Kronika

Kroniki XXIII: Zawód Łowca Nagród – ostatnie zlecenie

Dzień miał się ku końcowi. Zakończyliśmy nasze dysputy i korzystając z nagrody za poprzednie zadanie zabawiliśmy się z panienkami. Rano o wschodzie podczas medytacji zanurzyłem się w moje wcześniejsze listy do Ciebie mistrzu, aby przyjrz...

18.04.2026 • Prosiak • Tsume de Vries • Kroniki rodziny de Vries

Dzień miał się ku końcowi. Zakończyliśmy nasze dysputy i korzystając z nagrody za poprzednie zadanie zabawiliśmy się z panienkami. Rano o wschodzie podczas medytacji zanurzyłem się w moje wcześniejsze listy do Ciebie mistrzu, aby przyjrzeć się rzeczom, które w natłoku spraw umknęły naszej uwadze. Byliśmy w mieście, a tylko tu można postarać się o zdobycie pewnych informacji.

Przy śniadaniu poruszyłem zagrzebane tematy, których trochę się nazbierało.

  • Słuchajcie, jest pewna rzecz, o której nigdy wam nie wspominałem – zacząłem – lecz nie dlatego, że to jakaś tajemnica, a zwyczajnie nie było potrzeby poruszania tego tematu wcześniej. Dzięki pewnym technikom medytacji jestem w stanie dokładnie przypomnieć sobie teksty lub czyjeś słowa, które odczytałem lub usłyszałem nawet bardzo dawno temu. Nie oznacza to, że mam jakąś wybitną pamięć. Działa to trochę inaczej. Dlatego pewne rzeczy normalnie mi umykają, lecz gdy osiągnę trans, jestem w stanie na spokojnie prześledzić minione wydarzenia. I właśnie dzisiejszy ranek poświęciłem na poszukiwanie rzeczy, które z różnych przyczyn nam umknęły. A okazuje się, że jest tego sporo i chciałbym poświęcić trochę czasu, aby je omówić i korzystając z tego, że jesteśmy w Mar-Margot poszukać informacji na niektóre tematy. Bo gdy znów wyruszymy w drogę, stracimy taką możliwość. Pierwszy temat to „Iglica z Dorrn” oraz „Czarcie Oko”.

Po tych słowach bracia patrzeli na mnie z kompletnym zaskoczeniem. Widziałem, że nie mają pojęcia o czym mówię.

  • Co to jest „Czarcie Oko”? - zapytał zdziwiony Dalinar.

  • No, problem w tym, że nie mam pojęcia, a było o tym w pamiętniku Łaskotka. Nie wiem jakim cudem nie zapytaliśmy go o to – odparłem.

  • Tsume, ja nawet nie kojarzę kontekstu tych dwóch nazw, ani gdzie się pojawiły, ani do czego je dopasować – powiedział zagubiony kapłan.

  • W tym mieście nie ma jakiegoś miejsca z ogólnodostępną wiedzą – zaczął Igo, lecz od razu mu przerwałem.

  • Wiem, ale ty możesz o pewne rzeczy zapytać Jahirę, a Dalinar popytać w świątyni. Jahira wie bardzo dużo, wiedziała o zakonie Atolla, o wiedźmach Nahnagarru. Skierowała mnie też w tej sprawie do Dorrn, więc myślę, że nie zaszkodzi popytać. Co, w lesie będziemy wilków pytać później? Więc dajcie mi chwilę, abym się skupił i zacytuję wam ten fragment z pamiętnika Łaskotka:

Zamknąłem oczy i zacząłem wertować karty Ki, kiedy odnalazłem to czego szukałem zacząłem mówić:

  • Tajemnica. Kilka lat temu z A. w jednej z moich kopalni soli wykopaliśmy bardzo ciekawe artefakty. Tablice. Mój kontrwywiad donosił, że Kościół sprawą bardzo się interesował, co ciekawsze gdy teraz o tym myślę, to wiele osób związanych ze sprawą zmarło w dziwnych okolicznościach. Czyżby to nie były przypadki? A to żądanie de Robespierre, żeby wydać A. i jego wzrok, gdy odmówiłem? Czy jest możliwe, że to wszystko prawda i Iglica z Dorrn naprawdę istnieje? Może trzeba będzie jeszcze raz przeczytać te zapiski z Czarciego Oka i zbadać temat ponownie?

Otwarłem oczy.

  • Więc myślę, że trzeba zająć się tematem i popytać. Jest jeszcze kilka spraw. Wiadomo, że nie musimy zajmować się teraz wszystkim, jedynie przypominam je, aby zwyczajnie nie umknęły. Kolejną sprawą, być może nieistotną, bo wywodzącą się z naszych wizji, to dowiedzieć się, czy Robert miał jeszcze drugiego brata poza Antonem i kim był ojciec Roberta.

