Widzisz mistrzu, przy okazji poznawania właściwości miecza znów wypłynął temat istot odpornych na moje ataki. Postanowiłem poświęcić temu moje kolejne medytacje, lecz aby to zrobić, chciałem być w równowadze. Ponownie zacząłem myśleć w tesijskim.
***Śpiąca bogini śni sen
Klasztor trudzi się
Mą drogą życia Ki jest.***
Muszę przyznać, iż miałeś rację. Od pewnego czasu zapadam w medytację bardziej wyciszony, a jedność z Ki jest wyraźniejsza. Mam wrażenie, że odpowiedzi są coraz bliższe. Znowu twe rady okazały się bezcenne. Z radością w sercu opowiem ci co było dalej...
Rano, ze świeżymi umysłami, postanowiliśmy się zastanowić, jak ugryźć temat wyprawy do osady trolli. Naszą myśl zaprzątały głównie dwie rzeczy: potencjalna walka z trollami oraz jak ugryźć Zagadkę Menhirów. Dalinar opowiedział, że kiedy szukał nowej włóczni, jeden z kowali opowiedział mu o syderycie. Jest to metal, który ma specjalne właściwości, które to blokują regenerację ran. Z tego co mówił kapłan, kowal ten za przykład podał właśnie trolle. Dalinar miał zamiar zamówić nową broń, więc w zaistniałej sytuacji postanowił zamówić grot włóczni właśnie z syderytu. Dla mnie zatem po raz kolejny zbliżały się potencjalnie kłopotliwe walki, lecz tym razem o tym wiedziałem i postanowiłem się przygotować. Obmyśliłem sobie, że zamówię u kaletnika rękawice i buty z syderytowymi kolcami. Nie wiedziałem, jak będzie mi się tym walczyć, ani czy będzie to efektywne, lecz nie przychodziło mi nic lepszego do głowy. Miałem przynajmniej świadomość, że robię co w mojej mocy, aby wspomóc drużynę. Przy śniadaniu kapłan wyglądał jakby o czymś intensywnie myślał. W końcu powiedział:
Zastanawiam się nad zmianą taktyki walki. Może dobrze by było, abym trzymał się z tyłu. Wtedy mógłbym użyczać wam mocy Vergena w trakcie potyczek.
A kto w takim razie będzie w przedniej linii? – zainteresował się Igo.
No Kejn i Tsume – odparł kapłan.
No ale to ty masz najcięższą zbroję – odparł mag.
Zgadza się, lecz gdybym trzymał się z tyłu, mógłbym sprawić, aby byli sprawniejsi w boju, aby ich ciosy były silniejsze. Mógłbym nawet na bieżąco leczyć ich rany.
Brzmi to ciekawie - odparłem – lecz pozostaje pewien problem. Ja nie noszę pancerza.
Z mocą Vergena jestem wstanie obdarować cię błogosławieństwem korowej skóry – tłumaczył Dalinar.
Wiedziałem o czym mówi, nie raz po walce widzieliśmy, że jego skóra przypomina twardą korę.
Ja wolałbym mimo wszystko, póki sytuacja na to pozwala, walczyć z dystansu – powiedział Kejn – Ciosy, które na tobie nie robią wielkiego wrażenia, mnie mogą zabić.
Mimo wszystko Kejnie, uważam to za ciekawą alternatywę – powiedziałem – I nawet coś przeszło mi przez myśl, wszak mamy nawet w Bakaraku arenę. Trzeba by się dowiedzieć, czy nie organizują walk drużynowych i tam można by przetestować nową taktykę. Bo twoja propozycja Dalinarze bardzo mnie zaciekawiła, lecz nie wyobrażam sobie testowania jej z trollami.
No tu jest pewien problem – odparł kapłan – Nie mogę się ze swoimi mocami afiszować publicznie z wiadomych przyczyn. Choć myślę, że nie wszystko stracone. Mogę starać się wspomagać was dyskretnie. Myślę, że warto będzie wrócić do tego tematu.
