Kronika

Kroniki XXXIII: Gdy śmierć przychodzi o świcie

Rankiem, gdy skończyłem medytować, obudziliśmy z elfem pozostałych braci. Zjedliśmy posiłek. - Jak się czujecie? - zapytał Dalinar. - No mógłbyś na mnie zerknąć – powiedziałem. - Na mnie też – powiedział Kejn. Kapłan podszedł do mnie...

18.04.2026 • Prosiak • Tsume de Vries • Kroniki rodziny de Vries

Rankiem, gdy skończyłem medytować, obudziliśmy z elfem pozostałych braci. Zjedliśmy posiłek.

  • Jak się czujecie? - zapytał Dalinar.

  • No mógłbyś na mnie zerknąć – powiedziałem.

  • Na mnie też – powiedział Kejn.

Kapłan podszedł do mnie i wypowiedział słowa modlitwy i poczułem jak moje rany zabliźniają się. Po chwili Dalinar pomodlił się też przy Kejnie, a później wspólnie poprosiliśmy o błogosławieństwo Vergena.

  • Trzeba zobaczyć te ciała – powiedział kapłan.

  • Sprawdzę czy nie posiadają magicznych przedmiotów – powiedział Igo, po czym podszedł do ciał i rzucił zaklęcie – Nie mają przy sobie niczego emanującego magią.

Kejn zaczął przeszukiwać ciała. W tym czasie, aby nic nas nie zaskoczyło, przyjąłem pozycję wartowniczą i ponownie pozwoliłem, by Ki wzmocniło moje zmysły. Przeszukiwanie chwilę trwało.

Elf znalazł list gończy z pieczęcią hrabiego Gis, który był wydany na schwytanie żywego lub martwego kupca Glovio, który zginął pchnięty nożem na potańcówce w Podpalonej Siostrze. Ocenił, że jest autentyczny. Prócz tego znalazł przy Alijah równe pięć złotych ambardów. Dziwne było to, że nikt inny nie miał pieniędzy. Po chwili bracia zaczęli odsłaniać ramiona kobiet, aby przyjrzeć się ich tatuażom. Blondynka na ramieniu miała wytatuowane drzewo, a czarnowłosa Noah miała na plecach wizerunek wieży. Tatuaż był spory i zajmował prawie całe plecy. Nad wieżą widniało słońce.

  • Wieża ta przedstawia wieżę królewską, która jest w herbie miasta Duran-Tar – powiedział Igo – Słońce symbolizuje tamtejszą rodzinę królewską.

  • Być może zabiliśmy jakąś księżniczkę – powiedziałem.

  • Możliwe, że była to jakaś znacząca osoba – zgodził się mag.

  • O co się zapytamy? - powiedział Dalinar.

  • Czy Baron dał na nas zlecenie – powiedziałem – Potem musimy wypytać o Czarną Dalię oraz czy zabili Ashley’a, a jeśli tak to dlaczego. A i jeszcze jedno Dalinarze. Jak rozmawiałeś z duchem Camarala, powiedziałeś, że musisz pewien czas odczekać, by znów go wezwać. Czy to samo tyczy się, gdybyś chciał zadać pytanie potem innej osobie?

  • To bardzo potężna modlitwa – odpowiedział kapłan – i nie chciałbym prosić zbyt często boga o użyczenie mi tej mocy. Lecz jeśli była by taka konieczność, to myślę, że mógłbym drugi raz zapytać kogoś innego z tej bandy. Od rozmowy z Camaralem moja więź z bogiem wzrosła.

  • Myślę, że warto zapytać jak umówili się z Baronem – zaproponował Igo – No i tradycyjne proponuję zadać pytanie, gdzie ukryli kosztowności.

Po tych słowach wybuchnęliśmy, śmiechem.

  • Można też zapytać czy o wszystkim wiedzą Lorsonowie – podpowiedziałem – Wytłumaczę o co mi chodzi. Jeśli wrócimy sobie spokojnie do wioski, a Lorsonowie o niczym nie wiedzą, myślę, że Dalinar mógłby im opowiedzieć całą sytuację. Nie przeceniam ich wdzięczności za wyleczenie nogi Tralla, ale na pewno przemawia to na rzecz Dalinara.

  • Co chcesz ich zbuntować przeciwko Baronowi? - zapytał Igo.

  • Nie, kompletnie mi o to nie chodzi – odparłem – Chciałbym, aby wiedzieli dlaczego jest jakiś zgrzyt między nami a Baronem. Chodzi mi o to, aby nie było sytuacji, gdzie Baron nas oczerni, coś skłamie, a oni przyjdą i bez zastanowienia nas zarżną.

  • Wydaje mi się, że oni są tak zakotwiczeni w służbie u niego, że żaden argument nam nie pomoże – nie zgodził się mag – Mam natomiast inny pomysł, trochę szalony i raczej dziwny jak na moją osobę. Można by zabrać jakąś wyróżniającą się od nich broń, na przykład sztylet, wbić go w Barona i z nim zostawić. Przerzucilibyśmy odpowiedzialność na nich. Jeśli mamy wroga w postaci Barona, to trzeba go usunąć i tylko tak bez stresu moglibyśmy poruszać się po osadzie. Jeśli Baron będzie trupem, to nie będzie miał kto prowadzić śledztwa.

  • Ja jestem na nie i dodatkowo mam inny szalony plan – powiedziałem.

  • Tego się obawiałem – z teatralnym westchnieniem powiedział Dalinar – Zatem słuchamy Tsume.

  • Wracamy do miasteczka, idziemy do Barona i mówimy mu, że chcemy normalnie tu żyć. My wyruchaliśmy go na pieniądze, on chciał nas zabić, jesteśmy kwita i nie mamy do siebie pretensji.

  • Wydaje mi się – zaczął Igo – że on ma tu takie poczucie władzy i zabolało go to, że ktoś na jego terenie go okantował, że może na przykład bez konsekwencji zetrzeć nas przy pomocy Lorsonów z powierzchni ziemi.

  • Dlatego cały czas upieram się, aby tę sytuację przedstawić Lorsonom, gwarantując im, iż z naszej strony nie rościmy sobie nic od Barona. Masz ten atut Dalinarze, że możesz wyczuć ich intencje. Sprawdzić czy mówią prawdę. Jeśli zadeklarują, że nie będą się wtrącać, będziesz pewny. Opowiedziałbym im od początku skąd zaistniała cała sytuacja, łącznie z tym, że po pijaku nie podłożyłem walki.

  • Lorsonowie są najemnikami, którym płaci się za wykonywanie rozkazów – powiedział Igo – Myślę, że taka rozmowa nic nie zmieni.

  • Igo ma rację – powiedział Kejn – a teraz wróćmy do pytań.

  • Gdzie widzieliście te oczy? – zmieniłem temat.

Igo wskazał mi miejsce w lesie.

  • Zanim zaczniesz przywoływać zmarłych, może sprawdzę czy nic się na nas nie czai – zaproponowałem.

  • Dobry pomysł – powiedział mag – Idę z tobą.

Ostrożnie ruszyliśmy we wskazanym kierunku. Ja wypatrywałem śladów na śniegu, a mag w tym czasie rozglądał się wokół, aby mnie coś nie zaskoczyło. Znalazłem około dziesięciu tropów, które zostawiły średniej wagi humanoidy. Ślady były dziwne, nigdy takich nie widziałem. Istoty musiały poruszać się boso, miały trzy palce z przodu i czwarty odchodzący do tyłu. Nie miałem pojęcia co mogło zostawić takie ślady. Pomyślałem, że będę musiał dopytać Eldorna o to. Zacząłem obchodzić to miejsce i zrozumiałem, że z zachodu przyszło sześć istot, a z kierunku północno-zachodniego trzy. Ślady kotłowały się w miejscu, z którego obserwowały obozowisko i tak jak przyszły w to miejsce z różnych stron, odeszły w jednym kierunku. Wróciłem do namiotów i podzieliłem się swymi obserwacjami z braćmi. Nikt z nas nie wiedział co to mogło być.