  • A dlaczego to takie ważne? – dopytywał Igo.

  • Bo Robert w wizji Kejna powiedział „Ja wybrałem was, tak jak ojciec wybrał mnie”. Więc skoro Robert jest niewygodnym tematem w tym mieście, to może łatwiej będzie popytać o jego ojca? Przez głowę mi przeszło, że skoro w wizji Anton zabijał Roberta, być może, jeśli istnieje drugi brat, to jest on bliźniakiem. Bo Antonowi raczej wszyscy ufali, a i ja nie mam mu nic do zarzucenia. To oczywiście moje teorie poparte tylko wizjami, które mogą być symboliczne lub całkowicie oderwane od rzeczywistości. Warto zatem sprawdzić, czy wizje mówią prawdę, czy to tylko zwykłe sny.

Bracia zaniemówili i słuchali z uwagą.

  • Jest kolejna rzecz, o którą chciałem zapytać. Czy ty Igo badałeś swój pierścień? Czy on być może ma jakieś dodatkowe właściwości oprócz słabego świecenia? Bo tak pomyślałem sobie, że może mógłby być kluczem do zagadki w Białej Osadzie. Może po coś ojciec ci go dał. Nie znam się na magii, ale z tego co mówiłeś Igo, to nie robi się przedmiotów typu ten pierścień, który ledwo świeci i można sobie ewentualnie nim oświetlić drogę do wychodka, bo to jest za duży nakład pracy i kosztów.

  • Poniekąd masz rację – odparł Igo – lecz takie przedmioty to tak jakby uboczny efekt tworzenia przedmiotu właściwego. Nigdy się tym nie interesowałem dogłębnie, lecz z podstaw wyniesionych ze szkoły wiem, że mag zbiera pewną energie magiczną w specjalnej misie i robi dajmy na to miecz na trolle. Lecz część energii, nazwijmy to jej resztki, zostaje w misie i aby się nie zmarnowała z tych resztek robi się właśnie takie pomniejsze przedmioty.

  • Rozumiem. Niby ma to sens, jednak dostałeś go od ojca, tak jak ja dostałem swój amulet, który dla nas był zwykłym wisiorkiem, a przy ucieczce z klasztoru uratował nam życie. Nie sprawdziliśmy w komnacie z pierścieniami na kolumnie w twierdzy Manmarr czy jego światło na przykład nie odsłoni jakichś ukrytych wiadomości. Stąd moje pytanie.

  • Myślisz, że ten pierścień był przygotowany pod tą konkretną zagadkę? – dopytywał Igo.

  • Nie chodzi mi o to. To tylko przykład. Może ten pierścień, tak jak i mój wisiorek, nie jest tym czym ci się od początku wydaje.

  • Nie posiadam czaru „Identyfikacji”, a to co mogłem zbadać bez niego, nie wskazuje, że ma jakieś inne zastosowanie niż świecenie.

  • Kolejna rzecz, o którą chciałem zapytać raczej z ciekawości, bo nie sądzę, aby to było ważne dla naszej sprawy, to czym jest Okraceon, o którym wspominała twoja wizja Kejnie.

Cisza.

  • Następna sprawa, która mnie zastanawia, a nie było czasu się nad tym przysiąść, to dlaczego w jaskiniach trolli oraz na menhirze na Przeciętym Paśmie, wszystko było zapisane w elfim języku. Tak samo nic nie wiemy o rasie olbrzymów. A jeśli proporcje figur w jaskiniach trolli były zachowane, może przedstawiały ich właśnie? Na elfów nie wyglądali.

  • Wiem tylko tyle, że język tam używany był czystą mową pochodzącą z kolebki elfów, krainy zwanej Arael. powiedział Kejn – Elfy, do czasu upadku Leredeonu, które nota bene przybyły na Północ właśnie z Arael, dbały o czystość języka. Po zagładzie się to zmieniło, a z powodu częstych gwałtów na elfkach i częstszych niż kiedyś mieszanych małżeństwach, język zaczął się zmieniać. Ale jaki to ma związek z tym o co pytasz, to nie wiem.

  • Z mojej strony to chyba tyle zagadnień i myślę, że warto na ten temat co nieco poszukać – powiedziałem.

  • Poruszyłeś ciekawe tematy – rzekł Igo – Ja popytam Jahirę, lecz nie liczę na jakieś spektakularne rezultaty. Myślę, że w „Wysokim Słowie” na uniwersytecie w Dorrn, taka wiedza mogłaby być dostępna, lecz na ten moment jest to poza naszym zasięgiem.

  • A w Górskim Gryfie były takie zbiory? - zapytałem.

