Kronika

Kroniki XXII: Nierozwikłane tajemnice

Nauczony codziennych medytacji, wstałem jako jedyny. Pozwoliłem braciom tego dnia wyspać się dłużej. Głód solidnie dawał mi się we znaki, lecz ostatnimi czasy znacznie lepiej potrafiłem kontrolować moje słabości. Twe techniki mistrzu daw...

18.04.2026 • Prosiak • Tsume de Vries • Kroniki rodziny de Vries

Nauczony codziennych medytacji, wstałem jako jedyny. Pozwoliłem braciom tego dnia wyspać się dłużej. Głód solidnie dawał mi się we znaki, lecz ostatnimi czasy znacznie lepiej potrafiłem kontrolować moje słabości. Twe techniki mistrzu dawały wymierne korzyści. Dlatego też kontynuowałem treningi równowagi umysłu. Rozważałem wszystkie za i przeciw, aby kiedyś porozmawiać z Igo na temat jego podejścia do naszych wyborów. Lecz chyba jeszcze nie byłem gotów na taka rozmowę w cztery oczy. Miałem przeczucie, że kiedyś to jednak nastąpi.

***Krwawe słońce ponure

oświetla domy

Przeklęci muszą zginąć***

Moją medytację przerwała mżawka. Postanowiłem obudzić braci.

  • Słuchajcie, nie mamy nic do jedzenia - powiedziałem – Kiedy Igo przeżywał fascynacje gotowaniem, czasem udało się coś upolować. Myślę, że powinniśmy udać się z Kejnem w las.

  • Nie mam kociołka – odparł Igo – Został przy koniu.

  • Mniejsza o kociołek, upieczemy na patyku po kawałku mięsa – powiedziałem – Ważne, aby zjeść cokolwiek. Teraz nieważny jest smak.

Kejn zabrał łuk i wyruszyliśmy na polowanie. Dosyć szybko odnalazłem trop sarny, niestety, gdy byliśmy już w zasięgu strzału, spłoszyła się. Wytropić, a podejść to dwie różne sprawy. Spróbowaliśmy jeszcze dwa razy, lecz bez powodzenia. Zrezygnowani wróciliśmy do obozu. Było już około południa.

  • Niestety nic nie mamy. Igo w drodze będziesz musiał oglądać się za jakimiś korzonkami, bo nie możemy codziennie ryzykować straty kilku godzin na poszukiwania zwierzyny. Nim dojdziemy do cywilizacji umrzemy z głodu – powiedziałem.

  • Będę wypatrywał po drodze. Jesteśmy w lesie, więc na pewno coś zbiorę – odparł Igo.

  • Wiecie, gdzie się mniej więcej znajdujemy? – zapytał Dalinar.

  • Jak na mój gust, to kilka dni drogi na zachód od Szlaku Północnego – odparłem – Jeśli wierzyć tym przeklętym wieśniakom, po drodze będzie jakaś wioska. Lecz nie ma co na to liczyć, równie dobrze mogli kłamać.

  • Tsume, przed drogą pozwól, że jeszcze raz pomodlę się o uzdrowienie twojej rany. Nadal nie wygląda to dobrze.

Pochyliłem głowę przed kapłanem, a ten wyszeptał słowa modlitwy. Poczułem, że ból mija i jest znacznie lepiej. Krótką modlitwą podziękowałem Vergenowi, a także Dalinarowi. Po tym wyruszyliśmy w dalszą drogę.

  • Jakie plany? – zagaił Igo – Nasze konie zostały u traperów.

  • No chyba z godnie z planem – odparłem – trzeba ruszać do Białej Osady i potem po konie. Mamy już to, po co nas wysłali Camaralczycy i chciałbym uniknąć sytuacji, gdzie im to damy, a oni od razu nas wyślą na dalszą część misji. Jeśli jesteśmy tam gdzie myślimy, to do szlaku mamy kilka dni drogi. Jakoś to z pomocą korzonków Igo przetrwamy, a potem są już karczmy, gdzie kupimy zaopatrzenie. Zresztą sezon karawan trwa, być może załapiemy się na jakiś wóz kupiecki, który jedzie w stronę Białej Osady.

Bracia zgodzili się ze mną.

Szliśmy wzdłuż ledwo widocznej ścieżki na wschód, znacznie wolniejszym tempem niż zwykle, aby Igo mógł rozglądać się za czymś do jedzenia. Mag co jakiś czas przechodził z jednej strony ścieżki na drugą, wyrywał coś, otrzepywał z ziemi i wsadzał do płóciennego worka. Pod wieczór znów zaczęło padać. Rozejrzałem się za dobrym miejscem na rozbicie obozu. Z trudem rozpaliliśmy ognisko i schroniliśmy się pod płachtami namiotu. Igo w małym strumieniu umył korzonki, posiekał je drobno i podzielił równo. Spodziewałem się gorszego smaku. Lecz jak zawsze mówiłeś mistrzu:

„Głód to najlepsza przyprawa.”

Żołądki przestały nam fikać koziołki i mimo iż trudno powiedzieć, że byliśmy najedzeni, na pewno nie skręcało nas już z głodu.

Noc minęła spokojnie i rankiem ruszyliśmy w dalszą drogę. Znów poruszaliśmy się w ślimaczym tempie, aby Igo mógł zbierać pożywienie. Koło południa las zaczął się przerzedzać. Przeszliśmy jeszcze kilkaset metrów, kiedy zatrzymaliśmy się, bo w oddali zobaczyliśmy unoszący się dym. Ostrożnie podążaliśmy coraz mniej bujnym lasem, aż naszym oczom ukazała się wioska.

  • To co? Byliśmy w górach szukać ziela siłaczy i zgubiliśmy drogę? - zapytał Dalinar.

  • Lepiej nic nie mówić, bo to się kupy nie trzyma – powiedział Igo.

  • Co wy kurwa macie z tym tłumaczeniem się wieśniakom – nie wytrzymałem – Chuj ich obchodzi skąd idziemy – nie wytrzymałem, gdyż zmęczenie dawało mi się we znaki – To zwykłe chuje do szczania.

  • Dokładnie – poparł mnie Kejn.

  • Jak kurwa mówimy, że zbieramy zioło siłaczy, to kurwa je zbieramy – skwitowałem.

Wieś przypominała Oramunę, czyli typowe wiejskie domy, kryte strzechą. Była jednak większa i nie różniła się od innych odwiedzanych przez nas wiosek w kwestii czystości. Na pierwszy rzut oka około dwudziestu domów, zbitych ciaśniej niż te w tej przeklętej wiosce. Za wioską było widać pola uprawne, pasące się krowy i kozy. Między domami latające brudne dzieci, bawiące się, biegające z kijami. Ku naszej uldze zwykła wieś. Dorośli pracujący na polu, przy zagrodach wykonujący zwykłe czynności. Naszą obecność pierwsze zauważyły psy, które zaczęły głośno ujadać. Po drugiej stronie wioski było widać szlak, zapewne uczęszczany, który prowadził na południowy-wschód i niknął w lesie. Dawało to nadzieję, że faktycznie jesteśmy tam, gdzie się spodziewaliśmy. Jako że psy zdradziły naszą obecność, nie było sensu kryć się dalej w lesie. Do wioski weszliśmy przez pastwisko kóz. W trawie leżał mały, piegowaty chłopak, żujący trawę. Kiedy nas zobaczył, skinął tylko głową i dalej obserwował pasące się kozy. Po chwili zobaczył nas wieśniak, niosący snopek siana. Gdy tylko nas ujrzał, upuścił go i rzekł:

  • Na Delidię.

  • Witaj dobry człowieku – odparł Dalinar – Jesteśmy podróżnymi. Poszukujemy miejsca by się ogrzać, zjeść coś i odpocząć.