  • Czas porozmawiać z naszymi niedoszłymi zabójcami – powiedział Dalinar – Miejsce jest specyficzne, lecz moja moc z Vergenem jest na tyle silna, że uda mi się zmusić ich dusze do odpowiedzi. Przeprowadzę rytuał tutaj.

  • Ustawimy się dalej tak jak zwykle – powiedział Kejn – lecz rozglądajmy się czujnie, aby nie zaskoczyły nas te istoty, które skradały się w nocy.

  • Jest pewna różnica od ostatnich moich rozmów ze zmarłymi – powiedział kapłan – Jako iż kilka razy już to zrobiłem, czuję się w tej materii pewniejszy. Jeśli przyjdzie wam na myśl jakieś pytanie w trakcie przywołania, możecie mi o tym powiedzieć.

  • Zapytaj o złoto, zapytaj o złoto – zaśmiał się Igo.

  • Nie no, to chyba był żart – powiedziałem.

  • Żartem i to smutnym będzie to, jeśli takiego złota nie wskażą – odparł Dalinar śmiejąc się – A i jeszcze jedno. Będę prawdopodobnie mógł zadać więcej pytań niż ostatnio, więc jeśli zadam wszystkie, które przygotowałem, możecie dodać nowe jeśli na coś wpadniecie. Jeżeli wyjdzie coś z Czarną Dalią, jak najbardziej będę chciał pociągnąć ten temat.

Dalinar odciągnął czarnowłosą kobietę za ręce od pozostałych ciał. My odeszliśmy kawałek i daliśmy w spokoju odprawić kapłanowi rytuał. Jak zawsze rozpalił kadzidło i zaczął okadzać ciało wzywając imienia Vergena. My w tym czasie czujnie obserwowaliśmy okolicę. Po raz kolejny byłem ciekawy jak tym razem objawi się zmarła dusza. Po kilkunastu minutach, chmury zasłoniły niebo. Miałem wrażenie, że w ciągu kilku sekund temperatura gwałtownie spadła. Z naszych ust przy każdym oddechu pojawiały się geste kłęby pary. Tak zimno nie było jeszcze tej zimy. Tak nagle jak pojawił się mróz, w naszą stronę sprzed kapłana uderzyła fala ciepłego, suchego powietrza, a w nosie poczułem zapach stęchlizny. Kilkadziesiąt metrów przed kapłanem, powietrze zaczęło falować. Po chwili w miejscu gdzie powietrze najintensywniej drgało, krajobraz nagle się zmienił. Nie widzieliśmy już drzew, lecz obraz jakby pustyni pełnej czerwonego piasku. W środku tego obrazu powietrze drgało od temperatury. Śnieg naprzeciwko dziwnego zjawiska wcześniej zbrylony i twardy powoli zaczął się topić. Wpatrywałem się w pustynny krajobraz, zafascynowany, zapominając nawet o tym, by się rozglądać. Minęło kilka chwil, gdy w oddali zobaczyliśmy kroczący w naszym kierunku zarys postaci. Po chwili zorientowałem się, że postać nie idzie, lecz biegnie i to biegnie bardzo szybko. Gdy była bliżej okazało się, że to nie bieg sprawia, że się przybliża. Można było odnieść wrażenie, że w jednej sekundzie jest sto metrów od nas, by w mgnieniu oka przybliżyć się o dziesiątki metrów. Postać zbliżała się, jakby przenosząc się z miejsca na miejsce. Po chwili rozpoznaliśmy Noah, która wyszła z drgającego krajobrazu i stanęła przed kapłanem. Jej twarz była sina, zmrożona, a zbroja nosiła o wiele więcej śladów miecza niż przyjęła poprzedniego wieczora. Najbardziej jednak rzucało się w oczy to, że zamiast rąk miała kikuty zakończone ostrymi jak u modliszki kończynami. Tak jak poprzednim razem przy rozmowie z duchami, postać była na wpół widmowa. Kiedy otworzyła usta, rzucała się w oczy czerń jej zepsutych zębów.

  • To ty – odezwała się istota umęczonym głosem – To ty jesteś mym wybawcą. Zabierz mnie z stąd! Zabierz mnie z Sevonii. Błagam cię!

  • Przywołałem cię tu mocą Vergena, abyś najpierw odpowiedziała na moje pytania – donośnym głosem powiedział kapłan – Jeżeli odpowiesz, to uwolnię cię.

  • Nie – przerwała zjawa – Musisz przysięgnąć, że zabierzesz moje ciało z tego miejsca. Wtedy odpowiem.

  • Jeżeli to zrobię, czy odpowiesz na wszystkie pytania i rozwiejesz wątpliwości, które nas dręczą?

  • Zrobię tak – pokornie odparła istota.

  • Zatem zrobię tak. Przeniosę twe ciało z tej ziemi. A teraz powiedz mi, kto zlecił zabójstwo naszej grupy.

  • Był to Reinhard z Gis, zwany powszechnie Baronem.

  • Powiedz jak się z nim umówiliście?

  • Pozwolił nam odejść w zamian za zabicie was.

  • Czy Lorsonowie wiedzą o tym zleceniu?

  • Nie wiem.

  • Powiedz mi w takim razie, gdzie przebywa zabójczyni Czarna Dalia.

  • Nie wiem.

  • Dlaczego zabiliście Ashley’a?

  • Nie wiem o kim mówisz.

  • Czy mieliście się zgłosić do Barona po zabiciu nas?

  • Nie, byliśmy wolni.

  • Nie oczekiwał dowodu?

  • Nie.

  • Czy wiesz kto to w ogóle jest Czarna Dalia?

  • Wiem czym zajmowała się ta osoba, lecz jej nie znam.

  • A widzieliście ją w Moss Eil?

  • Nie.

  • W takim razie wskaż mi, gdzie ukryliście wasze kosztowności i skarby.

  • Nic nie ukryliśmy. Wszystko zostało nam odebrane.

  • Czy zamordowaliście kogoś w Moss Eil, oprócz kupca, na którego mieliście zlecenie z Gis?

  • Nie, zginął tylko on.

  • W jaki sposób Baron upewnił się, że wykonacie zlecenie na nas, a nie zbiegniecie po prostu do Gis?

  • Nie wiem.

W miejscu, z którego wybiegła wcześniej kobieta, dostrzegliśmy trzy poruszające się sylwetki i tak jak ona przedtem, tak one w tym momencie poruszały się dziwnymi przeskokami w przestrzeni.

  • Dalinarze kończ to – powiedział Kejn – Ktoś zbliża się w naszym kierunku.

Noah obejrzała się za siebie i z paniką w głosie powiedziała:

  • Nie! Tylko nie oni! Proszę cię! - podbiegła do kapłana, jakby chciała go objąć, lecz jej widmowe ciało przeszło przez Dalinara – Nie! - krzyknęła i skuliła się na ziemi obok swojego ciała.

Postacie zbliżały się z ogromną prędkością. Istoty te były większe od człowieka.

  • Zamknij to Dalinarze! – zawołałem.

  • Próbuję! – odkrzyknął, lecz nic się nie działo, a postacie były już blisko.