  • Były, lecz i tam Kościół miał swojego cenzora, który był stałym rezydentem Gryfa – odparł mag – Domyślam się, że w Dorrn, gdzie władza Delidii nie jest tak rozległa, będzie można otrzymać więcej odpowiedzi.

  • Mamy kilka dni, ja raczej informacji nie zbiorę, a nie lubię bezproduktywnego siedzenia na dupie – stwierdziłem – Myślę, że ten czas poświęcę na próbę nauki zagadnień związanych z myślistwem. Ostatnie wydarzenia w Oramunie dały jasno do zrozumienia, że mamy braki w tej dziedzinie. Udam się zatem poza miasto, do pobliskich wsi, poszukać jakiegoś myśliwego, który zechce udzielić mi kilku wskazówek.

Bracia przyznali, że to całkiem dobry pomysł.

Wyszedłem na miasto i dowiedziałem się, że na północ od miasta są gospodarstwa, gdzie znajdę myśliwego. Udałem się we wskazanym kierunku, popytałem miejscowych, a ci skierowali mnie do odpowiedniego człowieka. Po krótkiej rozmowie i za pewną opłatą zgodził się mnie uczyć. Miałem stawić się na następny dzień po świcie. Zadowolony wróciłem do Nory, gdzie bracia siedzieli przy stole i popijali piwko. Kejn miał na sobie nową brygantynę. Płyty naszyte na czarną skórę, mieniły się delikatnym odcieniem fioletu. Była wykonana ponoć z adamantytu. Nic mi to nie mówiło, ale wrażenie robiła doskonałe.

  • I jak Igo, dowiedziałeś się czegoś? – zagaiłem.

  • Owszem, ale nie tego co chciałem. Pojawiła się pewna opcja, którą zaproponowała mi Jahira. Mianowicie jest możliwość, abym dostał dostęp do nieoficjalnej, a właściwie tajnej biblioteki. Miejsce to nazywa się Archiwum Lumen. Mógłbym z niej korzystać, lecz niestety sporo to kosztuje. Zarządca tego miejsca żąda dziesięć złotych ambardów jednorazowej opłat, nazwijmy to za członkostwo, plus dwa złote Ambardy każdorazowo za jeden dzień przebywania w tym miejscu.

  • Myślę, że to ciekawa propozycja i jak najbardziej do rozważenia. Zdaję sobie sprawę, że chwilowo za droga, ale jeśli udało by się wykonać zadanie to czemu nie.

Tego wieczoru jak co dzień korzystaliśmy z darmowego alkoholu i kobiet. Następnego dnia, tuż po medytacji, udałem się do myśliwego na pierwsze lekcje. Po powrocie do Nory postanowiliśmy wybrać się gdzieś na nowych koniach, które dostarczył nam Torsten, aby oswoiły się z nowymi jeźdźcami. Okazało się, że konie były dobrze ułożone i nie sprawiały problemów. Bardzo szybko poczułem się na swoim swobodnie, jakbym jeździł na nim od dawna. Gdy wracaliśmy już przez dzielnicę handlową, usłyszeliśmy znajomy głos.

  • Tsume to ty?

Obróciliśmy się i zobaczyliśmy Mundo stojącego za niewielkim straganem. Zielarz z Gadarty machał do nas ręką. Zsiedliśmy z koni i podeszliśmy do jego kramiku, a ten uradowany krzyknął:

  • O! To wy! W komplecie! Co za spotkanie! Nie spodziewałem się, że tu was spotkam – powiedział ze szczerym uśmiechem.

  • Co tam u ciebie ? – zapytał Igo.

  • Co u Anity? – dopytywałem ja.

  • Cóż, to długa historia – odparł Mundo – Pobraliśmy się miesiąc temu. Wiecie, Anicie ciężko było żyć wśród ludzi, którzy wcześniej chcieli ją zabić, więc przeprowadziliśmy się tutaj i staram się zarobić na rodzinę. Lekko nie ma, ale to dopiero początek. Ale może dacie się zaprosić, co będziemy tak gadać na ulicy. Za godzinkę będę się zbierał do domu. Co wy na to?

  • Bardzo chętnie – odparł Kejn.

  • Tu niedaleko jest kartograf – powiedział Mundo – Wiecie gdzie?

  • Oczywiście – odparłem.

  • To spotkajmy się tam za godzinę – zaproponował zielarz.

  • Dobrze, będziemy, ale nic nie szykujcie – powiedziałem – Jesteście na dorobku, ja się wszystkim zajmę. Może i wyglądam jak łachmaniarz, ale na wino i jadło jeszcze mnie stać.

Mundo próbował protestować, ale nie dałem się przekonać. Pożegnaliśmy się, odstawiliśmy konie do stajni przy Norze, a ja zamówiłem u karczmarza antałek dobrego wina i koryto z mięsem oraz ziemniakami. Karczmarz uwinął się szybko z zamówieniem i ruszyliśmy pod zakład kartografa.