  • A podróżni. A ja myślałem, że panowie od naszego pana.

  • Nie, nie, podróżni – uspokoił go Igo.

  • A to tam do oberży zapraszamy – i wskazał nam dłonią budynek w centrum wioski.

  • Dziękujemy ci dobry człowieku – odparłem.

Przed oberżą do palika stały przywiązane dwa wierzchowce. Weszliśmy do środka. W środku siedziało czterech miejscowych i dwóch podróżnych w kolczugach. Gospodarz, kiedy naz zobaczył, skinął głową i powiedział:

  • Witojcie.

  • Gospodarzu naszykuj no jadła i napitku – powiedział kapłan.

Siedliśmy przy stole, na którym walały się resztki skwarek i mokro było od rozlanego piwa. Gospodarz szybko przetarł stół brudną szmatą.

  • Siadejcie. Już można. Już idem po piwo. Pokój trzeba? - zapytał oberżysta.

  • Tak, dla czterech osób – odparłem – A strawa?

  • No bydzie, kasze momy ze słoniną.

  • To naszykujcie – odparł Kejn.

  • Jak się zwie wasza wioska? – zaptyał Dalinar.

  • Berun. To dobra wioska, kozy się paso, krowy mleka dajo, dobrze jest, dobrze jest. Czasem jakieś rycerze ze szlaka podjadą, czy stąd, czy stamtąd, bo do szlaku jest tak ze pół dnia drogi i odpocząć czasem i trza.

  • Ano wiemy – odparł Igo – Czasem w wiejskim spokoju trzeba odpocząć.

  • To co w karawanie jakiejś jesteście? - dopytywał karczmarz.

  • Karczmarzu – odparłem strudzonym głosem – Głodni jesteśmy.

  • A tak, tak, już idem po kasze.

Kiedy czekaliśmy na strawę, odezwał się Dalinar:

  • Cóż, prześpimy się i rano w drogę, skoro mamy tylko pół dnia drogi do traktu. Nie wiadomo czy nasze konie jeszcze po takim czasie jeszcze tam będą. Mieliśmy być po dwóch dniach.

  • Obawiam się, że może nie być już nawet traperów, jeśli bardzo wkurwiliśmy trolle – odparłem.

  • Musimy się przygotować na to, że koni już nie będzie i tyle – powiedział kapłan.

  • Jeśli dobrze kojarzę – powiedział Igo – to osada Berun jest mniej więcej na wysokości Górskiego Gryfa, więc do Białej Osady mamy jakieś pięć, maksymalnie sześć dni drogi pieszo.

Po chwili przyszedł oberżysta, z kaszą solidnie okraszoną słoniną. Do tego podał kiszone ogórki. Po tym co jedliśmy ostatnio, był to iście królewski posiłek. Wszystko zapijaliśmy sporą ilością piwa. Po pewnym czasie karczmarz powiedział, że izba jest gotowa, a ja zagaiłem, czy na kolację dałoby radę ubić jakąś kurę lub kaczkę.

  • Nu można by, ubijem kaczkę dla panów – odparł oberżysta.

  • Miej jeszcze na uwadze, aby na rano prowiant dla nas uszykować na siedem dni, sera, suszonej kiełbasy, kilka jajek na twardo.

  • Uszykujem i jutro siem policzym – odparł gospodarz.

Wieczorem zjedliśmy przygotowaną kaczkę i wcześnie udaliśmy się na spoczynek. Wszyscy spaliśmy jak zabici. W końcu udało nam się wysuszyć ubrania, koce i namioty.

Rano zjedliśmy śniadanie, gospodarz przygotował nam prowiant i wyruszyliśmy w drogę. Niebo było zachmurzone, lecz nie padało. Po kilku godzinach marszu dotarliśmy w końcu do Szlaku Północnego, który prowadzi z Ambardu do Karabaku. Po drodze Dalinar zagaił Igo:

  • Dałbyś radę znaleźć ziele siłaczy?

  • Tak, wiem gdzie tego szukać, ale tu zwyczajnie nie rośnie – odparł mag – i przy trakcie raczej też nie znajdę tego przypadkiem. Lecz to dobry pomysł, aby czasem jak podróżujemy, w odpowiednich miejscach poświęcić trochę czasu, aby tego poszukać.

  • Ja już zużyłem całe swoje zapasy, a nie ukrywam, że bywa przydatne – powiedział kapłan.

  • Ja mogę ci odstąpić jedną porcję – zaproponowałem – i podałem z mieszka odmierzoną porcję ziela

  • Dziękuję – odparł Dalinar.

Ruszyliśmy traktem na południe, a w pewnym momencie Igo powiedział:

  • Patrzcie, Górski Gryf – i wskazał ręką w kierunku gór na wschodzie.

Faktycznie, w oddali było widać duże wieże majaczące w chmurach.

  • Kojarzysz czy po drodze są jakieś karczmy? – zapytałem.

  • Powinny być dwie, jeśli mnie pamięć nie myli – odparł mag.

Już po dwóch godzinach z naprzeciwka zobaczyliśmy jadącą karawanę, składającą się z ośmiu wozów. Karawany strzegli żołnierze Grododzierżcy. Na płachtach wozów wyszyte było godło Towarzystwa Kupieckiego Karabaku. Kupcy pozdrowili nas, my ich i nieniepokojeni ruszyliśmy dalej. Kolejne dni mijały spokojnie, co jakiś czas mijaliśmy lub wyprzedzała nas mniejsza lub większa karawana. Czasem przejechał goniec lub kilku zbrojnych. Lecz nikt nas nie zaczepiał.

Pod wieczór, trzeciego dnia, kiedy już chcieliśmy rozbijać obozowisko Igo stwierdził:

  • Chodźmy jeszcze kawałek, księżyc dobrze oświetla drogę, a z tego co kojarzę zaraz jest karczma.

Ruszyliśmy więc dalej i faktycznie po niecałej godzinie naszym oczom ukazała się gospoda z szyldem „Pod Dzikim Baranem”. Była to całkiem duża karczma, otoczona ostrokołem.

-Oho, zjemy baraninkę – powiedziałem.

Za ostrokołem znajdowały się też budynki dla większej ilości podróżnych, jako że karczma nie mogła pomieścić wszystkich gości. Były też miejsca na ogniska i namioty dla tych, których nie było stać na nocleg lub zwyczajnie brakło dla nich miejsc pod dachem. Przy ogniskach siedzieli zapewne pachołkowie kupców oraz biedniejsi wędrowcy. Ludzi było naprawdę sporo. W karczmie było tłoczno, minstrel przygrywał na lutni. Karczmarz zajmował się nalewaniem piwa, a ludzi obsługiwały służki – w większości niewolnice. Podeszliśmy do karczmarza.

  • Piwa?

  • Piwa i strawy – odparłem.

  • Oczywiście – odparł karczmarz – Jak widzicie miejsc przy stołach już nie, ma ale siądźcie tu przy szynku.

  • Pokój się znajdzie? - zapytał Dalinar.

  • Nie w gospodzie – odparł karczmarz – Ale mamy całkiem dobre pokoje w budynkach obok. Piwo już leję, strawę zaraz naszykuję, a klucz do pokoju zaraz przyniesie służba.

Po chwili podeszła do nas skąpo ubrana niewolnica i ze spuszczoną głową powiedziała:

  • Panie, pokój numer trzy tuż koło gospody. Czy kogoś podać?

Dziewczyna wpadła mi w oko.

  • A ty jesteś dostępna? – zapytałem.

  • Oczywiście, jestem do waszych usług.

  • Przyjdź jak skończymy jeść – odparłem.

Po chwili przyszedł niewolnik z parującym udźcem baranim. Jedzenie było wyśmienite.

  • Czy kąpiel panowie sobie życzą? - zagaił gospodarz.