Miały ponad dwa metry. Biegły na dwóch nogach z kopytami, a ich masywne ręce kończyły wielkie jak ostrze kosy, podobne do odnóży modliszki. Z głów wyrastały zakręcone jak u kozicy rogi skierowane do tyłu. Z ich ciał w wielu miejscach wystawały jakby owadzie części ciała. Twarze pozbawione były oczu. Miały wielkie, szerokie usta, uzbrojone w ostre jak sztylety kły.

Brahus

  • Kończ to Dalinarze! – krzyczał Kejn, lecz w momencie, w którym kapłan sięgnął po włócznię i tarczę, dotarło do nas, że Dalinar nie potrafi zamknąć tego dziwnego portalu do pustynnego świata.

W jednej chwili stwory były na granicy naszego świata. W ich kierunku poleciała kula ognia, wyczarowana przez Igo, lecz zanim uderzyła, istoty zniknęły, a sekundę później pojawiły się między nami. Ki szerokim strumieniem popłynęło przez me ciało. Jedn stwór pojawił się między mną, a Igo, a z jego paszczy wydobył się głośny, nieludzki ryk. Zaatakowałem z furią. Demony te pojawiły się tak nagle, że nie miałem czasu zorientować się w sytuacji na polu walki. Igo musnął stwora błyskawicą, lecz nie zrobiło to na nim wrażenia i dwukrotnie ugodził maga, który nawet nie zdążył podnieść swego kostura do obrony. Od czarownika aż zaiskrzyło. Domyśliłem się, że Igo chroni Kryształ Amuru, inaczej byłby już martwy. Usłyszałem głośny krzyk Kejna i odruchowo zerknąłem w tym kierunku. Elf leżał na ziemi, a śnieg dookoła niego miał barwę wina. Stwór ryczał i rzucił się w naszym kierunku. Kontynuowałem natarcie i z wyskoku kopnąłem stwora w bok. Miałem wrażenie, że nie zrobiłem na nim większego wrażenia, lecz na chwilę odwróciłem jego uwagę od Igo. Chwilę później stwór został zamknięty w kuli energii. Stwór szamotał się i raz po raz uderzał w barierę. Obróciłem się w kierunku kolejnego nacierającego potwora.

  • Za mnie Igo! - krzyknąłem i przyjąłem postawę defensywną.

Z tyłu, za biegnącym stworem, widziałem walczącego z trzecim przeciwnikiem, Dalinara.

Plama szkarłatu wokół Kejna powiększyła się znacznie. Miałem złe przeczucia.

Stwór nacierał na mnie, po czym znikł. Tylko dzięki temu, iż Ki wypełniało me ciało, w ostatniej sekundzie obróciłem się i jego owadzie odnóże minęło moją głowę o centymetry. Wykorzystując siłę obrotu wykonałem kopnięcie. Trafiłem stwora w ramię i poczułem jak łamię mu kości. Ramię opadło mu bezwładnie wzdłuż ciała, a stwór zawył wściekle. Siła uderzenia cofnęła go o dwa kroki w tył. Drugie ramię przecięło ze świstem tylko powietrze. Wykorzystałem to i uderzyłem z pięści w tors, lecz ponownie miałem wrażenie, że nie zrobiło to na nim wrażenia. Ponowne me ataki, jako że skupiłem się już głównie na obronie, nie zrobiły na nim wrażenia. Starałem się go związać walką, aby Igo miał swobodę w rzuceniu czaru. Taktyka zadziałała, bo po chwili z rąk maga strumień ognia ugodził stwora. Niestety to zwróciło jego uwagę i musiałem ponowić wysiłki, aby ponownie związać go walką. Z niepokojem rzuciłem też okiem w stronę magicznej kuli, czy przypadkiem nie stoi już pusta, a ja lub Igo zaraz będziemy mieli go na plecach. Dzięki Bogini stwór nadal wściekle atakował sferę, która go więziła. Tuż obok mnie wyrósł nagle Dalinar, atakując istotę włócznią.

  • Igo kryją się za nami! – krzyczał kapłan.

Myślę, że mag nie potrzebował zachęty.

Skoncentrowałem Ki w pięści i wyprowadziłem cios. Tym razem poczułem jak jego skóra się mocno ugięła. Z boku włócznią ugodził go Dalinar. Było widać, że stwór traci szybkość i moc. Kolejny cios i stwór padł na ziemię.

  • Przygotujcie się na tego z kuli! – krzyknął Igo – Bariera zaraz zniknie.

Stanąłem gotowości przed sferą, a Igo wycofał się na bezpieczną odległość. Pozwoliłem sobie zaczerpnąć z najgłębszych zasobów Ki i byłem gotów na błyskawiczny i potężny atak. Dalinar biegł w kierunku Kejna.

  • Dalinarze – krzyknąłem – Czy jak wywalę go w tej kuli na tą zasraną pustynię, to to zniknie?!

  • Nie mam kurwa bladego pojęcia! - krzyczał wściekły kapłan.

Stałem w napięciu. Nagle stwór z kuli zniknął.

  • Plecami do siebie! - krzyknąłem.

Rozglądaliśmy się za wrogiem, ale stwora nigdzie nie było. Ciał pozostałych dwóch też nie.

  • Obiecałeś…! – usłyszałem kobiecy jęk.

Obróciłem się i zobaczyłem iż duch czarnowłosej kobiety był przyciągany w kierunku pustynnego świata. Po sekundzie nie było po nim śladu. Chwilę później znów, tak jak przed rytuałem rozmowy z umarłym, pojawiła się w tym miejscu ściana lasu.

  • Co to kurwa było?! - krzyknąłem podbiegając do elfa.

  • On nie żyje? - pytał z niedowierzaniem Igo, a ja widząc ogrom krwi na śniegu, wiedziałem, że odpowiedź mogła być tylko twierdząca.

  • Mamy jeszcze dwa węzły – powiedziałem przytomnie.

  • Nie wiem czy wiedźma będzie dysponowała aż taką mocą – cicho powiedział Dalinar.

  • Trzeba go tam zabrać – ruszyłem do swojego namiotu, aby z jego płachty zrobić coś na wzór noszy.

Pracując, zwróciłem się do Igo:

  • Duch wspomniał coś o Sevonii. Czy to ma jakiś związek z Sevonitami?

  • Pamiętacie ruiny wieży? - zaczął Igo.

  • No tak, pamiętam – odparłem – Ale czy nazwa Sevonia ma coś z tym wspólnego?

  • Dalinarze, czy powodem tej sytuacji jest miejsce, w którym dokonałeś rozmowy z umarłym, czy też niefortunny zbieg okoliczności? - zapytałem.

  • Tak mi się wydaje – cicho odparł kapłan – ale nie miałem pojęcia, że takie coś może się wydarzyć.

  • Kurwa ja też nie miałem! - krzyknąłem – Czułem, że rozmowa z trupem tak blisko Numenory to zły pomysł. Mniejsza teraz o to, trzeba się spieszyć. Pomóżcie z tymi noszami. Dawać jakieś dwie grube, długie gałęzie!

Pospiesznie zrobiliśmy coś w rodzaju noszy. Jeden koniec położyliśmy na śniegu, a drugi ciągnęliśmy z Dalinarem. Miecz elfa wyczyściłem i schowałem do pochwy, a Igo położył na nim jego łuk. Z każdym kilometrem, nosze ciążyły nam coraz bardziej, lecz determinacja dodawała nam sił. Po kilku godzinach dotarliśmy ponownie pod dom Numenory. Wiedźma, tak jak i poprzednio żuła sznur. Kiedy nas zobaczyła, uśmiechnęła się do nas, odkrywając swe czarne zęby i powiedziała:

  • Oooo, widzę, że braciszkowie wrócili.