Na miejscu czekał już Mundo. Na plecach dźwigał ogromny plecak, do którego przytroczone były elementy jego straganu.

  • O jesteście, chodźmy zatem – powiedział Mundo i z trudem dźwigając cały swój stragan poprowadził nas na wschód miasta, poza miejskie mury. Z każdą minutą drogi okolica zmieniała się na w krajobraz coraz bardziej chaotycznie wybudowanych budynków, bez jednego stylu stawianych w nieładzie, gdzie popadnie. Zdecydowanie była to „dzielnica” ciesząca się złą sławą. Po kwadransie stanęliśmy przed kamienicą, chociaż taka nazwa dla tego budynku było srogim nadużyciem. Kamienica stała pośrodku niczego, dopiero kilkadziesiąt metrów dalej stały sklecone byle jak drewniane budynki, a wszędzie walały się odpadki. Sama kamienica robiła ponure wrażenie. Miała trzy piętra i z upływem czasu przechyliła się mocno na jedną stronę. Wyglądała jakby zaraz miała się zawalić.

Kejn pociągnął nosem, wdychając smród i powiedział:

  • No Mundo, całkiem nieźle się urządziłeś.

  • Ano chyba całkiem nieźle jak na początek – z dumą odparł Mundo - Zapraszam do środka.

Weszliśmy do ciemnego, śmierdzącego uryną, pomieszczenia. Po jednej stronie były schody, po drugiej, w półmroku majaczyły drzwi do dwóch mieszkań. Mundo ściszył głos i powiedział:

  • To chodźcie... tylko cicho.

Zaczęliśmy wchodzić po schodach, kiedy na dole otworzyły się drzwi, w których ukazał się stary człowiek. Zmierzył nas przymrużonymi oczami.

  • A to ty Mundo! – odezwał się starzec, lustrując nas wzrokiem. Po chwili wszedł do mieszkania.

Ruszyliśmy dalej. Na piętrze zielarz otworzył drzwi i zaprosił nas do środka. Naszym oczom ukazało się dosyć duże pomieszczenie, w środku którego stało jedno łóżko, kilka rozklekotanych krzeseł oraz kilka mebli, które stały jeszcze jakimś cudem. Pod oknem stały rzędy doniczek, w których rosły jakieś rośliny, a w nos uderzył nas zapach stęchlizny.

  • Siadajcie, siadajcie, Anita powinna niebawem wrócić. Jesteśmy tu od miesiąca i próbujemy zrozumieć jak to tu wszystko funkcjonuje. Mieszkanie wynajmujemy od pana Bobelhofa. To jego kamienica i wynajmuje mieszkania ludziom. Może znacie, to taki bogaty kupiec.

Mundo podał kubki, a ja nalałem wina.

  • Oooo, to chyba roskańskie – powiedział Mundo – Ależ ta perspektywa się zmienia. Kiedy mieszkałem w Gadarcie, takie wino pili wszyscy, a tu nie mogę sobie na takie pozwolić. Czynsz też drogi, miesięcznie piętnaście srebrnych ambardów. No ale chyba warto. Miejsca tu dużo, ta przestrzeń, mam miejsce na sadzonki. Trafiliśmy naprawdę dobrze. A na dole jest nawet garkuchnia, gdzie możemy sobie coś ugotować.

Dosłownie chwilę później otworzyły się drzwi i do mieszkania weszła Anita. Kiedy zniknęły ślady niedożywienia i bladość spowodowana chorobą, okazała się całkiem urodziwą kobietą. Z początku nasz widok ją przeraził, lecz po chwili, gdy nas rozpoznała, na jej twarzy pojawił się uśmiech. Podbiegła do stołu, uklęknęła.

  • To naprawdę wy?

I zaczęła całować nas po rękach.

  • Wstawaj dziewczyno – powiedzieliśmy prawie jednocześnie.

  • Anito podaj talerze i zjedzmy coś – powiedziałem.

  • Mundo! Niczym ich nie poczęstowałeś? - zapytała oburzona kobieta.

  • Ależ nie, wszystko mamy – odparłem – czekaliśmy na ciebie.

Po chwili Anita podała talerze i zaczęliśmy jeść mięsiwa, które przygotował nam karczmarz z Nory obok Bakaraka.

Po posiłku zapytałem:

  • Czym się zajmujesz Anito?