Moim zdaniem następny krok w naszych przygotowaniach powinien tyczyć się Zagadek Menhirów – oznajmiłem – Ty Igo mógłbyś zasięgnąć języka u pani Jahiry, a ty Dalinarze udać się do swej świątyni. Nie podoba mi się to, że cała misja może być zależna od czegoś o czym nie mamy pojęcia. Dodatkowo nasza wiedza o trollach też jest bardzo pobieżna. Wiemy tylko to co większość ludzi, która kiedykolwiek słyszała o tych istotach. Wiemy, że się regenerują, ale nie wiemy już jak szybko, czy są to minuty, czy dni. Każdy słyszał o tym, że jak straci rękę to odrośnie. Ale ile w tym prawdy, tego już nie wiemy. Myślę, że zdobycie takiej wiedzy, to powinien być kolejny krok. Więc można poruszyć ten temat od razu przy poszukiwaniach informacji o Zagadkach Menhirów. Nubrimus na temat zagadek wypowiadał się tak nieprecyzyjnie, że może nas to po prostu przerosnąć.
Bracia uznali to za dobry pomysł.
Zastanawia mnie jedno – rzucił Igo – Jak jakieś liczby mają nam wskazać miejsce?
Ja to zrozumiałem tak - powiedziałem – Zakładając, że liczby z tabliczki von Trakk to faktycznie Zagadka Menhirów. Są powiedzmy trzy różne grobowce, kolejne liczby to wymiary ścian. 8 razy 3 razy 6 przez 2. Mierzymy te trzy mauzolea i jeśli wymiary któregoś to powiedzmy długość 8 metrów, głębokość 6, a wysokość 3, to jest to ten odpowiedni. I na przykład skarb zakopany jest 2 metry od wejścia. Oczywiście nie mówię, że rozwiązałem tą zagadkę, tylko staram się ci odpowiedzieć Igo jak ja to rozumiem.
Może to mieć sens – odparł Igo – Udam się do Jahiry, może uda mi się dowiedzieć czegoś więcej.
Ano czas ruszyć tyłek – powiedział Dalinar – Też ruszę swoje kontakty.
Bracia skończyli posiłek i wyszli na miasto.
Igo od czarodziejki wrócił z dwoma tomami ksiąg i od razu zaczął je studiować. Dalinar natomiast dowiedział się tylko tego, że trolle z Przeciętego Pasma to ich odłam zwący się Dahijczykami. Istoty te czczą swojego boga zwącego się Oze-Dakhe. Potwierdziły to później księgi przyniesione przez Igo. Popijając wino, czekaliśmy na to czego z ksiąg dowiedział się czarodziej.
Jedna z książek napisana była przez historyka z miasta Zaragh i znajdowało się w niej kilka wzmianek o Zagadkach Menhirów. Według owego historyka, jeszcze długo przed Zaćmieniem, istniały zakony rycerskie wywodzące się z nieistniejącego już państwa, zwanego Dalgotią. Włodarzami tego kraju byli rycerze tytułujący się komturami. Każdy komtur był głową jednego z Zakonów Krwi. Legendy mówią, że właśnie zakonnicy ci przywieźli wiedzę o Zagadkach Menhirów z dalekiego południa. Naukowcy nie są zgodni co do tego, gdzie mogli na tą wiedzę natrafić, ale wielu uważa, że przywieźli ją z Tesji. Zakony słynęły z tego, że na terenach pod swoją kontrolą, wprowadzały surowe, ale sprawiedliwe i jednolite prawo. Historyk spekuluje, że zagadki w obrębie danego zakonu, miały wskazywać miejsca, gdzie zakony ukrywały swoje bogactwa oraz relikwie. Zdarzało się, że podczas wojen, zamki były plądrowane, a zagadki te miały pomóc członkom zakonu odnaleźć cenne przedmioty w przyszłości. W związku z tym menhiry miały wskazywać drogę to tak zwanego serca warowni. Było to dobrze ukryte sanktuarium, w którym przechowywane były najważniejsze relikwie i najwspanialsze kosztowności. Wiadomości zapisane na kamieniach lub na kartach były w formie zagadek, a dla wtajemniczonych osób były swoistą mapą. Zakony Krwi były zakonami kościelnymi, a ich członkowie wyznawali starych bogów. Wraz z ekspansją, przenosili swoje relikwie i umieszczali je w nowym sercu. Zakonnicy wierzyli, że relikwie zapewniają im ochronę bogów.