  • Będziesz w stanie przywrócić go do życia? – zapytał Igo.

  • A cóż takiego się mu przydarzyło, że tak biednie wygląda?

  • Nic mu się nie przydarzyło – warknął mag – Będziesz w stanie go wskrzesić czy nie?

  • Ooooch, biedna Numenora nie ma takiej mocy – powiedziała z udawanym smutkiem – No, chyba że rozwiążecie kolejny węzeł. Cóż za nieszczęście, że byliście tacy nieostrożni...

  • Rozwiążę węzeł, a ty lepiej mu pomóż.

Igo podszedł do węzła i wypowiedział zaklęcie, którego wcześniej nauczyła nas Numenora:

  • Ja, z własnej woli rozwiązuję ten węzeł! – następnie dmuchnął w węzeł zawiązany na sznurze.

Tak jak i poprzednio, z węzła wydostał się obłok pary, a sam supeł zniknął. W tym momencie Numenora powiedziała:

  • Dajcie tego nieszczęśnika bliżej, żeby zaklęcie zadziałało.

Podeszliśmy z noszami do wiedźmy. Numenora dotknęła piersi elfa.

  • Oj biedny nieszczęśniku, spróbujmy coś na to poradzić.

Spod jej powykręcanych od starości palców, zaczęło sączyć się fioletowe światło. Widziałem jak okrutna rana powoli się zasklepia. Po chwili usłyszałem potężny wdech i Kejn z głośnym krzykiem usiadł na noszach. Elf rozglądał się zdezorientowany i łapczywie łapał oddech. Po chwili stoczył się z noszy na ziemię i zwymiotował.

  • Może... skoro już tak dobrze się znamy – zaczęła przesłodzonym głosem wiedźma – Wstąpicie do mnie do domu na herbatkę?

  • Co się kurwa stało?! - dopytywał Kejn, a Igo i Dalinar próbowali go podnieść.

  • Spokojnie – powiedział kapłan – Mocno oberwałeś.

W tym czasie ja, w sumie sam nie wiem dlaczego, podszedłem do Numenory i podziękowałem jej w języku Tesji. Ona odpowiedziała mi także po tesijsku:

  • Wiem, że niedługo znów do mnie wrócisz.

  • Zrobił ci to kościół Delidii? - zapytałem.

  • O tak. Straszni ludzie. Źli ludzie uwięzili biedną Numenorę.

  • Możesz mi opowiedzieć coś o sobie? – zapytałem.

  • Opowieść kosztuje – znacząco popatrzyła na ostatni węzeł.

  • Tyle nie zaryzykuję – odparłem – Chyba zdajesz sobie sprawę, że jeśli sytuacja nas nie zmusi, nie zaryzykujemy uwolnienia tak potężnej istoty, nie wiedząc nic o niej.

  • Może sytuacja was zmusi. Kto wie, kto wie. Wtedy zapraszam was do mojej skromnej, ciepłej chaty – odpowiedziała swoim słodkim, ale jednocześnie okropnym starczym głosem, od którego ciarki przeszły mi po plecach. Myśl o wejściu do śmierdzącej chaty napawała mnie nieskończonym obrzydzeniem.

  • Jeszcze raz dziękuję – skłoniłem się w jej kierunku i skończyłem dialog w tesijskim.

Kejn siedział zdezorientowany i starał się zrozumieć gdzie jest.

  • Czemu tu znowu jesteśmy? Gdzie te stwory?

  • Dostałeś potężne uderzenie – powiedział Igo – Okazało się śmiertelne.

  • Co?!

  • Spójrz na zbroję – powiedziałem i pokazałem ogromną, brudną od krwi poszarpaną dziurę.

Kejn patrzał w milczeniu na swoją pierś.

  • Musieliśmy wrócić do Numenory – powiedział Dalinar – Igo zdjął kolejną pieczęć i zażądał, aby cię wskrzesiła. Na szczęście się udało. Pamiętasz coś z tego?

  • Pamiętam walkę z tymi bydlakami i że straciłem przytomność. Jak to się skończyło?

  • Zabiliśmy dwóch z nich, a trzeci uwięziony przez Igo w kuli, zniknął tak jak i ciała tamtych dwóch. Pustynny krajobraz też się rozwiał – opowiadałem.

  • Może potrzebujesz odpoczynku? – odezwała się nagle wiedźma – Może chcesz ogrzać się w mej ciepłej chacie przy kominku?

  • Nie, lecz dziękuję ci za użyczenie swojej mocy.

  • Jesteś w stanie iść? - zapytałem.

  • Tak.

  • No to chyba musimy się spieszyć.

  • Do zobaczenia bracia de Vries. Czuję, że jeszcze się spotkamy – rzuciła na odchodne Numenora śmiejąc się.

Ruszyliśmy w stronę obozowiska, gdzie odbyła się walka. Po drodze nie rozmawialiśmy, aby nie tracić tchu. Kiedy zobaczyliśmy nasze namioty, między drzewami słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Minęło wiele godzin.

  • Kurwa – powiedział elf i wskazał ręką na nasze namioty.

Podeszliśmy jeszcze kawałek i zobaczyliśmy w obozowisku kilkanaście sylwetek.

  • Igo co tam widzisz?

  • Zgarbione, chude istoty. Szara skóra, łyse głowy i chyba zrobiły sobie kolacje z naszych niedoszłych zabójców – relacjonował mag – Nie mam pojęcia co to kurwa jest.

  • Może odstraszymy ich krzykiem – zaproponował Kejn.

  • No na pewno. Ich jest kilkunastu, a Numenorze został tylko jeden węzeł – ironizowałem.

  • Rzucić w nich kule ognia?

  • Spalisz namioty – powiedział Kejn.

  • Chuj z namiotami i wszystkim co tam jest – powiedziałem – Mało nam wrażeń? Poczekamy z godzinkę, może się nażrą i pójdą w diabły, a jak nie to ich ominiemy i idziemy do miasta.

  • Może kula ognia ich odstraszy – powiedział Dalinar.

  • A jak nie? - zapytałem – Tylko ruszy na nas masa nawet nie wiemy czego? Jesteście w pełni zdolni do walki?

  • No mogę jeszcze potem rzucać czary pozamatrycowo – powiedział Igo.

  • Kurwa – warknąłem – Możesz mówić po ludzku?

  • No większość czarów rzuciłem już w trakcie walki z tamtymi potworami – powiedział mag – Teraz przywołanie magii będzie trudniejsze i obarczone pewnym ryzykiem.

  • Musimy mierzyć siły na zamiary – powiedziałem.

  • A jak sobie nie pójdą, to co omijamy ich i idziemy do Moss Eil? - zapytał kapłan.

  • Chciałem ci przypomnieć Dalinarze, że obiecałeś zabrać ciało tej zabójczyni – powiedział Igo.

  • Ja też chciałbym ją stąd zabrać – oznajmiłem – Lecz nie kosztem takiego ryzyka.

  • Dokładnie – zgodził się ze mną kapłan.

  • A gdzie twój honor Dalinarze? – wypalił Igo w swoim stylu.

  • Kurwa wsadź sobie te zaczepki w dupę – powiedziałem przez zaciśnięte zęby do Igo – Uważasz, że to jest najlepszy czas na twoje docinki? Ja mogę walczyć, lecz wcale nie mam ochoty walczyć o namiot i plecak z kawałkiem liny. Dalinarze, możesz na czas walki obdarować nas błogosławieństwem korowej skóry?