  • Cóż, dzięki wam, a właściwie dzięki łasce Delidii, doszłam do siebie. Chwała jej za to. Przybyliśmy tu z Mundo, aby odmienić swoje życie. Chciałam pomagać innym, tak ja wy z łaską Delidii pomogliście mi. Chciałam leczyć, lecz świat mężczyzn to nie jest świat, w którym kobietom jest łatwo – głęboko westchnęła – Był tu kiedyś medyk, cudotwórca, który leczył potrzebujących, czasem nawet za darmo. Nazywał się Rumpert. Niestety ludzie mówią, że został bestialsko zamordowany kilka miesięcy temu. Jest jeszcze mistrz Alfredo, lecz tam odbiłam się od ściany. Powiedziano mi, że żadnych kobiet na naukę nie bierze. Na szczęście Delidia wyciągnęła do mnie pomocną dłoń po raz kolejny – przy tych słowach Anita ujęła w dłoń naszyjnik przedstawiający kobietę z wagą, który nosiła na szyi – pomagam w świątyni. Jest taka kapłanka, nazywa się Wielebna Ramona, która służy w Białej Świątyni. Pomagam tam, uczę się. Pani Ramona jest uzdrowicielką, pomaga innym, tak jak doktor Rumpert swego czasu.

  • Jeśli mogę ci przerwać – zacząłem – znamy to miasto lepiej niż wy i jeśli mogę coś zasugerować, przenieście się jak najszybciej bliżej murów.

  • Ależ dlaczego? – zaprotestował Mundo – Może nie wygląda to najładniej, ale...

Nie dałem mu skończyć.

  • Nie chodzi o wygląd drogi Mundo, ale o to, że tu jest bardzo niebezpiecznie.

  • Ależ nie ma tu tak źle – odparł zielarz – i trudno bliżej murów znaleźć coś z taką przestrzenią, gdzie mógłbym hodować swoje zioła.

  • Rozumiem, że jest wam ciężko – kontynuowałem – lecz przeprowadźcie się jak najszybciej...

W tym momencie rozległo się głośne walenie do drzwi.

  • Co to za hałasy! – wołanie dobiegło zza drzwi.

Mundo zerwał się, aby otworzyć drzwi. Omijając zielarza, do środka natychmiast wszedł stary człowiek, który obserwował nas na parterze.

  • Co to za hałasy?!

  • Urodziny – odparł Igo.

  • Zapraszamy do stołu – odparłem grzecznie, widząc przerażenie na twarzy Mundo – Jadła i napitku starczy dla wszystkich.

  • Napijmy się ku chwale Delidii – dodał Kejn.

  • Mundo! Umawialiśmy się, że ma być spokojnie. Pogadamy o tym jutro! – powiedział dziadyga i wyszedł trzaskając za sobą drzwiami.

Powiem Ci mistrzu, że nie wiem skąd wzięła się moja sympatia do tych dwojga. Nawet fakt, że Anita zafascynowała się Delidią nie przeszkadzał mi. Co więcej może gdzieś w głębi duszy chciałem wierzyć, że być może w takich ludziach jak Anita jest jakaś nadzieja na to, że nie każdy utytłany w tej wierze musi być zły. Może faktycznie jakaś nikła część wyznawców czerpie z tej wiary tylko to co dobre. Choć trudno w to uwierzyć po tym wszystkim co widzieliśmy. Zachowanie gospodarza plus alkohol krążący w żyłach spowodował mroczne myśli.

  • Ten dziadyga odmówił mojego zaproszenia do stołu – powiedziałem – A nie lubię jak mi się odmawia. Może Mundo chciałbyś zostać nadzorcą tego budynku?

Kątem oka widziałem, że Kejn szeroko uśmiechnął się na moje słowa.

  • Nie, nie – odparł zielarz - Wszystko w porządku. Jest jak jest. Jak się odkujemy, będzie lepiej. No napijmy się!

  • Gdybyście potrzebowali medyka, jakiejś pomocy, to zrobię wszystko, aby wam pomóc – powiedziała Anita. Widać było, że ciąży na nich obowiązek odwdzięczenia się nam za udzieloną pomoc. A to oni w mojej ocenie potrzebowali nadal naszej pomocy.

  • A właśnie Mundo, czy masz może ziele siłacza na sprzedaż? - zapytał Dalinar.

  • Tak, mam dwie porcje – odparł zielarz.

  • A w jakiej cenie? - zapytał Kejn.

  • No cóż, planowałem sprzedać je za jednego złotego ambarda za sztukę. To miało nam zapewnić tu byt na kilka miesięcy, ale jak narazie nie znalazł się kupiec.

  • Jeden złoty ambard – zdziwił się Igo – Powinieneś żądać dwóch, a i to jeszcze nie jest wygórowana cena.

  • Weźmiemy po cenie jaką zaproponował Igo – odparł Kejn – I wręczył dwie monety.

Ja sam od siebie dorzuciłem jednego złotego ambarda i powiedziałem:

  • Jako, że wasz stan posiadania znacznie wzrósł, zajmij się szukaniem nowego lokum.

