.

  • Być może – wtrącił Igo po chwili – magia zawarta w tym elemencie, uchroniła napis przed upływem czasu. Ale to też tylko moje luźne przemyślenia.

  • Dasz mi wieczorem tę kartkę – powiedziałem – i spróbuję skontaktować się ze swoim mistrzem. Może udzieli mi odpowiedzi, tylko wiadomo jakie jest ryzyko. Lepiej, abym wtedy nie był w karczmie.

Opuściliśmy jaskinię i udaliśmy się w kierunku osady. W drodze zapytałem:

  • Co wy na mój pomysł, abym spróbował zaciągnąć informacji od mojego mistrza? Powiem wam kiedy będę oczekiwał odpowiedzi, abyście mnie pilnowali.

  • Jeśli uważasz, że tak trzeba... – powiedział Igo.

  • Nie uważam tak, lecz dopóki nie znajdziemy w Dorrn źródła wiedzy, to niczego się nie dowiemy. A muszę przyznać, iż bardzo ciekawi mnie ta inskrypcja.

  • Ja bym w ogóle nie przeceniał tego co znaleźliśmy – powiedział Dalinar – Znaleźliśmy coś w jaskini, w czarnej dupie.

  • Ale dlaczego uważasz Dalinarze, że w czarnej dupie? - zapytałem – Nie wiemy co było tu nawet sto lat temu. A co dopiero pięćset albo tysiąc. Nikt nie stawia ogromnych posągów w czarnej dupie! Tu musiało być coś istotnego, co przepadło z czasem.

  • No może i było. Chodzi mi tylko o to, czy to jest dla nas tak krytyczne, że musisz zrobić coś co wiąże się z ryzykiem, że coś ci się stanie. Skąd wiesz, że teraz kontakt na odległość z twoim mistrzem cię nie zabije?

  • Uważam, że za każdym razem, kiedy to zrobię, ryzyko będzie mniejsze, bo jestem w tym coraz lepszy. Do tego mam przeczucie, że to może być coś ważnego. Ale, aby was uspokoić, mogę zrobić tak, że przekażę mnichom informacje o tym miejscu, bo może nawet o nim nie wiedzą. Przekażę też te dziwne znaki i poproszę, aby wedle uznania z tym postąpili. Zwyczajnie dam znać mistrzowi, że jeśli uzna, iż za wcześnie na taką formę komunikacji i grozi to mojemu zdrowiu, to aby odpuścił.

  • To jest rozsądna propozycja – powiedział kapłan.

  • Dobra udajmy się do baby zielary. Przed wyjazdem trzeba zagłębić się bardziej w tutejsze legendy.

Bracia zgodzili się ze mną i udaliśmy się w kierunku osmolonej chaty.

</body> </html>