  • Niestety nie. Moja moc jest na wyczerpaniu.

  • No to nad czym się zastanawiamy. Mag bez zaklęć, kapłan na wykończeniu i ja styrany całodniowym bieganiem z noszami po lesie. Poczekajmy z godzinę może się najedzą i wrócą tam skąd wyszły.

  • W sumie jak tak teraz pomyślę, to w walce straciłem prawie całą magiczna osłonę Kryształu Amuru – powiedział Igo.

  • To tym bardziej!

Bracia zgodzili się, aby przeczekać godzinę i jeśli stwory nie odpuszczą, okrążyć je szerokim łukiem i wracać do osady. Po godzinie nic się nie zmieniło, stwory dalej kotłowały się przy ciałach.

Prowadziłem więc ich dużym łukiem w kierunku Moss Eil.

  • Ustalamy co zrobimy po powrocie do osady? - zapytał Igo.

  • Każdy z nas niech rzuci propozycje co robić i potem je rozważymy – zaproponował Kejn.

  • Zatem zaczynaj – powiedział Dalinar.

  • Poszedłbym według planu jak gdyby nigdy nic i niczego nie dał bym po sobie poznać swoim zachowaniem.

  • Ja narazie nie wiem co zrobić. Posłucham was, lecz po głowie chodzi mi wydostanie się z osady – powiedział Igo.

  • Pierwszą rzeczą po powrocie to pójście do krasnoludów zobaczyć co z Markusem – powiedziałem – Druga sprawa, to powinieneś porozmawiać z Lorsonami.

  • To nie jest dobry pomysł, by z nimi rozmawiać – powiedział Dalinar.

  • No to kurwa nie wiem – odparłem – Daj swój pomysł.

  • Wracamy. Idziemy do krasnoludów i to im mówimy o tym, że Baron próbował nas zabić. Są znaczącą siłą w Mos Eil i nie są zależni tak od Barona jak Lorsonowie. Może to być nasz dupochron, który odstraszy Barona do wydania na nas wyroku bez dowodów. Powiemy co i jak i że nie chcemy się naprzykrzać Baronowi, bo mamy tu swoje sprawy do załatwienia i chcemy doczekać wiosny.

  • Ma to sens – powiedziałem – Jeśli Markus jest zdrowy, poświadczy rodzinie, że jesteśmy godni zaufania. Powiemy mu, że ja po pijaku zrobiłem Barona na kasę, a on na nas nasłał zbirów. Niech ułagodzi Barona w naszym imieniu, że jesteśmy kwita i nic mu z naszej strony nie grozi.

Ustaliliśmy że tak właśnie zrobimy.

Trzy godziny po zmroku dotarliśmy do domu klanu Tunnerów, gdzie przebywał Markus. Zapukaliśmy w drzwi, ale nikt nie otworzył. Podążyliśmy do domu Hermana Tunnera, który nas przyjął.

  • O, to wy.

  • Ano my – odparł Dalinar – Z Markusem wszystko w porządku?

  • Nie uwierzycie! Harmus go uzdrowił.

  • Dupa nie Harmus – odparłem – Musimy z nim porozmawiać.

Z głębi domu usłyszeliśmy głos Markusa:

  • Hermanie, co tam się dzieje? - po chwili nasz znajomy stanął w drzwiach i patrzył na nas wielkimi oczami. Gdy zrozumiał kim jesteśmy, na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech.

  • Kejnie, Gniewomirze, Dalinarze, Igo!

  • Witaj Markusie – powiedzieliśmy niemal w tej samej chwili.

  • Jaki Igo? jaki Dalinar? Yyyy... – powiedział Herman.

  • Cieszymy się, że widzimy cię w pełni zdrowia – powiedział mag.

  • Hermanie, zaproś ich do środka.

Zdziwiony Herman gestem zaprosił nas do swojego domu. Na stole stał antałek piwa i dwa kufle. Widać popijali sobie przy palenisku. Po chwili Herman dostawił ławę i przyniósł dodatkowe kufle.

  • Hermanie mówiłeś mi o jakichś ludziach – tu głos mu się zawiesił – Aha teraz rozumiem. Fałszywe imiona.

  • Jak to fałszywe imiona!? - Zapytał Herman – Nalejcie sobie piwa i wytłumaczcie mi wszystko.

  • A masz może Rudą Pajdę? – zagaiłem.

  • Ano znajdzie się coś mocniejszego – powiedział gospodarz i podszedł do jednej z szafek.

  • No dejżesz nie – poganiałem krasnoluda.

Krasnolud rozlał trunek.

  • No to za to spotkanie – wzniosłem toast.

  • Zacznijmy od początku – powiedział kapłan, krzywiąc się po łyku Rudej.

  • Zacznijmy od tego, że to nie Harmus cię uzdrowił – powiedziałem.

Po chwili zastanowienia Markus powiedział:

  • Numenora!

  • Tak, właśnie od niej wracamy – potwierdził Igo.

  • Skąd wiedzieliście?

  • Gdy cię odnaleziono, powtarzałeś w malignie Numenora. Zaczęliśmy więc węszyć tu i tam – odparł Kejn.

  • Co wy tu robicie? Przysyła was Zakon?

  • No nie, to jest akurat ciężki temat – odparłem – Czy wiesz co działo się z Ragnem, po tym jak opuściłeś Białą Osadę?

  • Niestety nie.

  • W dużym skrócie został porwany przez kościół i osadzony w Twierdzy Długiej Nocy.

Na te słowa Herman splunął na ziemię.

  • Zanim jednak wszystko ci opowiemy, a będzie to długa historia, nie wiem czy na tę opowieść starczy Rudej Pajdy – powiedziałem – Przejdźmy do bardziej palących nas problemów. Opowiem to, bo jestem zalążkiem obecnej katastrofy. Od miesiąca nosze tytuł mistrza Moss Eil, który zdobyłem walcząc na arenie w Czerwonym Goblinie w Święto Gwiazd. Przed ostatnią rundą Baron zaproponował mi, abym się podstawił. Abym podłożył walkę, aby mógł obstawić na swojego zawodnika.

  • Jak to? - odezwał się oburzony Herman – To skurwysyn.

  • Spokojnie Hermanie, daj mi kontynuować.

  • To było ustawione? - dopytywał krasnolud.

  • A widziałeś, abym poddał?

  • No nie.

  • Wtedy, w pijackim widzie wydawało mi się, że jeśli go wyroluję, to będzie to coś na co zasłużył. Niestety nie przewidziałem tego, że aż tak go wkurwię.

  • Pewnie stracił dużo kasy – powiedział zamyślony Herman.

  • I bardzo dobrze, niehonorowa walka to kiepska rzecz – powiedziałem.

  • Zgadzam się – z uznaniem powiedział Herman.

  • A jak wiadomo, gdy oszust oszuka oszusta, to nie jest oszustem. Po tej akcji zerwał z nami umowę na pewne zadnie, które mieliśmy dla niego wykonać. Potem na potańcówce doszło do morderstwa.

  • Nie uwierzycie – przerwał mi krasnolud – Mieli zawisnąć za kilka dni, a uciekli dwie noce temu!

  • Daj mi wreszcie skończyć. Ta sytuacja stworzyła Baronowi nowe możliwości. Otóż to on ich wypuścił, a w zamian za to zażądał, aby nas zabili. Nasłał ich na na nas.

  • To niemożliwe – powiedział Herman.