  • Absolutnie nie możemy tego przyjąć – odparła Anita – Delidia nakazuje zarobić pracą na wszystko.

  • Jeśli was tu zasztyletują, nie zarobicie na nic – odparłem – i wcisnąłem Anicie monetę w dłoń.

Po chwili Mundo przyniósł mały woreczek i wręczył Kejnowi. Ten zajrzał do środka, gdzie znajdowały się dwie porcje. Wyciągnął jedną i oddał Mundo.

  • Weź dwie – odparł zielarz – To było moje marzenie, aby sprzedać to za tyle pieniędzy.

  • Posłuchaj Mundo – tłumaczyłem ze spokojem – Jesteś tu nowy. Czym chcesz zyskać renomę i szacunek jako zielarz? Pospolitymi ziołami, które mają wszyscy? Zostaw sobie taki rarytas w ofercie, aby ludzie wiedzieli, że znasz się na swym fachu.

  • Niech Delidia ma was w swojej opiece – powiedziała wyraźnie wzruszona Anita.

Dopiliśmy wino, pożegnaliśmy widocznie wzruszonych znajomych i udaliśmy się do Nory. Zbroja Dalinara i Kejna odstraszała potencjalnych rzezimieszków.

Kilka kolejnych dni zamieniło się w pewną rutynę. Pobudka, medytacja, nauka podkradania się do zwierzyny, wieczorne pijactwo i zabawy z panienkami. Mimo, że była to miła odmiana po spaniu na deszczu w otoczeniu trolli, nie był to styl życia, który odpowiadał nam więcej niż przez parę dni. Powoli czuliśmy już zniecierpliwienie. Dopiero ósmego dnia zawitał do nas Torsten.

  • O jesteście. To dobrze, bo mam wieści! Jesteście w coś uwikłani, czy macie czas?

  • Jesteśmy uwikłani w zabijanie nudy – odparłem.

  • Sprawa jest taka – kontynuował porucznik – Nubrimus wytropił grupę, a właściwie miejsce, gdzie jest ten przedmiot. Od trzech dni jest w jednym miejscu. Jest taka wioska, trzy dni drogi stąd, nazywa się Kryn. Udajcie się tam, zasięgnijcie języka, bo nie wiemy ilu ich dokładnie jest. Przypuszczamy, że czterech, może pięciu.

  • Ale rozumiem, że wiemy gdzie jest przedmiot, a nie grupa, która go ukradła? - zapytałem.

  • Dokładnie – odparł Torsten – Jest możliwość, że ukryli przedmiot, to wtedy jeszcze lepiej.

  • No nie lepiej – zaprzeczyłem – bo jak ich wtedy ubijemy?

  • Na pewno znajdziecie sposób, wierzę w was. Mieliście trudniejsze zadania. To już będzie dla was śmietanka do spicia. Idealnie by było, gdybyście wyruszyli jeszcze dzisiaj.

  • Macie jakiekolwiek opisy tych, których szukamy? - zapytał Dalinar.

  • Wiemy tylko, że grupie przewodzi elf, który jest znakomitym łucznikiem, złodziejem i zabójcą do wynajęcia. Za jego głowę nagroda została wyznaczona w wielu królestwach, lecz przypuszczamy, że kradzieży nie dokonał sam, że ma ze sobą kilku pomocników, w tym prawdopodobnie czarodzieja, jako że przedmiot był magicznie ukrywany. W innym wypadku sam zlececoniodawca by go wytropił bez naszej pomocy. Czy jest z nimi nadal, nie wiemy. Mógł im tylko pomóc ukryć przedmiot. Wioska Kryn leży trzy dni drogi stąd na południe. Swego czasu należała do bogacza o nazwisku de Vries czy jakoś tak. Ludzie żyją tam z wyrębu.

Coś świtało mi w głowie. Dawno temu ojciec zabrał nas tam na inspekcję. Mimo iż była to faktycznie niewielka wioska, prócz wycinki zajmowano się tam obróbką drewna. Gotowe deski sprzedawane były do miasta.

  • Czyli za elfa jest wyznaczona nagroda? - zapytał Igo.

  • Tak, 150 ambardów – powiedział Torsten – Za przedmiot i elfa.

  • No, ale potwierdzone mamy, że jest tam tylko przedmiot – powiedział kapłan – Co będzie, jeśli znajdziemy przedmiot, a grupy tam nie będzie?

  • Myślę, że będzie – odparł porucznik – Nie sądzę, że go gdzieś zakopał i uciekł, lecz jeśli by tak było to trudno. Liczy się tylko przedmiot. Ale jeśli będzie tam też grupa tych złodziejaszków, to wszyscy muszą zginąć. Myślę, że szef dorzuci coś ekstra za głowę ich przywódcy. Zatem mogę liczyć, że wyruszycie jeszcze dzisiaj?