  • No, jeśli ta pani – wskazałem na niewolnicę – będzie robić za gąbkę, to oczywiście.

  • Zatem zarządzę podgrzanie wody. Z tyłu karczmy jest łaźnia, a pani pomoże się umyć – odparł karczmarz.

Bracia wybrali sobie też po niewolnicy do kąpieli. Mycie przebiegło wyjątkowo przyjemnie. Służki znały się zarówno na myciu, jak i zaspokajaniu męskich potrzeb. Czyści, zadowoleni i mocno podpici udaliśmy się na spoczynek.

Rano, przed wyruszeniem, uzupełniłem bukłak mocnym winem. Padło na Roskańskie z domieszką spirytusu. Pociągnąłem solidny łyk. Było wyborne, zatem od razu pociągnąłem drugi.

  • Widzę, że ostatnio coś ciągnie cię do trunków – powiedział Dalinar.

  • A to kwestia treningu – odparłem.

  • A co trenujesz?

  • Sztuki walki – odparłem – Kolejne kombinacje walki są tak skomplikowane, że na trzeźwo już nie daję rady. Dalinar się roześmiał.

Pogoda tego dnia była typowa dla późnego lata. Pod wieczór znowu dotarliśmy do gospody Trzy Świerki. Była to już zdecydowanie mniejsza karczma, ale nadal bardzo czysta i popularna. Przenocowaliśmy już bez większych hulanek, jako że i nasze mieszki były coraz lżejsze. Rano odbiliśmy z traktu na zachód, skrótem wzdłuż Białej Rzeki. Po dniu drogi natrafiliśmy na miejsce, gdzie lata temu pochowaliśmy Jaromira. Zatrzymaliśmy się na chwilę i oddaliśmy mu cześć. Co wieczór, korzystając z dobrodziejstw bukłaka, popijałem ostro i zaczynałem trening walki, głównie okładając okoliczne drzewa.

  • Ciekawa technika – zagaił Dalinar.

  • Owszem, lecz alkohol nie jest do niej potrzebny – odparłem.

  • Ale pomaga? - dopytywał kapłan.

  • W pewnym sensie tak – odparłem – Lecz znam też techniki, które powodują zwalczanie toksyn w organiźmie i szkolę równocześnie się i w walce i właśnie w zwalczaniu trucizny. Podnoszę swoją tolerancję na alkohol, aby przykładowo, kiedy będę zalany w trzy dupy w karczmie, cały czas móc kontrolować w pełni swoje ciało.

  • No Tsume, podziwiam cię, że przewidujesz nawet to, że będziesz musiał nawalony walczyć z przeciwnikiem – szyderczo powiedział Dalinar – Ja w takiej sytuacji po prostu biorę kufel i rozwalam go przeciwnikowi na głowie.

  • To nie chodzi o to – odparłem spokojnie – Jak widzisz mój ubiór, czy nawet postura, ma zmylić przeciwnika. To, że być może kiedyś będę chciał uchodzić za pijanego, niegroźnego włóczęgę, ma swój cel.

  • Nawet dla mnie jest to teraz szok – odparł ze śmiechem Igo – A co dopiero dla przeciwnika.

  • Jeśli się nad tym zastanowić, to faktycznie kiedyś może się to przydać – odparł już poważnie Dalinar.

Dni mijały spokojnie i w końcu zawitaliśmy do Białej Osady. Przy Powitalnym Dębie Dalinar zapytał:

  • Co spodziewasz się tu znaleźć?

  • Nie wiem, w moim śnie coś kazało mi szukać znaku dłoni i tak też znalazłem w jaskiniach wyryty symbol ruin twierdzy Manmarr z Białej Osady. To miała być wskazówka co czynić dalej, dlatego też jesteśmy tutaj – odparłem – Może znamię na mojej dłoni znowu wskaże mi coś tak jak tam. Wiemy, że zakon Atolla był zainteresowany tymi ruinami, ale prawdopodobnie nic tu nie znaleźli. Być może znamię na mojej dłoni jest kluczem do tego czego szukali.

  • Ale twój zakon nie jest powiązany z zakonem Atolla? - dopytywał kapłan.

  • Nie, a przynajmniej ja nic o tym nie wiem – odparłem – Nazwę zakon Atolla usłyszałem tylko do Vernira.

Weszliśmy do gospody „Pod Dębem”. Gospodarz mocno zmrużył oczy.

  • Kejn, Dalinar, to znowu wy?

  • Tak. Witaj Ianie – przywitał go Dalinar.

  • Siadajcie chłopaki! Przygotuję coś do jedzenia.

Po chwili przyniósł strawę.

  • Co tam słychać? - zagaił Igo.

  • A, no słyszałem, że na północy, u tego, jak mu tam, lorda Garana, jakieś niepokoje – odparł karczmarz – Ale nie nie wiem dokładnie o co chodzi. Usłyszałem co nieco od gońca z północy co do sołtysa przybył, że zamieszki jakoweś, ale nie znam szczegółów. Będziecie pokój chcieli chłopaki?

  • Tak – odpowiedziałem.

  • No, to jak zawsze nocleg macie w cenie jedzenia – powiedział Ian.

Zjedliśmy i udaliśmy się do sołtysa Ramfelda. Drzwi otwarła nam jego żona.

  • Do pana sołtysa? Mąż jest teraz bardzo zajęty, ale zapowiem was. Poczekajcie.

Po chwili wyszedł sołtys.

  • Witam, uszanowanie moje.

  • Witamy sołtysie – powiedział Dalinar.

  • Jesteśmy przejazdem – odparłem – a Ian wspomniał, że jakiś posłaniec z północy był u pana i wspominał o jakichś niepokojach.

  • Chcielibyśmy się zapytać, czy, jako urzędnik, wiesz może czy jest tam teraz niebezpieczniej niż zwykle, bo właśnie się tam wybieramy, a jeśli są tam jakieś głębsze niepokoje, to nie chcemy się tam wpakować – powiedział kapłan.

  • Tak, rzeczywiście coś się dzieje. Z tego co wiem tamtejsze osady zostały zaatakowane przez górskie trolle. Ponoć zaatakowały Dur-Durung. Ale żeby trolle zaatakowały zbrojną osadę? Może trochę przesadził ten posłaniec. Gdzie tam trolle by aż z gór zeszły, toż tu już cywilizacja. No ale podróżnych ostrzec nakazał. Teraz czekamy na reakcję pana barona. A co was tam ciągnie? Toż to koniec świata.

  • A, no jakoś nas po świecie ciągnie – odparłem.

  • A długo zamierzacie tu zabawić?

  • A, no dobrze czujemy się na starych śmieciach i planowaliśmy tu trochę odpocząć, ale nie będziemy się naprzykrzać – odparłem.

  • Dobrze, dobrze. To zostawiam was panowie, gdyż mam ogrom pracy – sołtys westchnął teatralnie – Podatki, podatki...

Pożegnaliśmy go i udaliśmy się do domu Celesty. W drodze do ochronki zgodnie stwierdziliśmy, że należy pogodzić się ze stratą koni. Nikt z nas nie chciał być częścią końsko-krasnoludzkiego kabanosa.

Celesta jak zwykle przywitała nas z radością i matczyną czułością. Uraczyła nas ziołową herbatą. Jak zwykle dopytywała się o wieści o Vernirze i ze smutkiem przyznała, że obawia się najgorszego. Nie zamierzaliśmy jej okłamywać i dawać fałszywej nadziei, lecz poinformowaliśmy, że nasze wszystkie działania w dalszym ciągu mają związek z jego sprawą.

  • Jesteśmy tu teraz w innym celu – powiedział Dalinar – Musimy zbadać tutejsze ruiny. Wiesz, że Vernir prowadził tu badania. Czy wiesz może co tu znaleźli?