  • Możliwe, przyznali się do tego, gdy konali po walce.

  • Baron wiedział, że gdzieś się wybieraliśmy – powiedział Kejn – Wiedział zapewne też, że wyruszamy tylko na jeden dzień. I nakazał tej bandzie zrobić na nas zasadzkę, kiedy wracaliśmy od Numenory, do której wybraliśmy się, aby cię uleczyć. Baron zakładał, że banda załatwi sprawę, ale na nasze szczęście się przeliczył.

  • Naprawdę musiałeś go rozwścieczyć Gniewomirze – powiedział Herman – Wiedziałem, że jest niebezpiecznym człowiekiem, lecz nigdy bym nie przypuszczał, że posunie się do czegoś takiego.

  • Teraz ważna sprawa – oznajmiłem – Coraz więcej trzyma nas w tej osadzie. Pojawił się Markus, moi bracia szkolą się i zostawili tu dużo złota w związku z tym. Zwyczajnie chcemy tu w spokoju przeczekać do wiosny. Chwilowo nie pali nam się w stronę Celebornu, czy Mar-Margot, bo tam jesteśmy na świeczniku kościoła. Mamy jakiś dziwny dar zachodzenia im za skórę. Chcemy sprawę postawić jasno. Ja oszukałem Barona, on nasłał na nas zabójców, więc uznajemy, że jesteśmy kwita i nic od niego nie chcemy. Nie chcemy dążyć do rozlewu krwi i waśni.

  • Może mógłbyś negocjować w naszej sprawie? - zapytał Igo.

  • No nie wiem, nie wiem – odparł Herman.

  • Może jednak Hermanie? To są ci chłopcy, o których ci opowiadałem. Można powiedzieć, że jestem ich opiekunem. Czy zaręczycie swoim słowem, że jeśli sprawę załagodzimy, to Baronowi nic nie grozi z waszej strony?

  • Tak – odparliśmy jednomyślnie – O ile Baron zachowa się w taki sam sposób – dodał Kejn.

  • Ja ich nie znam, to twoi podopieczni. Jeśli jednak za nich ręczysz, to porozmawiam z Baronem. Bo twoje słowo jest dla mnie wystarczające.

  • Ręczę za nich – z pewnością w głosie odparł Markus.

  • My uważamy, że jesteśmy z Baronem kwita. I gwarantujemy, że pierwsi nie podniesiemy na niego ręki. Lecz jeśli Baron będzie znów coś knuł, nie możemy obiecać że będziemy bierni – powiedział Kejn – To jak Baron wytłumaczy się z ucieczki więźniów nas nie obchodzi.

  • Co do sprawy ucieczki, to już jest o tym głośno – przerwał wypowiedź elfa krasnolud – Mówią, że ktoś uśpił strażników, dwóch Lorsonów, a ci mordercy po prostu uciekli.

  • Nie ma się co nad tym rozwodzić – powiedział Dalinar – Herman zaproponował, że porozmawia z Baronem i niech tak będzie.

  • Dla mnie liczy się słowo Markusa. Jeśli on za was ręczy, to mi to wystarczy. Musimy działać szybko, aby jutro nie było niespodzianek. Zostańcie w moim domu. Zapewne macie dużo spraw do obgadania. Nie wychodźcie stąd, dopóki nie wrócę.

Po tych słowach krasnolud ubrał się i wyszedł.

  • Chłopaki, strasznie się pomieszało – rzekł Markus po chwili.

  • Ważne, że widzimy cię w zdrowiu – powiedział Dalinar.

  • Ano, stokrotnie wam dziękuję.

  • Co sprowadziło cię do Numenory? – zagaił Igo.

  • Może zacznij od początku – zaproponowałem – Noc jeszcze długa.

  • Ostatni raz widzieliśmy się chyba jak wyruszaliście z Białej Osady. Wy Dalinarze i Kejnie do Karhanu, ty Igo do Górskiego Gryfa, a ty Gniewomirze odszedłeś ze swoim wujem Antonem. Ile to już, sześć? Siedem lat? Było to tak, że oczekiwaliśmy was na wiosnę 222 roku Po Zaćmieniu. W styczniu i lutym Vernir mocno zaangażował się w badanie sprawy śmierci Roberta. Był niemalże pewien, że kościół Delidii był zamieszany w ten pożar, w którym zginęli wasi rodzice. Wybierał się coraz częściej do Mar-Margot. Znikał na kilka dni, czasem tydzień, czasem dwa. Nie udzielał mi zbyt wielu informacji, mówił że musi to jeszcze doprowadzić do końca, a ja nie naciskałem. Pewnego razu wrócił ranny i wystraszony. Bał się tego, że został zdemaskowany. Kazał mi natychmiast wyjechać i zabrać ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Wyniki naszych badań i kryształ, który znaleźliśmy niedaleko farmy Grahama. Był to swoisty magiczny klucz do wielu tajemnic fortecy Manmar w Białej Osadzie. Po tym wszystkim udałem się w tajemne, wcześniej wyznaczone na takie przypadki miejsce, wraz z notatką co się stało. To taki punkt ustalony w celach konspiracyjnych. Jak wiecie Zakon Atolla jest bardzo rozproszony i jego przedstawiciele zazwyczaj nic o sobie nie wiedzą. Dzięki temu nadal trwa. Jeśli jakaś odnoga zostanie odkryta, nie zagraża to reszcie. To system, który zakon opracował przez te wszystkie lata nękań przez kościół Delidii. Przedstawicie zakonu, którzy kontaktują się z nami co pół roku, w przypadku wpadki, najpierw zawsze sprawdzą miejsce, gdzie w takiej sytuacji zostawiamy notatkę z ostrzeżeniem i sprawozdaniem. To zrywa kontakt z danym miejscem.

  • Przepraszam, że przerwę – powiedziałem – To znaczy, że przedstawiciel Zakonu Atolla, nigdy już nie pojawi się u Grahama w Białej Osadzie?