Skinęliśmy głowami.

  • To powodzenia. To naprawdę będzie ukoronowanie waszej ciężkiej pracy. Liczę, że spiszecie się co najmniej tak dobrze jak do tej pory.

  • Mam jeszcze pytanie – zacząłem – Czy ta wioska jest na jakimkolwiek szlaku, który prowadzi gdzieś dalej? Pojawienie się takiej grupy jak nasza, w jakiejś zapyziałej wiosce może wzbudzić nie lada sensację.

  • Jest tam szlak, który prowadzi do Jeziora Zimnego – odparł Torsten – Tam są kolejne wioski, jakieś osady rybackie, pewnie też inni drwale. Nie mam pojęcia, bo nigdy tam nie byłem. Coś wymyślicie. No, mam nadzieję, że niedługo spotkamy się znowu.

  • A czy mamy jakiś sprecyzowany obszar gdzie jest Kostur Dusz? - zapytał Kejn.

  • Wiesz jak to z magami – odparł porucznik – Powiedział Kryn i tyle. Dobra, znikam, bo dzień chyli się ku końcowi, a musicie wyruszać. Jeszcze raz powodzenia – po tych słowach Torsten wyszedł.

My zajęliśmy się pakowaniem dobytku na konie oraz prowiantem, a Igo poszedł do pani Jahiry upewnić się, że jego aura faktycznie zanika. Po powrocie oznajmił, że z tajemniczej aury pozostał już tylko cień i nie ma się czym martwić. Jak zwykle w drodze rozgorzała dyskusja, pod jakim pretekstem tam się udajemy. Zauważyłem, ku zmartwieniu Dalinara, który wręcz „uwielbiał” nasze pomysły na temat tego jak uzasadnimy nasz pobyt w osadzie Kryn, że jeśli w tej wiosce chowa się grupa, za którą jest sowita nagroda, to zapewne zwrócą uwagę na nas. Bo co niby do ciężkiej choroby mieliśmy robić w osadzie drwali. Koniec końców ustaliliśmy, że jesteśmy tam tylko przejazdem, bo udajemy się do siedziby lorda de Morres, jako że słyszeliśmy, że władca tego zamku szuka dodatkowych najemników do walki z Wiktami. Chodzą słuchy, że barbarzyńcy z Gór Dzikich dają się coraz silniej we znaki mieszkańcom południowego Karabaku. Tak więc oficjalnie w Kryn zatrzymujemy się tylko, by odpocząć i uzupełnić zapasy.

Kiedy wyruszaliśmy, była już prawie połowa października. W drodze przeprosiliśmy się z cieplejszymi ubraniami. Igo na podróż zabrał trochę wędzonego mięsa i wieczorami, kiedy już rozbiliśmy obóz, gotował tłustą, pożywną zupę, która doskonale rozgrzewała w coraz chłodniejsze noce.

  • Igo – zagaiłem – mam takie pytanie. Ostatnio u pani Jahiry nabyłeś, o ile mnie pamięć nie myli i dobrze zrozumiałem, czar, który wykrywa magię. Czy, jeśli ten kostur będzie gdzieś ukryty, dasz radę odszukać go za pomocą tego zaklęcia?

  • W teorii tak – odparł mag – Tylko, że jeśli jest ukryty magicznie, tak ja powiedział Torsten, to raczej bez drugiej części kostura zaklęcie go nie wyśledzi. Nubrimus namierzył go tylko dzięki temu, że ktoś, kto ukrywał kostur, nie wiedział o jego drugiej części, którą zdobyliśmy od dahijskich trolli. Myślę też, że to zależy od sposobu ukrycia tego przedmiotu. Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, lecz jeśli jest to zaklęcie, które ukrywa tylko przed w uproszczeniu nazwę to „dalekim wyszukiwaniem” to jest spora szansa, że moje zaklęcie z bliska ujawni kostur. Ale to tylko teoria i moje przypuszczenia. Nie wiemy jak kostur został zabezpieczony. Natomiast nic nie stoi na przeszkodzie, abym już na miejscu rzucił zaklęcie i się przekonał czy to coś da.

Trzeciego dnia, kiedy zapadał już zmrok, w oddali zobaczyliśmy światła dobiegające z okien w wiosce. Już po zmroku dotarliśmy do karczmy. W ciemności dostrzegliśmy kilkanaście domostw oraz duży budynek, zapewne tartak. Wioska wyglądała tak jak pamiętałem ją z dzieciństwa, kiedy to raz odwiedzałem ją z ojcem, który przed śmiercią był właścicielem Krynu. W kilku miejscach widać było też starannie poukładane i pościnane drzewa, które czekały na swoją kolej, aby zostać przerobione na belki, potem na deski, a odpady na drewno opałowe.