  • Owszem. Wiem, że Vernir wraz z krasnoludem Markusem czegoś tam szukali, lecz najwięcej może powiedzieć wam Graham. Wprawdzie współpracowaliśmy wszyscy, ale o badaniach zbytnio nic nie wiem.

  • Cóż, obawiam się zatem, że musimy podziękować ci za herbatę i niezwłocznie udać się do Grahama. Czas nas goni – powiedziałem.

Celesta skinęła głową w pełnym zrozumieniu.

Niezwłocznie udaliśmy się do Grahama. Wieczorem byliśmy na miejscu, gdzie zostaliśmy przyjęci z radością. Czuliśmy się tam jak rodzina.

  • Cóż za dobre czasy – powiedział Graham – Ostatnio widujemy się naprawdę często. Jak rozumiem zostaniecie na noc. Siadajcie do stołu, właśnie zaczynamy kolację. A wy dajcie coś konkretniejszego do picia – zwrócił się do synów i po chwili na stole wylądowała słynna Grahamówka, którą tak lubił Vernir.

  • Natknęliśmy się ostatnio na pewne wiadomości, które skierowały nas do twierdzy Manmarr – powiedział Dalinar – I chcieliśmy się zapytać, czy coś tam znaleźliście?

  • Wiecie chłopaki, nie o wszystkim mogę mówić, bractwo to bractwo. Lecz znamy się w końcu tyle lat i mogę wam ufać. Pamiętacie kryształ, który znaleźliśmy? Był on kluczem do ukrytej komnaty. Znaleźliśmy tam ciekawe artefakty z dawnych czasów, które badaliśmy i przekazaliśmy naszym przełożonym. Jak wiecie dwa razy w roku kontaktuje się z nami przedstawiciel bractwa.

  • Czy mówi ci coś taki znak? – wyciągnąłem dłoń i pokazałem mu znamię.

  • Skąd to masz? Jesteś mężczyzną. W zapiskach bractwa czasem się on przewijał i oznacza zakon Ostatnich Wiedźm Nahnagarru. Nie mam pojęcia czy jeszcze istnieje, ale to z pewnością to.

  • Słyszałem o tych wiedźmach – odpowiedział Igo – Ale to jakoś słabo pasuje, bo one działały głównie na południu, a my jesteśmy na północy.

  • Ponoć zakon Atolla dawno temu współpracował z nimi – powiedział Graham – Skąd to masz?

  • Pojawiło się samo, kiedy byliśmy na Przeciętym Paśmie, w osadzie trolli. Znaleźliśmy w ich jaskiniach płaskorzeźbę, przedstawiającą twierdzę Manmarr. Dosyć dziwne. – odparłem.

  • Mówiło się, że wiedźmy te strzegą starożytnej wiedzy, pochodzącej jeszcze sprzed Zaćmienia. Kościół wyplenił ponoć zakon co do jednej, jako że należały do niego tylko kobiety – rzekł Graham.

  • Chodzą też pogłoski – wtrącił Igo – że dalej działają w ukryciu i niektóre czarodziejki w konspiracji nadal są w tym zakonie.

  • Musisz uważać – powiedział Graham – bo za ten znak grozi stos.

  • Czyli jakiś punkt wspólny jest – powiedział mag – Skoro zakon Atolla z nimi współpracował.

  • Ale o o co chodzi z trollami – zastanawiał się Graham – Nie rozumiem tego. W komnacie, którą odkryliśmy, pozostała jedna rzecz, której nie potrafiliśmy zbadać, ani zrozumieć. To coś dziwnego. To pewien mechanizm i do dziś nie rozumiemy do czego służył.

  • Czy ta komnata nadal jest ukryta? - zapytałem – Czy odnajdziemy ją sami?

  • Wątpię, ale mogę was tam zaprowadzić – zaoferował Graham.

  • Co znaleźliście w tych komnatach? – dopytywał Dalinar.

  • Wiedzę, księgi, zapisane kamienne płyty. Większości z nich nie rozumieliśmy. Były też rzeźby. Wszystko to było przez lata wywożone w ukryciu.

  • Jestem rozgoryczony – odparłem.

Niby Zakon Atolla chce zadbać, aby ta wiedza przetrwała, a z drugiej strony nie wiemy nawet co się z nią stało. Nie wiemy nawet kto to ma i czy kiedykolwiek będzie szansa na poznanie tych wiadomości. Księgi, zwoje, tablice. Tyle informacji, a Graham nawet nie był wstanie powiedzieć co tam było.

  • Jedynie co powiedział przedstawiciel zakonu, a był to czarodziej, że to zagadka starożytnych. Lecz oni jej też nie rozumieją – odparł Graham.

  • Wiecie z czym kojarzy mi się zagadka starożytnych? - zapytałem.

  • Z czym? - dopytywał Graham.

  • Z pierdoloną Zagadką Menhirów – odparłem.

  • Zagadka Menhirów. Tak, ten mag wspominał coś o tym.

  • Rozwiązaliśmy już dwie takie zagadki – odparłem.

  • To może uda wam się i z tamtą – powiedział wyraźnie ożywiony Graham.

  • Więc, jeśli tylko twój stan zdrowia pozwoli, dobrze by było, gdybyś nam to pokazał – powiedziałem.

  • Oczywiście, jutro wyruszymy – odpowiedział nasz gospodarz.

  • A teraz może zróbmy to, co wychodzi nam razem najlepiej, czyli schlejmy się jak świnie – zaproponowałem.

  • Dokładnie – oczy Grahama błysnęły – Hermanie, no polej nam, na co czekasz?

  • Grahamie, zanim upijemy się, przemyśl moje słowa co do wiedzy, którą skrywa wasz zakon. Tam mogło być coś czego poszukuję i ja. A mam wrażenie, że przez działanie waszego zakonu, ta wiedza zanika, miast być pielęgnowana.

  • Drogi Tsume, dla przeciętnego śmiertelnika działanie naszego zakonu może być niezrozumiałe, a i rzeczy, które zdobywamy, wymagają lat wnikliwych studiów – odparł Graham.

  • Znasz jak mniemam Antona? - zapytałem – Bo z tego co wiem, kiedyś też was wspierał.

  • Tak, oczywiście. To brat waszego ojca.

  • Zatem mogę ci powiedzieć, że ja poniekąd pracuję na jego zlecenie – wyjaśniłem.

  • Cóż, następnym razem wspomnę o tym przedstawicielowi zakonu – zapewnił Graham.

  • Wiedz, że ta wiedza nie jest potrzebna mi po to, aby potem donieść o tym kościołowi Delidii. Chyba widzisz, że jesteśmy po tej samej stronie barykady – kontynuowałem – A w tym co tu znaleźliście, może będą rzeczy, których i ja szukam.

  • Nie wiem czego szukasz Tsume, lecz wiedz, że prawisz mądrze. Obiecuję, że przy najbliższej okazji poruszę ten temat.

  • Może moglibyśmy z Tsume poznać część tej wiedzy? – w rozmowę wtrącił się Dalinar.

  • Czas pokaże – odparł Graham – W zasadzie nie wiedziałem, że wy też tym się tym interesujecie. Zatem postaram się zrobić coś w waszej sprawie, ale to trochę potrwa. Lecz mam nadzieję, że nie wybieracie się na tamten świat i poczekacie.

  • Zdecydowanie nie wybieramy się na tamten świat – skwitowałem – A teraz świętujmy.