  • To wielce prawdopodobne – odparł krasnolud – Chyba, że po czasie i w inny sposób. Być może agenci zakonu obserwują wioskę, może zjawił się w niej nowy mieszkaniec, który ma za zadanie wybadać zagrożenie. Ciężko teraz wyrokować. Najważniejsze jest nie ujawnić dalszych gałęzi organizacji. Tak czy siak, udałem się do Umbarak, skąd pochodzi moja rodzina. Nie szukałem kontaktu z Vernirem, zgodnie z zasadami konspiracji. Odwiedziłem też umówione miejsce kontaktu na taką sytuację, lecz zakon milczał, co też jest normalne, bo muszą wykluczyć, że nie jestem szpiegiem, a to wymaga czasu. Wobec braku zobowiązań i innych planów, późną wiosną tamtego roku, postanowiłem zrealizować swoje marzenie, którego źródło leży w historii, którą zna większość krasnoludów. Według legendy, dawno temu istniało potężne miasto krasnoludów, którego centrum było miasto o nazwie Ard-Danberg, zwane Miastem Kuźni. Kowale Ard-Danbergu posiedli zdolność kucia Gwiezdnego Metalu, który według opowieści dawni bogowie zrzucili na ziemię u zarania dziejów. Jest to najdoskonalszy ze znanych metali. Obecnie uważa się, że nie istnieje nikt, kto potrafi mechanicznie obrabiać ten metal. Miałem przyjemność widzieć ten cudowny metal w życiu dwa razy. Nikt nie wie dlaczego cywilizacja Ard-Danbergu upadła. Ostatni znany krasnoludzki Kowal Run, bo tak zwano tych, którzy potrafili obrabiać Gwiezdny Metal, był niejaki Dur-Durang. Był to krasnolud owiany mroczną tajemnicą, w której legendach przewijają się okrutni władcy, demony i istoty starsze niż czas. Legenda głosi, że kluczem do obróbki tego metalu w Ard-Danbergu było Kowadło Gniewu, niezniszczalny przedmiot, zahartowany ogniem starożytnego smoka Horusa. Przedmiotem aktywującym kowadło, jego integralną częścią, był Glif Horusa. Tak czy owak, użyłem prawie całego majątku rodzinnego, wszelakich kontaktów i wyruszyłem do Dorrn, by tam lepiej zgłębić legendę. Zakon nie odzywał się długo, zatem tylko zostawiłem informacje, gdzie planuję przebywać i ruszyłem w podróż. W Dorrn trafiłem na ślad wygnańca z Uskaru, maga i demonologa, który po wygnaniu ponad 200 lat temu z dawnej stolicy, ruszył na wschód i osiadł u podnóża Gór Dzikich, gdzie spoił Wiktów i pomógł wybrać im króla. Ponoć przekazał też wiktyjskim szamanom część swej demonologicznej wiedzy. Pytałem to tu, to tam. Ponoć demonolog, gdy przybył na te ziemie, przyniósł ze sobą sztandar, ozdobiony czymś co z opisu mogło być Glifem Horusa. Dlatego też moje późniejsze kroki skierowałem do Moss Eil. Wypytywałem tutejszych krasnoludów, osiadłych tu potomków Wiktów, a nawet tego szalonego maga Harmusa, konowała, dusigrosza i kutwę. W ten sposób dotarłem do Numenory, która jak zapewne się domyślacie, zdradziła mi jak dostać się do krypty pod Twierdzą Ramm, którą wzniósł Demonolog.

  • Chyba ci zaschło w gardle – powiedziałem i podałem Markusowi kubek wina zmieszanego z Rudą Pajdą.

  • Dziękuję – odparł krasnolud i pociągnął solidny łyk – Całkiem ciekawy smak – powiedział z uznaniem i podjął swą opowieść.

  • Legenda mówiła, że pod twierdzą znajduje się grobowiec demonologa, a w niej Glif Horusa, stąd chciałem się dowiedzieć jak się tam dostać. Numenora zdradziła mi drogę, ruszyłem tam, jak już wiecie z trzema towarzyszami, lecz wróciłem sam. Miejsce to istnieje, strzegły go uśpione, lecz potężne demony, które wraz z moją kompanią obudziliśmy z wieloletniego letargu. Nie chcę wspominać o okropieństwach, które tam mnie spotkały. Tak czy siak ledwo uszedłem z życiem i zostałem odnaleziony w takim stanie, w jakim widzieliście mnie ostatnio. Jeszcze raz wam dziękuję za przywrócenie mnie do zmysłów.

  • Myślisz, że ten glif się tam znajduje? - zapytał Igo.

  • Nie – odparł Markus – Nie ma go w krypcie. Jest tutaj.

Markus wyciągnął zza pazuchy worek i wyciągnął z niego okrągły przedmiot i z głośnym stuknięciem położył go na stole.

Glif Horusa

  • Herman mówił, że była to jedyna rzecz, którą miałem przy sobie, gdy mnie znaleźli. Kurczowo trzymałem go w zakrwawionych dłoniach. Ukrył to dla mnie w bezpiecznym miejscu.

  • Ten przedmiot emanuje naprawdę potężną magią – powiedział poważnie Igo.

  • Opłaciłeś tę zdobycz zdrowiem – powiedział Kejn.

  • I śmiercią trzech porządnych krasnoludów – powiedział smutno Markus.

  • Dokonałeś jednak tego. To wielka rzecz – stwierdził Dalinar.

  • A tak odrobinę zmieniając temat, zanim zapomnę – odezwałem się – Czy mówi ci coś nazwa Gwiazda Acheronu?

  • To nazwa jakiegoś przedmiotu z imperium Acheronu, które zostało dawno temu zburzone?

  • No właśnie mieliśmy nadzieję, że będziesz wiedział coś więcej, bo prawdopodobnie kiedyś przedmiot ten znajdował się w Sali Kolumnowej w Twierdzy Manmar, którą badaliście z Vernirem i Grahamem.

  • Byliście tam?

  • Tak – odparł Dalinar – Czy rozwiązaliście zagadkę umieszczoną na kolumnach?

  • Nie – odparł krasnolud – Był to jakiegoś rodzaju szyfr, którego nie potrafiliśmy złamać.

  • Prawdopodobnie Gwiazda Acheronu była przedmiotem, którego tam szukaliście – powiedziałem.

  • Prawdopodobnie została rozwikłana dawno temu przez trolle.

  • My nie byliśmy w stanie tego rozgryźć – stwierdził Markus.

  • Pewności nie mamy, ale z informacji, które zdobyliśmy w czasie naszych wypraw, możemy wnioskować, że dahijskie trolle rozwiązały ją dwieście lat wcześniej.

  • Ciekawe jest to co mówicie. Tego nie wiedziałem.

  • Zaraz i my opowiemy ci jak doszło do tego, że znaleźliśmy się w Sali Kolumnowej, lecz najpierw powiedz co dalej z Glifem.

  • Moim celem jest odnalezienie Ard-Danbergu. Liczę na to, że mając Glif, znajdę drogę do zaginionego miasta.

  • W jaki sposób Glif pomoże ci znaleźć drogę? - zapytał Kejn.

  • Mam pewne kontakty w Dorrn. To wprawdzie przeklęty czarownik, ale pomocny. Właściwie czarownica.

  • Czy to może wiedźma z Nahnaggaru? – przerwałem.

  • Nahnaggar nie istnieje już grubo ponad dwieście lat.

  • Ale z tego co wiem, w Dorrn rezydują czarownice, które wywodzą się od Wiedźm Nahnaggaru i otaczane są szacunkiem – powiedziałem.

  • Rzeczywiście są takie pogłoski, lecz ja nie jestem w stanie ich potwierdzić. Ponoć potomkinie tych potężnych magiczek nadal kultywują tamtejszy rodzaj zapomnianej już magii.

Pokazałem Markusowi znamię na mej dłoni.

  • Tatuaż – powiedział tylko krasnolud.

  • To nie tatuaż, tylko znamię, które pojawiło się na mej ręce podczas snu. Ponoć to symbol Wiedźm z Nahnaggaru.

  • Musicie mi wszystko opowiedzieć.

  • Tak czy siak muszę wyruszyć do Dorrn, aby pozyskać informacje w tej materii.

  • Wiedz, że w tej okolicy jesteśmy również z powodu Twierdzy Długiej Nocy i Vernira – przerwał mu Igo – Czy masz może jakiś sposób, aby go stamtąd wyciągnąć?

  • Cóż, jeśli jest możliwe, że po tak długim czasie jeszcze żyje, musiałbym to zgłosić na łono zakonu, ale to ciężka sprawa, a dodatkowo potrwa odpowiednio. Nie wiem co mam zrobić. Vernir, gdyby wiedział, że planuję jego wyciągnięcie, byłby wściekły. Gdyby to wyszło na jaw, jeszcze bardziej zaszkodziłoby zakonowi.

  • Myślę, że gdyby Vernir wiedział, że my to planujemy, nie byłby wściekły, tylko wkurwiony – powiedziałem.

  • Myślę, że tak – zgodził się ze mną Markus – Zgłębię ten temat. Może w Dorrn uda się kogoś wynająć. Sam nie wiem co począć.