Według historyka zagadki opierały się głównie na elementach matematyki i geometrii. Znaleźliśmy nawet jeden przykład ukazujący taką zagadkę. W książce przedstawiony był pewien rysunek, gdzie narysowany był trójkąt, a obok każdego z boków zapisana była liczba, która określała długość w stopach dalgotańskich. Wymiary te odpowiadały wymiarom pomieszczenia, czyli szerokości, długości oraz wysokości. W środku trójkąta znajdowała się spirala, wzdłuż której narysowane były tajemnicze znaki. Spirala ta wskazywała miejsce ukrycia tajemnego przejścia.
Następna wzmianka dotyczyła Mar-Margot. Historyk twierdził, że około osiemdziesiąt lat wcześniej, kilka rodów szlacheckich zawarło tajemne porozumienie, którego celem było badanie wiedzy dotyczącej Tajemnicy Menhirów i ich rozwikłanie. Wierzono bowiem, że Zakony Krwi przed swym upadkiem pozostawiły wiele bogactw i wiedzy, do których menhiry mogłaby doprowadzić. Naukowiec nie wspomina niestety nic o samych rodach oraz czy udało im się osiągnąć zamierzony cel.
Druga książka opisywała odłam trolli zwanych Dahijczykami. We wstępie autor pisze, iż ogólnie trolle uważane są za istoty bezrozumne, niemal zwierzęta. Osoba pisząca książkę nie zgadza się z tym stwierdzeniem. Według niego kiedyś trolle były piękną rasą, ale za grzechy przeciwko bogom, zostali pokarani brzydotą, wiecznym bólem i cierpieniem. Według niego trolle nienawidzą ras wyższych, ponieważ widzą w nich dawnych siebie. Przypomina im to coś, co bezpowrotnie utracili. Uważa się, że przez wieki trolle podzieliły się na wiele ras, w tym rasy zwane szlachetnymi. Do takiej właśnie rasy autor zalicza Dahijczyków. Są to inteligentne istoty, które tworzą normalnie funkcjonujące społeczności. Dahijczycy, przed zaćmieniem zamieszkiwali tereny daleko na północy. Tworzyli dobrze funkcjonujące społeczeństwo, które specjalizowało się w obróbce kamienia. Potrafili tworzyć wspaniałe budowle, na przykład monumentalne iglice w nieprzystępnych górach północy. Wiedzę tą ponoć podarował im ich bóg, zwany Oze Dakhe, któremu oddają cześć. Ten w zamian za dopełnianie pewnych krwawych i brutalnych rytuałów na jego cześć, obdarowuje ich ogromną siłą i pewnymi mocami. Autor domniemywa, że to właśnie Oze Dakhe skłonił trolle do grzechu, który to sprowadził na nich klątwę brzydoty. Trolle nazywają go Martwym Bogiem. Jedna z legend mówi, że tak zwany Praojciec, Podróżnik, zabił Oze Dakhe, a po tym wydarzeniu ich państwo rozpadło się. Tylko wąskie grono trolli nadal wyznawało to bóstwo i z czasem przywróciło wiarę w niego. Wydarzenia te miały miejsce tysiąc lub więcej lat przed Zaćmieniem. Była to jedna z hipotez wysnuwanych przez autora. Druga natomiast była taka, iż to Zakony Krwi podczas swej ekspansji na północ wytrzebiły trolle. Dowiedzieliśmy się także, że miejsce zwane Zhedizzah było stolicą ich społeczeństwa, a magią obróbki kamienia obdarował ich sam Oze Dakhe. Ponoć dzięki temu trolle zaadoptowały zagadki menhirów na swoje potrzeby. Z niewiadomych przyczyn autor domniemywa także, iż mogła ich dotknąć jakaś zaraza, przez co trolle opuściły swoją stolicę, wyemigrowały na południe i osiadły w górach Pękniętego Pasma.