Z każdym wypitym kielichem Igo coraz częściej i otwarcie psioczył na kościół Delidii. Nie podejrzewałem go o tak bogaty zasób przekleństw oraz epitetów, które zna. Tradycyjnie piliśmy tak długo, aż wszyscy posnęli na stołach. Dopiero nad ranem dobudziła nas żona Grahama i zaprowadziła do łóżek. Wstaliśmy późno, z trudem przełykaliśmy przygotowane śniadanie, ochoczo popijając za to piwo. W drogę do Białej Osady wyruszyliśmy w południe. Graham przygotował wóz i wraz z jednym synem wybrał się z nami. W drodze Graham powiedział:

  • Mam sprawę do sołtysa. Wolałbym nie czaić się gdzieś po lasach, więc my z Hermanem udamy się do Ramfelda i godzinę później spotkamy się przy ruinach. Wynajmę u Iana pokój, bo nie będę wracał po nocy, co da nam kilka godzin na zbadanie ruin.

Do osady dojechaliśmy późnym popołudniem. Herman poszedł załatwić pokój w gospodzie, a Graham rzucił tylko:

  • To co, za godzinę? - I powolnym krokiem ruszył w kierunku domu Ramfelda.

Zabraliśmy kilka pochodni, latarnię i udaliśmy się w kierunku ruin fortecy Manmarr. Czekaliśmy na dziedzińcu niegdyś wspaniałej budowli. Teraz wszystko porastały chwasty i krzaki. Jedynym zachowanym w całości obiektem była jedna wieża. Po około godzinie zobaczyliśmy wchodzącego z trudem, pod ramię z Hermanem, Grahama.

  • Jesteśmy, łatwo nie było – powiedział mocno zasapany Graham – Chodźcie, zaprowadzę was do tego miejsca.

Poprowadzili nas do jednej ze zrujnowanych ścian, po czym Herman zaczął karczować krzak dzikiej róży. Po chwili zobaczyliśmy schodki prowadzące w dół. Zapaliliśmy pochodnie i zeszliśmy pomagając Grahamowi. Weszliśmy do małego pomieszczenia, gdzie po drugiej stronie w ścianie widniały solidne, okute drzwi. Mimo upływu czasu wyglądały nadal solidnie. Herman wyciągnął klucz i otworzył drzwi, po czym ruszył przez nie, a my udaliśmy się za nim. Naszym oczom ukazało się prostokątne, dosyć duże pomieszczenie. Ściany pokryte były płaskorzeźbami, które przedstawiały głównie rycerzy podczas walki. Strop podtrzymywany był przez sześć kamiennych kolumn. Pięć z nich pokrytych było również płaskorzeźbami, na których przewijały się motywy rycerskie oraz znaki w języku, którego nikt z nas nie rozpoznawał. Szósta kolumna natomiast znacząco różniła się od pozostałych. Otoczona była sześcioma szerokimi pierścieniami. Pierścienie były metalowe i umieszczone jeden pod drugim, w odległości około jednego centymetra. Każdy z tych pierścieni podzielony był na bloczki, na których widniały elfie liczby od 1 do 33 plus jeden pusty.

  • To nam spędza sen z powiek – powiedział Graham – Te pierścienie się kręcą. Próbowaliśmy różnych kombinacji i nic nam to nie dało.

  • To mi nie wygląda na Zagadkę Menhirów – powiedziałem – Tu jest sześć pierścieni, a Zagadki Menhirów dają informację o czterech wymiarach.

  • Spójrzcie na to – powiedział Graham i pokazał nam na dół kolumny.

Na dole narysowany czerwoną farbą był totem, podobny do tego, które widzieliśmy u dahijskich trolli.

  • Ten znak, naszym zdaniem, dorysowany był później. Ktoś był tu przed nami – powiedział Graham.

Podszedłem do kolumny i przyłożyłem dłoń ze znamieniem do poszczególnych liczb. Niestety moja nadzieja, że któraś się zaświeci, okazała się mylna.

Zastanawialiśmy się co może oznaczać to, iż znajduje się tu totem, lecz nie potrafiliśmy wywnioskować nic, co trzymałoby się mocno kupy i rzuciłoby jakiekolwiek światło na zagadkę pierścieni.

  • Zastanówcie się nad tymi pierścieniami, a ja obejdę ruiny i może moje znamię znów się odezwie – powiedziałem.

Zacząłem obchodzić komnatę, z wyciągniętą przed siebie ręką. Kejn także obchodził pomieszczenie, szukając czegoś co mogło umknąć naszym oczom. Niestety nic nie poczułem, ani nic się nie zaświeciło.

  • Grahamie, pamiętasz może w jakim ustawieniu zastaliście te znaki? – zapytał elf.

  • Pamiętam, wszystkie były ustawione na puste płytki.

Bracia zaczęli ustawiać pierścienie na puste pozycje, a ja wyciągnąłem nóż i naciąłem sobie palec. Być może potrzebna była moja krew. Wszak rana, kiedy dłoń prowadziła mnie w labiryncie trolli, krwawiła. Ponownie obszedłem pomieszczenie i ponownie nic.

  • Co Tsume, zostajemy tu, czy idziemy dalej? Ja tu nie widzę żadnego sensu - powiedział Kejn.

  • Może to litery alfabetu? – zapytał Igo.

  • Alfabet ma o jedną literę mniej – powiedział Dalinar – Lecz coś z alfabetem może być. Atolla ma sześć liter, może spróbujmy.

Bracia ustawili pierścienie zgodnie z odpowiednikami kolejności liter w alfabecie i ponownie nic się nie stało.

  • Ludzie z zakonu wypróbowali setki, jeśli nie tysiące kombinacji i nic – powiedział Graham – to musi być coś innego. Najbardziej niepokoił ich ten totem.

  • Hermanie, oprowadź mnie proszę po tych ruinach, bo widzę, że znasz je całkiem dobrze – powiedziałem – Może znajdę tu gdzieś znak Wężowej Dłoni.

  • Oczywiście – odparł Herman – Zawsze to jakiś pomysł.

Faktycznie, zgodnie ze słowami Grahama, reszta fortecy była ruiną. W blasku pochodni obserwowałem uważnie każdy kawałek ściany, lecz moje poszukiwania ponownie nic nie dały. Zniechęcony wróciłem do braci.

  • Powiem wam, że wzbiera we mnie frustracja – powiedziałem – Zapierdalam przez pół świata, aby dowiedzieć się gówna. Mam wrażenie, że los wodzi mnie za nos.

  • Słuchajcie chłopaki – powiedział Graham – Ja wracam do gospody, bo zanim zejdę z tej górki, to trochę zajmie. Spotkamy się albo w gospodzie albo kiedyś znowu u mnie. Mam tylko prośbę, zamaskujcie dobrze wejście.

Pożegnaliśmy się i zastanawialiśmy się dalej.

  • Wydaje mi się, że na ten moment nic nie wymyślimy – powiedziałem – Z przykrością stwierdzam, że pozostaje nam chyba powrót do Mar-Margot.

  • Dokładnie – odparł Kejn.

  • Ma ktoś jeszcze jakikolwiek pomysł? – zapytałem.

  • Ja nie – powiedział Dalinar.

  • Ani ja – rzekł Igo.

  • Zatem czas nam wracać do Torstena – odparłem.

Nagle niespodziewanie odezwał się Dalinar.

  • Przez chwilę chyba mocno odpłynąłem myślami. Właśnie zobaczyłem Adama. Chwycił mnie za ramię i zaprowadził mnie na polanę z monolitami. Podziękował mi za sprowadzenie go no drogę Vergena. Powiedział „tyle mogłem dla was zrobić”, po czym zniknął. Nie wiem co może mieć wspólnego polana z obecną sytuacją. Może sprawdźmy Karnak. Ta nazwa padła w wierszu z kamieni.

Igo ustawił pierścienie i ponownie nic.

  • Ostania rzecz, która przychodzi mi do głowy, to poczekać do nocy – powiedziałem – U trolli byliśmy w nocy, a półksiężyc na moim znamieniu też kojarzy się z nocą.

Kejn wyszedł i wrócił po chwili.

  • Już jest grubo po zmierzchu.