  • Nie zapominajmy, że my mamy kogo się zapytać – powiedziałem.

  • Cóż, chyba czas na naszą opowieść – powiedział Dalinar.

  • Zanim do tego przejdziemy, mam jeszcze jedno pytanie do Markusa Dalinarze. Czy poszukując wiadomości o Numenorze natrafiłeś na jakieś podania co do jej natury? - zapytałem.

  • Cóż, ponoć była wiedźmą z Nahnaggaru i spłonęła na stosie. Jakże byłem zaskoczony, kiedy okazało się, że żyje. To było dawno temu i podania są różne. Dokopałem się do trzech wersji co się z nią stało. Jedna to ta, o spaleniu jej na stosie. Inne podania mówią, że po śmierci Pierwszego Króla Wiktów w wojnie z Kościołem Delidii, uciekła w góry i pojęła za męża kolejnego Wikta, który stał się następcą Harolda Pierwotnego, a jego dzieci tworzą dynastię tamtejszych władców do dnia dzisiejszego. Trzecia wersja to historia o tym, że kapłani uwięzili ją na wieki Zaklęciem Trzynastu Słów. I ta wersja jak widać jest prawdziwa. Zdziwiło mnie to, jako iż dornijskie czarownice bardzo skrupulatnie udokumentowały jej historię i przyjąłem za pewnik ich wersję, iż spłonęła na stosie. Mało tego, ponoć dwie służące Numenory zebrały jej prochy do urny i złożyły je w podziemiach Uskaru, który po upadku Nahnaggaru stał się ich siedliskiem. Część podań mówi, że po zburzeniu Uskaru przez Malakusa, jej prochy potajemnie wykradziono i przewieziono do Dorrn i tam są przechowywane do dnia dzisiejszego.

  • Ciekawe rzeczy, lecz mi chodzi o jej naturę – wyjaśniłem – Co się stanie, jak hipotetycznie ktoś rozwiąże ostatni węzeł?

  • Niestety nic więcej o niej nie wiem – powiedział Markus – Tego może dowiem się w Dorrn, choć to raczej już bez znaczenia.

  • No raczej nie chcemy jej uwalniać – powiedział Dalinar.

  • I dlatego pytam o jej naturę. Uwięził ją kościół Delidii i to mi jakoś brzydko śmierdzi.

  • No uwięził ją za jej czyny – powiedział kapłan.

  • Za jakie czyny?

  • No za podboje na ziemiach Ambardu.

  • Nie – nie zgodziłem się z Dalinarem – Oni nic nie podbijali. Oni doliny na północ od Gór Dzikich, gdzie nota bene rozciąga się cała kraina Karabaku, zamieszkiwali dużo wcześniej. Tworzyli jednak rozproszone i niezorganizowane klany, przez co przez wieki lud Wiktów były spychany przez Ambard na południe. Kiedy córka demonologa, Numenora, wzięła za męża Wikta, udało się zjednoczyć wszystkie klany pod jednym sztandarem i podjąć próbę przeciwstawienia się ekspansji Kościoła Delidii.

  • Co do tego czy Numenora była córką demonologa są dwie wersje – przerwał mi Markus – Jedna mówi, że czarodziejka była jego córką, a druga, że nałożnicą, którą ten, znudzony, oddał Wiktowi, którego wytypował na króla i którym zamierzał sterować zza kulis. Co do tego, że Ambard wypierał ludy wiktyńskie grubo przed przybyciem Numenory, to się zgadza. Koncepcja tego imperium opierała się i opiera się nadal na ciągłym podboju.

  • Pytam dlatego, iż możliwe że była wiedźmą z Nahnaggaru, a rozmawiałem na ten temat z panią Jahirą w Mar-Margot i ani razu nie wypowiedziała się o nich źle. Miałem wrażenie, że wypowiada się o nich z szacunkiem i tylko dlatego mnie to interesuje. Ale skoro nic nie ustalimy, to może przejdźmy do opowiedzenia tego co działo się z nami – zaproponowałem.

  • Markusie przygotuj się na długą, chaotyczną opowieść, przerywaną przekrzykiwaniem się, gdzie główna oś to alkohol i dziwki – zażartował Kejn, a Markus zaśmiał się głośno i zapewnił, że chętnie posłucha.

Nasza opowieść płynęła przez noc, dorzucaliśmy drwa do kominka i raz po raz zwilżaliśmy gardła winem z Rudą Pajdą.

Po skończonej opowieści Markus powiedział:

  • Jestem zdziwiony ile przeżyliście już w tak młodym wieku i jak bardzo uzupełniliście niektóre informacje, które od lat badamy. A co do moich celów na przyszłość, tak jak mówiłem, muszę pozyskać pewne informacje, spróbować skontaktować się z zakonem i mimo że to złamanie wszelkich zasad bezpieczeństwa, myślę, po tym co usłyszałem, że zakon powinien się dowiedzieć o tym, że Vernir może być w Twierdzy Długiej Nocy.

  • Czy ty wiesz Markusie, dokąd wysłał mnie Anton ponad 7 lat temu?

  • Wiem tylko, że do jednego z ukrytych zakonów, do miejsca, gdzie wyznaje się pewne bóstwo, bądź siłę i że zakony te wywodzą się z południa.

  • Mogę ci zatem odpowiedzieć, że Dur-Durang zwany mrocznym kowalem jest także w zakresie moich zainteresowań.

  • Jeśli zdobędę potrzebne mi informacje, na pewno będę chciał zebrać zaufaną drużynę i wyruszyć na poszukiwania.

  • Nasze kroki na wiosnę i tak skierujemy ku Dorrn, bo taki mieliśmy plan. Jak już powiedziałem Dur-Durang mnie interesuje. I myślę, że ja na pewno chciałbym dołączyć do ciebie. A kto wie, czy nie będziemy chcieli wybrać się z tobą wszyscy – powiedziałem.

  • Wiecie. Niedawno straciłem trzech towarzyszy.

  • Jeśli tak nas chcesz zachęcić do wyprawy, to kiepski pomysł – zaśmiał się Kejn.

  • Nie, nie. Po prostu ostrzegam, że to może być naprawdę niebezpieczna wyprawa. Lecz po tym, co od was usłyszałem, myślę że dalibyście sobie radę. Chętnie połączyłbym z wami siły. Ja do Dorrn udam się już za tydzień, może dwa, wiem że są fatalne warunki, ale nie chcę marnować czasu. Będę mieszkał w karczmie „Pod Czarnym Gołębiem” i tam mnie znajdziecie.

Wywód Markusa przerwał odgłos otwieranych drzwi wejściowych. Do środka wszedł, a właściwie wtoczył się Herman.

  • To była ciężka dyskusja, ale załatwiłem to. Dałem Baronowi swoje słowo, że z waszej strony będzie wszystko dobrze. Nie ma zwady, lecz gdy nadejdzie wiosna i stopnieją śniegi, wyniesiecie się. Jesteście pod moją ochroną. Ja idę spać.

Krasnolud z trudem, chwiejnym krokiem, udał się do drugiego pokoju i z łoskotem zwalił się na łóżko. Po chwili do naszych uszy dobiegło głośne chrapanie.

  • Herman nie jest we wszystko wtajemniczony – powiedział ściszonym głosem Markus – To moja rodzina, lecz lepiej dla jego bezpieczeństwa, aby wszystkiego nie wiedział. Więc unikajmy przy nim tych tematów.

  • Rozumiemy to – powiedział Igo – Zastosujemy się do twoich zaleceń, a tymczasem wracamy do swojej karczmy.