Dahijczycy opisani są jako wysokie istoty, sięgające trzech metrów. Posiadają szaroniebieskawą skórę, chodzą zgarbione, a ich nogi i ręce są chude, wręcz patykowate. Autor ostrzega, że wiele osób ten wygląd zgubił, gdyż tylko pozornie ich kończyny są słabe. Wedle niego Dahijczycy posiadają niewyobrażalną siłę, która bierze się ponoć z wiary w Oze Dakhe, który przemawiał do nich ze świętego jeziora, które znajdowało się w Zhedizzah. Trolle te zawsze tworzą swe społeczności wokół jakiegoś zbiornika wody, czy to jeziora lub rzeki. Wierzą, że to właśnie stamtąd przemawia ich bóg. Najważniejszym obrządkiem trolli jest Rytuał Obmycia i to ponoć z niego czerpią swą nadnaturalną moc. Autor nadmienia, że trolle w zamierzchłych czasach, kiedy zamieszkiwały północ, prowadziły handel z plemionami ludzkimi. Największą słabością trolli jest ogień, pałają do niego nienawiścią i strachem, lecz przyparci do muru są wstanie przełamać ten strach. Trolle tolerowały tylko tych ludzi, którzy byli im potrzebni, a resztę uważali za zwierzynę łowną, którą wykorzystywali jako pożywienie i niewolników lub do krwawych rytuałów ku czci Oze Dakhe. W dalszej części autor nadmienia, że rany zadane zwykłą bronią praktycznie nie robią na trollach zbytniego wrażenia, gdyż posiadają tak silną moc regeneracji tkanek, że są w stanie uleczyć się podczas trwania walki.
Kiedy Igo skończył opowiadać, zwróciłem uwagę na jedną rzecz.
-W pierwszej książce podaje się Tesję jako kolebkę Zagadek Menhirów. Porozmawiałbym z Sato, może jest w stanie wskazać mi kogoś ze społeczności tesijskiej, który mógłby udzielić mi jakichś odpowiedzi.
Pomyślałem, że sam spróbuję sił w Małej Tesji, jednej z dzielnic Mar-Margot, a jeśli mi się nie uda, udam się do Sato. Zanim jednak wybrałem się na drugi brzeg rzeki, gdzie zamieszkiwała tesijska społeczność, udałem się do kaletnika, aby zrealizować swój plan dotyczący walki z trollami. Kiedy opowiedziałem o co chodzi, rzemieślnik zmierzył mnie krytycznym wzrokiem i z powątpiewaniem zapytał, czy mam pieniądze. Zapytałem o jakich kwotach mówimy, a ów odparł, że koszt takiego zamówienia to siedem złotych ambardów. Patrzył na mnie licząc, że zrezygnuję. Zatarłem ręce, powiedziałem, że cena jest akceptowalna i rzuciłem w jego stronę złotą monetę w ramach zaliczki. Kaletnik zdziwił się bardzo, lecz oznajmił, abym przyszedł po zamówienie za dziesięć dni, jako że syderyt jest trudno dostępny.
Następnie udałem się do Małej Tesji. Jakże byłem zadowolony, że ostatnimi czasy pracowałem nad językiem, gdyż z łatwością zagadywałem mieszkańców po tesijsku. Już przy pierwszym kramie, przy którym zapytałem o jakiegoś mędrca tej społeczności, dostałem odpowiedź, że jest ktoś taki. Sprzedawca z chęcią wskazał mi drogę, odrzucając opory, kiedy usłyszał mój płynny tesijski.
- Owszem, mamy tu kogoś takiego, to niejaki Idżi Dan, potomek legendarnego mędrca z północy, Idżi Khana, skąd przybyła tu cała nasza społeczność. Jego dom mieści się koło zajazdu Trzech Smoków.
Podziękowałem z głębokim ukłonem i udałem się we wskazane miejsce. Dom Idżi Dana wyróżniał się na tle innych, które zazwyczaj były skromne, a nawet zaniedbane. Był to bogato zdobiony budynek, a jego tradycyjnych przesuwanych drzwi strzegło dwóch strażników w tesijskich zbrojach. Ponownie przywitałem się w głębokim ukłonie i oznajmiłem, iż przybyłem po radę do mędrca. Strażników wyraźnie zaskoczyła moja biegłość w ich języku. Zdziwieni, popatrzyli po sobie i kazali zaczekać. Po chwili jeden z nich zaprosił mnie do środka. Szanując ich zwyczaje, przed wejściem do domu ściągnąłem buty. Moim oczom ukazała się duża sala, wypełniona symboliką rodem z Tesji. Na środku pokoju, na dużym krześle, siedział starszy mężczyzna. Jego twarz przyozdabiała długa, cienka broda, sięgająca aż do pasa. Rozpuszczone włosy opadały mu na ramiona. Obok na ziemi, na modłę tesijską, po jednej jego stronie siedziały trzy kobiety, a po drugiej trzech mężczyzn. Podszedłem do niego i ukłoniłem się wykonując przy okazji rozpoznawczy znak mojego zakonu. Mężczyzna oddał ukłon.