Zrobiłem ostatnie przejście po ruinach i zrezygnowany przyznałem, że czas wracać do gospody. W nienajlepszych nastrojach poszliśmy do karczmy, dbając o to, aby dobrze zamaskować wejście.

Bez humoru położyliśmy się spać, a rano spotkaliśmy się z Grahamem.

  • I jak chłopaki?

  • Nic – odparłem.

  • Niestety tak myślałem – odparł ponuro Graham – Gdybyście na coś wpadli, dajcie znać. Ja muszę się zbierać. Powodzenia na szlaku.

Pożegnaliśmy się serdecznie i zaopatrzywszy się w prowiant, ruszyliśmy w stronę Mar-Margot.

Droga do miasta przebiegła spokojnie. Udaliśmy się niezwłocznie do Nory. Karczmarz jak zwykle przywitał nas serdecznie, od razu podał jedzenie i piwo. Poprosiłem go, by dał znać Torstenowi, że jesteśmy. Po niecałej godzinie przyszedł porucznik.

  • No i jak tam moje chłopaki? – powiedział z uśmiechem.

  • Wszystko dobrze – odparłem.

  • Macie? – dopytał zaciekawiony.

Skinęliśmy głowami. Igo podał mu skrzynkę, a Torsten otworzył wieko.

  • Kurwa jakiś kamień. Na pewno stamtąd?

  • Na pewno – odparłem.

  • Miał być kamień jest i kamień – ze śmiechem powiedział Dalinar.

  • Dam go Nubrimusowi, niech go sprawdzi.

  • I pamiętaj – powiedziałem ściszonym głosem – Trolle wdupiły nasze konie.

  • Jak to trolle wdupiły wam konie?

  • Normalnie, wzięły i zeżarły – odparł Dalinar.

  • Tak więc pamiętajcie przy wypłacie – powiedziałem – że trolle wdupiły nasze konie. Razem z siodłami.

  • Dodatkowo nie zalecam wybierania się na tamte tereny. Masa wkurwionych trolli szuka pewnego kamienia – dodał kapłan.

  • Dobra, przyjdę do was wieczorem. Jeśli to ten kamień, szef będzie naprawdę wdzięczny. Szczerze mówiąc myśleliśmy, że już was nie zobaczymy.

  • Podróż na piechotę trochę trwa – odpowiedział Igo.

  • Z końmi coś się pomyśli – odpowiedział Torsten - ale poczekajmy na to, co powie Nubrimus. Odpocznijcie, a ja zjawię się jak tylko będę coś wiedział.

Torsten zawinął skrzynię w kawał płótna i wyszedł.

  • Szybko się pojawił jebaniec – stwierdził Kejn.

  • Widać to dla nich bardzo ważne.

  • Ja idę na miasto – powiedział Dalinar – Muszę zapytać ile kosztuje szkolenie.

Dalinar wrócił po pewnym czasie i przy winie czekaliśmy na Torstena, lecz ten nie pojawił się tego wieczora. Zmęczeni podróżą, udaliśmy się na spoczynek.

Torsten przyszedł następnego dnia, późnym popołudniem. Zobaczył nas, uśmiechnął się i powiedział:

  • To jest to. Chłopaki, jestem z was dumny, a szef chyba nigdy nie był tak zadowolony.

Torsten wyciągnął pękatą sakiewkę na stół.

  • To wasza zapłata, dostaniecie też od nas konie. Dobre rumaki. Szef chciał się zrewanżować. Kolejna sprawa. Lokalizacja Kostura Dusz trochę potrwa. Może nawet tydzień.

  • Wiem, że dostaliśmy już konie w ramach nadwyżki, ale może dałoby się załatwić dziwki na pięć dni? - zapytałem.

  • Dziwki to wy macie do następnego zadania – z szerokim uśmiechem powiedział Torsten.

  • No i to rozumiem – odparłem – Tak mi mów.

  • Macie jakieś konkretne plany, czy jesteście gotowi kontynuować temat?

  • Zdecydowanie chcemy kontynuować temat – odparłem.

  • I to mi się w was podoba. Tylko bawcie się tak, że gdy przyjdzie czas działania, bądżcie w formie. Dobra, ja muszę znikać, a was zostawiam. Jeśli chodzi o konie, dostarczą je wam za dwa, góra trzy dni.

Torsten pożegnał się i wyszedł.

  • Igo, jak będziesz szedł do pani Jahiry, chciałbym udać się z tobą – powiedziałem.

  • To chodźmy, po drodze naprawię latarnię i uzupełnię oliwę – odparł mag.

  • To może chodźmy razem – powiedział Dalinar – Każdy z nas musi zrobić drobne zakupy.

Chodziliśmy po mieście, robiąc drobne zakupy, kiedy to nagle Kejn się odezwał:

  • Zobaczcie tych tam dwóch gości – wskazał głową kierunek.

Z zaciekawieniem popatrzyliśmy w tamtą stronę. Dwóch mężczyzn w kapturach stało przy jednym ze straganów, jeden z nich trzymał wystraszonego sprzedawcę, a drugi rozglądał się na boki. W tym samym momencie poznaliśmy go wszyscy.

  • Kurwa to Gordon z klasztoru – powiedziałem przez zęby.

  • Dokładnie – odparł Kejn.

  • Chciałbym się dowiedzieć co ten skurwiel tu robi – syknął Dalinar.

  • Da się zrobić – powiedział elf.

  • Idź, tylko nie rób durnych rzeczy – odparłem.

  • Ja nigdy nie robię durnych rzeczy – powiedział Kejn.

  • Ty zawsze robisz durne rzeczy – odpowiedziałem cicho, lecz nie wiem czy elf usłyszał, bo już szedł do przodu i wmieszał się w tłum.

  • Chodźmy do Jahiry – powiedział Igo.

  • To ja odwiedzę świątynię – powiedział Dalinar i rozstaliśmy się.

Udaliśmy się do sklepiku pani Jahiry. Kiedy weszliśmy do środka, Jahira była pochylona nad jakąś książką. Kiedy uniosła wzrok, przez chwilę miałem wrażenie, jakby się przestraszyła. Trwało to dosłownie mgnienie oka i po chwili powiedziała, rozpoznając nas:

  • Witajcie.

Po chwili znów miałem wrażenie, że dziwnie się nam przygląda.

  • Cóż u pani słychać? – zagaił Igo.

  • Dziękuję, wszystko w porządku. Dawno panów nie widziałam – odparła właścicielka sklepu.

  • Cóż, jak zwykle sprowadzają mnie do pani interesy – powiedział Igo – Poszukuję pustej księgi czarów.

  • Jak najbardziej panie Igo. Księga podróżna czy zwykła?

  • To zależy od ceny, ale raczej byłbym zainteresowany podróżną – odparł mag.

  • Cóż mogłabym zamówić. Najpojemniejsze mają pięćdziesiąt stron i koszt to około pięćdziesiąt złotych ambardów.

Po minie Igo widziałem, że cena go poraziła.

  • A zwykła to koszt plus minus osiemnaście.

  • A z mniejszą ilością stron? - zapytał Igo.

  • Połowę mniejsza dwadzieścia złotych ambardów.

  • A czy moglibyśmy się jakoś rozliczyć? W rozliczeniu zaproponowałbym księgę, którą kiedyś pani wypożyczyłem.

  • Pamiętam, że była mocno zniszczona, acz ciekawa. Jednak jest duże ryzyko, że nie znajdę kupca. Ale dobrze, dorzucisz panie jeszcze sześć złotych ambardów i dobijemy targu.

  • Pięć – targował się Igo.

  • Niech będzie – zgodziła się Jahira.

  • Nie mam tej księgi przy sobie, ale jeszcze dziś ją dostarczę. Potrzebowałbym jeszcze kilku składników.