Przywiązaliśmy konie do palików pod zadaszeniem i udaliśmy się do karczmy. W środku nie było zbyt tłoczno, dosłownie kilku miejscowych, którzy razem z karczmarzem obrócili się w naszym kierunku, lecz po chwili wrócili do przerwanych rozmów i posiłków.

  • Witajcie karczmarzu – zagaił Dalinar – Dajcie no napitku i coś zjeść.

  • A witojcie! – przez całą długość sali zakrzyknął gospodarz – Zapraszam! Usiądźcie! – wskazał ręką wolny stół. - Piwka? Pieczoną kurę? - zaproponował karczmarz.

  • Z chęcią – odparłem – Podaj tyle, żebyśmy się w czterech solidnie najedli.

  • Skąd to zmierzacie panocki? Od lorda pana? - zapytał podając nam kufle.

  • A nie – odparł Kejn – właśnie do niego zmierzamy.

  • A to jeszcze trocha drogi przed wami – mówił zarośnięty mężczyzna, przecierając brudną szmatą stolik.

  • Ano długa, długa – kontynuował elf – Dlatego chcemy się tu zatrzymać i wypocząć na normalnych łóżkach.

  • Cóż ciekawego słychać w okolicy? – dopytywał Igo – Spokój? Zbójcy nie nękają?

  • A gdzieżby tam. Pan de Morres jak ino o zbójcach słyszy, zarozki porządek z nimi robi. Wyczyści roz dwa. Zresztą panocki, u nas to co tu kraść? Drewno? Wioska spokojna, na uboczu, u nas praktycznie nikogo, poza tymi co po towary przyjado, to nima.

  • A są tu jakieś dąbrowy? - dopytywał Igo – Bo zielarzem jestem i czasem w lasach ziół szukam.

  • Ano są dębiny tam o! – machnął gospodarz ręką w kierunku ściany – Na wschód jeszcze dalej za wycinką. Ale czy zioła so, to ni wiem, ale so grzyby.

  • Kiedy pokój będzie gotowy? - zapytał Dalinar.

Gospodarz przeciągle beknął i powiedział:

  • A właściwie to już. Zazwyczej pusty stoi, bo nas to prawie nikt nie nawiedza. Byli tu trzy dni temu tacy, co im ze ślepi źle spozierało. Jeden to mioł uszy takie jak ty – wskazał ręką na Kejna – Kłapouchy taki! O farmę Tivoli pytali. Nie wiem po co, bo to stare dzieje, a na farmie ino straszy terozki.

  • Jak to straszy? - zapytałem.

  • A no bo to było tak. Kiedyś to tam ta rodzina, tych no... Tivoli... konie hodowała, tam ło! W lesie. Z godzinkę drogi, no i potem napadli ich, te no, kuniokrady, konie ukradli, a ich ubili i straszy. No i właśnie tam pojechali. Po co? Nie pytołek, bo głos mieli taki, że aż mnie strach obolecioł i gadać mi się odechciało.

  • Dziękujemy karczmarzu za strawę – powiedział Dalinar - My udamy się na spoczynek.

Gospodarz wskazał nam pokój.

Po tym jak weszliśmy do środka, przedyskutowaliśmy dalsze posunięcia. Aby nie wzbudzać podejrzeń osób, które potencjalnie mogłyby obserwować wioskę, Kejn miał późną nocą udać się na rekonesans w kierunku farmy Tivoli, tak aby być tam o świcie, a my rano faktycznie mieliśmy się udać na poszukiwanie ziela siłaczy. Przed snem namówiliśmy jeszcze Igo, aby za pomocą zaklęcia, które nabył u pani Jahiry spróbował przeszukać karczmę. Mag przystał na ten pomysł, skupił się na czarze i wyszedł z pokoju. Jakiś czas oczekiwaliśmy w napięciu z nadzieją, że może grupa faktycznie schowała tu kostur. Po kilku minutach nasze nadzieje rozwiał Igo:

  • Chłopaki nie ma tu nigdzie niczego magicznego, jedynie to co sami posiadamy.

  • No cóż - powiedziałem - Nie mogło być za łatwo. Chyba czas udać się na spoczynek. Drwale o świcie wyruszają na wyręb, więc dobrze by było iść z nimi, jako że w grupie raźniej, a że i znają te lasy jak własną kieszeń, to i wskażą nam dąbrowy.

  • Kejnie - odezwał się kapłan - Weź ze sobą pergamin „Teleportacji”. Jak zrobi się ciepło, to go użyjesz. Nie wiemy czego można się po nich spodziewać. A teraz czas spać.