Igo zaczął wymieniać potrzebne rzeczy, a ja przestałem słuchać. Wpatrywałem się dyskretnie w jego rozmówczynię, szukając w jej ubiorze elementów podobnych jak na moim znamieniu.

  • Panie Igo, czy ostatnio nie stało się coś dziwnego? - nagle zagaiła Jahira.

  • W jakim sensie dziwnego? – zapytał mag.

  • Sama nie wiem. Przez chwilę poczułam aurę, z którą bardzo dawno się nie spotkałam... Ale to pewnie ułuda – odparła Jahira.

  • Mieliśmy kilka przygód, lecz nie wiem pani co zobaczyłaś – odparł Igo.

  • Spotkałam kiedyś pewnego mędrca Delidii, od którego wyczuwałam coś podobnego. Może spotkałeś się z kimś takim? Zresztą przepraszam, to chyba faktycznie jakieś zwidy.

  • A czy posiadasz pani może czar „Wykrycie magii”? – zmienił temat Igo.

  • Tak, mam na stanie za siedem ambardów. Mogę wpisać do Twojej nowej księgi.

  • Dobrze, proszę wpisać – odparł Igo.

  • Wszystko byłoby gotowe za trzy dni – odparła Jahira.

Moje obserwacje niestety nie przyniosły rezultatów. Jedyne co rzuciło mi się w oczy to to, że skóra na jej drobnych rękach była jak skóra nastolatki. Dłonie te nie pasowały jakby do jej wieku. Dodatkowo miałem wrażenie, jakby drżały. Nerwowe tiki zdradzały strach i to strach przed nami.

  • A ja przybyłem zapytać o jakieś magiczne przedmioty – mówiąc to, gestykulowałem przed nią tak, aby zobaczyła znamię na mojej dłoni. W pewnym momencie zobaczyłem błysk w jej oku.

  • Igo to może skoczysz po tę księgę, a ja porozmawiam z panią Jahirą, czy może pojawiło się coś co mnie zainteresuje.

  • W sumie dobry pomysł – rzekł mag i wyszedł ze sklepiku.

  • Owszem, posiadam dwa przedmioty, ale nie wiem czy będą w sferze pana zainteresowań. Jednym z nich są Pierścienie Dysputy, które pozwalają komunikować się osobom, które mają je założone lub nawet podsłuchiwać nieświadomą osobę, a drugi to pas Grahama, który potrafi na krótki czas zapewnić ochronę przed bełtami lub strzałami. Cena pierścieni to czterdzieści złotych ambardów, a pas to wydatek pięćdziesięciu.

  • Widziałem pani, że nie umknęło pani znamię, które mam na dłoni. Oczywiście, gdyby nie była pani znajomą Igo, nie pozwoliłbym, aby pani je ujrzała.

  • Muszę przyznać, że mnie to zaskoczyło. Dlaczego zrobiłeś sobie panie taki tatuaż?

  • To nie jest tatuaż. To blizna, która pojawiła się na mej dłoni podczas snu – odparłem szczerze.

  • To niesamowite. Jest to symbol dawnego, zapomnianego już i zakazanego bractwa, zwanego Ostatnimi Wiedźmami Nahnagarru – odparła Jahira.

  • Wiem – rzuciłem – Tyle dowiedziałem się od Igo i wiem, że nijak to do niczego nie pasuje, bo z tego co mówił, były to same kobiety, a prozaicznie mówiąc, cycków to ja raczej nie mam. Przepraszam za język.

  • Ano dokładnie. Tajemne bractwo czarodziejek mieszczące się w Dorrn. Znaczy teraz to miasto nazywa się Dorrn. Ciekawe, być może w ten sposób przemówił do ciebie duch jakiejś dawno zmarłej czarodziejki i próbuje ci coś przekazać. Naprawdę panie Tsume, ciężko mi coś o tym powiedzieć.

  • Kiedy wspomniałaś pani, że widziałaś jakąś aurę, myślałem, że może pochodzi od tego znaku.

  • Nie panie, tym znakiem mnie zaskoczyłeś, nie powiem. Ale ta aura to było coś innego, coś bardzo dawnego, jakby jakiś znak silnej i wymarłej już magii. Widziałam kiedyś coś podobnego u pewnego mędrca.

  • Ale mówiłaś też, że to było związane z wiarą Delidii.

  • Tak, był to kapłan tej wiary.

  • To jeszcze bardziej niepokojące. Wszystko co związane z kapłanami Delidii budzi moją odrazę – powiedziałem – i strach.

  • Myślałam, że być może przebywaliście blisko jakiegoś ołtarza Delidii. Po prostu dziwnie się poczułam.

  • Jak rozumiem nie jesteś wstanie powiedzieć mi nic więcej na temat tego znaku. Zrozum pani, że jestem człowiekiem prostym i nigdy wcześniej nie zajmowały mnie zbytnio sprawy magii. Do niedawna nie zdawałem sobie nawet sprawy z tego, że istnieje coś takiego jak magiczne przedmioty. Więc, gdy dotknęło mnie coś takiego, jestem zwyczajnie zagubiony i zdezorientowany. Szukam każdej informacji i wytłumaczenia.

  • Nie wiem panie jak ci pomóc. To doprawdy zagadkowe, lecz uważaj panie z tym symbolem.

  • Wiem, grozi za to śmierć – odparłem.

  • Tak, grozi za to stos. Te bractwo jest na indeksie zakazanym kościoła Delidii. Jedyne co mogę do radzić, to być może wybranie się do źródła tego bractwa, czyli do Dorrn. Może na miejscu spróbuj zasięgnąć wiedzy tamtejszej loży czarodziejek, które doradzają władcy miasta. Być może one będą wstanie ci pomóc.

  • Cóż pani, nie orientuję się tak w historii, ani geopolityce, ale czy tam ten znak również nie jest zakazany? - zapytałem.

  • Myślę, że jest, lecz w Dorrn władza kościoła nie jest tak mocna jak tutaj. Dorn zawsze leżało na uboczu i tamtejszy król ma inne podejście do tego wszystkiego niż tutejszy Grododzierżca.

  • Wie pani, wyruszanie w taką podróż w ciemno... Nie wiem czy chciałbym się na to decydować – odparłem.

  • Legendy głoszą, że widźmy żyły tam i być może jakieś resztki historii jeszcze zostały. Więc jest wielce prawdopodobne, że tamtejsze czarodziejki są bardziej zaznajomione z tą tematyką i zapewne, za pewną opłatą, mogą udzielić ciekawych informacji. Wiem tylko, że jest pewna nić wiążąca wiedźmy z tymi ziemiami. Dawno temu rezydował tu potężny zakon zwany Zakonem Atolla. Te dwa bractwa tworzyły koalicję i współpracowały ze sobą bardzo ściśle. Ale to bardzo zamierzchła historia.

  • No cóżm dziękuję. Pani pozwól, że poczekam tu na Igo.

  • Ależ oczywiście. Mam rozumieć, że nie jesteś zainteresowany tymi przedmiotami, które ci przedstawiłam?

  • To nie jest tak, że nie jestem zainteresowany. Raczej niezaznajomiony z tego typu dobrami, po prostu nie wiedziałem, że są aż tak kosztowne. Bo zapewne są to przedmioty bardzo ciekawe.

  • Rozumiem, nie przejmuj się panie. Nie jestem właścicielką tych przedmiotów. Byłabym tylko pośrednikiem, zatem nic nie tracę.

Po kilkunastu minutach do sklepiku wszedł Igo, podał czarodziejce książkę, a to powiedziała, aby za trzy dni odebrał zamówioną księgę. Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy do Nory. W pokoju był już Dalinar, a dosłownie chwile później wszedł Kejn.

  • I jak, dokąd śledziłeś tego skurwiela? - zapytałem.

  • Powiem tak, śmierdząca sprawa – odparł elf – Ten gość zadaje się z jakimiś bandytami. Jakieś oprychy. Mam wrażenie, że ściąga jakieś długi lub haracze. Wiem gdzie mieszka, jest to gospoda Stromy Dach, do której się udał. Tam rozliczali kasę, grali w karty i pili. Czuł się jak u siebie w domu.

  • Zawsze był gnidą – powiedziałem – i znowu znalazł sobie zajęcie godne gnidy.

  • Można u nas zapytać kto rezyduje w tej karczmie. Czy jest to jakaś gildia, czy tylko zwykłe oprychy – zaproponował Igo.

  • Możemy zapytać – zgodziłem się – Lecz teraz wróćmy do tematu Jahiry.

  • Opowiem Kejnowi i Dalinarowi od początku - powiedziałem do Igo – Kiedy weszliśmy do sklepiku, Jahirę aż zamurowało. Miała wyraz twarzy, jakby zobaczyła ducha. Trwało to tylko chwilę. Przywitała nas jak zwykle i rozpoczęła się zwykła, jak zawsze, z nią rozmowa. Igo rozmawiał na temat zakupu jakichś tam czarodziejskich bzdetów. Do momentu, kiedy nie wytrzymała i zapytała się nas, czy nie braliśmy udziału w jakichś niezwykłych wydarzeniach, bo wydawało się, że widziała nad Igo lub nami nietypową aurę. Powiedziała mi, że kiedyś widziała nad jakimś kapłanem Delidii coś podobnego. Zacząłem się jej uważnie przypatrywać. Nim wspomniała o kapłanie Delidii, pomyślałem, że może jako kobieta i czarodziejka, wyczuła moje znamię. Dlatego też zacząłem się jej przyglądać, chcąc wybadać jej reakcję oraz to czy na szatach lub ciele nie ma jakichś symbolów, mogących być elementem tego znaku, który mam na dłoni. Myliłem się, ale za to zauważyłem dwie inne rzeczy. Jedna to taka, że jej dłonie, jakby to ująć, są znacznie młodsze od reszty ciała, a druga to, że podczas rozmowy z Igo, cały czas trzymała nerwy na wodzy, a jej ręce delikatnie drżały, a na twarzy pojawiały się nerwowe tiki. Tak jakby czegoś się bała. Zaproponowałem zatem Igo, aby poszedł do Nory po książkę, którą miał odsprzedać Jahirze, a ja załatwię swoje sprawy. Gdy tylko wyszedł, Jahira momentalnie się uspokoiła. Przeszedłem wtedy do zwykłej rozmowy o magicznych przedmiotach i gestykulując mimochodem pokazałem jej moje wężowe znamię, uważnie obserwując jej reakcje. Rozpoznała go, lecz nie chciała dać po sobie znać, że wie co widzi. Postanowiłem zagrać w otwarte karty i zapytałem wprost, dlaczego uspokoiła się dopiero, kiedy wyszedł Igo, a przecież jest jej znajomym. Przyznała, że zwyczajnie zaskoczyła ją aura bijąca od niego. Dopytywała o kontakty z jakimiś ołtarzami Delidii. Oczywiście zaprzeczyłem i nie wspomniałem też nic o tym, co robiliśmy, ani tym bardziej co zdobyliśmy. Niepokoi mnie to, że prawdopodobnie to aura Kamienia Sumień, którego ty Igo trzymałeś blisko siebie, w jakiś sposób cię przenikła. Dodatkowo niepokojące jest to, że taką aurę widziała u jakiegoś mędrca, kapłana Delidii lub kogoś kto za kapłana się podawał, a rzeczywiście mógł być wyznawcą Oze Dakhe. Sam nie wiem co o tym myśleć.

  • Czy powiedziała ci, kiedy się z tym spotkała? – dopytywał Igo.

  • Powiedziała mi tylko, że bardzo dawno u pewnego kaznodziei – odparłem – Drugą ważną sprawą jest to, że kiedy już bezpośrednio zapytałem o moje znamię, przyznała się, że wie co to jest, i że dawno temu wiedźmy z Nahnagarru były powiązane z bractwem Atolla.

  • Co w tym zaskakującego? - zapytał Igo.

  • No dla mnie to było zaskakujące. Ty też zajmujesz się magią i historią, a o samym zakonie Atolla dowiedziałeś się dopiero od Vernira. Dla mnie to jest zaskakujące, dla ciebie nie musi.

  • Czyli ona ten znak łączy z zakonem Atolla? - zapytał Igo.

  • Nie, znak łączy z wiedźmami, lecz twierdziła, że kiedy na tych ziemiach istniał zakon Atolla, ściśle współpracowali z wiedźmami z Nahnagarru. Kolejna rzecz, to moje znamię. Była bardzo zdziwiona, że posiadam to jako mężczyzna i zasugerowała tylko, bo pewności absolutnie nie ma, że może to duch zmarłej wiedźmy próbuje się ze mną skontaktować i przekazać mi coś ważnego, lecz to tylko teoria. Zasugerowała mi, co zresztą średnio mi się podoba, abym udał się do Dorrn. Mówiła, że władza kościoła nie jest tam tak mocna, gdyż miasto leży na uboczu Karabaku, a samo Dorrn uznaje się za kolebkę bractwa wiedźm. Ponoć w Dorrn w miarę spokojne można skontaktować się z lożą czarodziejek i one mogą mieć szerszą wiedzę na ten temat.

  • Jest jeszcze jedna sprawa – zaczął Kejn – Kiedy śledziłem Gordona, miałem wrażenie, że ktoś mnie śledzi. Kiedy tylko się zorientowałem, ten ktoś albo odpuścił albo ukrył się na tyle dobrze, że nie mogłem się zorientować kto to był. Nie wiem co tu się dzieje, ale musimy być ostrożni.

  • Wydaje mi się, że jeśli Kejn był śledzony, musimy sobie odpuścić – powiedziałem – Nie wiemy kto to był i nie możemy wykonać żadnych podejrzanych ruchów, zwłaszcza przeciwko byłemu kapłanowi.

  • Akurat jego chętnie bym ubił – powiedział Igo.

  • Ja też – powiedział elf – Pamiętam doskonale mój pierwszy dzień w klasztorze.

  • Każdy z nas by go ubił – powiedziałem – Lecz na razie trzeba zachować ostrożność. Czekaliśmy tyle, to i jeszcze trochę poczekamy. Wydaje mi się, że doszliśmy już tak daleko, że taki pionek jak Gordon nie może wpływać na to co tu robimy. Jedyne co możemy zrobić, to mimochodem zapytać ludzi w Norze kto tam rezyduje w Stromym Dachu. Zauważcie, że Carmillę widzieliśmy niesioną w lektyce z honorami w dzielnicy świątynnej, a on stał się zwykłym oprychem. Może po wydarzeniach z klasztoru został z niego usunięty? Mimo że chcę go dopaść tak jak wy, na razie bym odpuścił. Pamiętaj Igo, zemsta najlepiej smakuje na chłodno.

  • Ja też nie traciłem czasu i dowiedziałem się co nieco w świątyni – powiedział Dalinar – Poznałem tam historię Oramuny. Okazuje się, że miałem dobre przeczucie, aby ją spalić. Najprawdopodobniej byli to wyznawcy kultu cienia. Mówi się, że kiedyś ci ludzie zabili wszystkie swoje dzieci, ku czci cienia zwanego Władcą Ośmiu. Drugą sprawą jest fakt ukazania mi się Adama. To musiało być coś bardzo ważnego, ponieważ to nie jest proste, aby dusza, nawet jeśli bardzo chce coś przekazać, objawiła się w świecie żywych. Dalej nie rozumiem tego przekazu, lecz może potrzeba na to więcej czasu.