Witaj wojowniku, mimo że nie jestem członkiem twego zakonu, wiem kim jesteś. I wiedz, że nie jesteś tutaj wrogiem. Z czym przychodzisz?
Rozumiem, że mogę mówić swobodnie przy tu obecnych? - zadałem pytanie.
Tak, to moje córki i synowie. Potomkowie legendarnego Idżi Khana.
Bardzo miło mi powitać i cieszę się, że przez przypadek, a może przez wolę Ki spotkałem w tym mieście bratnią duszę. Jestem tutaj, bo poszukuję wiedzy, która prawdopodobnie dawno temu przybyła w te rejony z Tesji. Chodzi mi o Zagadki Menhirów. Czy wiesz być może coś na ten temat?
Zagadki Menhirów mówisz... To stara wiedza. Bardzo stara – powiedział Idżi Dan – Mało mi na ten temat wiadomo, ale jesteś już drugą osobą, która pyta o ten temat. Trzydzieści lat temu przybył do mnie pewien rycerz z tego miasta.
Czy był to może von Trakk? – przerwałem mu.
Tak, ktoś z rodziny von Trakk’ów pytał o tę wiedzę – potwierdził moje przypuszczenia co do natury złotej tabliczki z grobowca mędrzec – Ale niestety nie za bardzo mogłem mu pomóc. Wiem, że zagadki te pochodzą z kolebki i dziedzictwa świata Tesji. Lecz nie było mi dane studiować tej wiedzy. Poza podstawowymi informacjami, które zapewne już znasz, iż opiera się na matematyce i geometrii.
Mam takie pytanie – powiedziałem zawiedziony – Być może orientujesz się, czy w tym mieście istnieje lub istniało tajemne zgrupowanie rodów szlacheckich, które badało te tajemnice? Z tym że ponoć takie zgrupowanie zawiązało się około osiemdziesięciu lat temu.
Słyszałem, że rycerz von Trakk był przedstawicielem tego stowarzyszenia – oznajmił Tesijczyk – Jednakże nie znam żadnych szczegółów. Vando von Trakk. Teraz sobie przypomniałem. Tak zwał się człowiek, który pytał.
A nie powiedział ci do czego mu ta wiedza? - zapytałem.
Nie, był bardzo tajemniczy.
No cóż, myślę, że to tyle, niech Ki was prowadzi. Dziękuję, iż poświeciłeś mi swój czas.
Niech Ki cię prowadzi – odparł Idżi Dan.
Mam nadzieję, iż będę mógł cię ponownie odwiedzić, gdy będę poszukiwał wiedzy. Powiedz mi proszę, czy w tym mieście jest jeszcze ktoś, może jakiś historyk, który potajemnie gromadzi wiedzę na różne tematy dotyczące czasów zapomnianych? Wszak wiem, że kościół nieprzychylnie patrzy na takie praktyki.
Idżi Dan jest tą osobą, której szukasz – odparł – Lecz być może za wiedzę trzeba będzie zapłacić.
Oczywiście, czy zatem mógłbyś zasięgnąć swych źródeł, aby dowiedzieć się czegoś więcej o rodach, które brały udział w tym zgromadzeniu? Dotychczas ta wiedza mogła cię zbytnio nie interesować.
Niestety nie będę mógł ci w tym temacie pomóc, wtedy nie wiedziałem, a i teraz się nie dowiem – powiedział – Ta wiedza została wymazana.
Podziękowałem z zachowaniem najwyższych oznak szacunku i udałem się do Nory – nasze miejsce w gospodzie u Camaralczyków od jakiegoś czasu zyskało dla mnie taką nazwę. Opowiedziałem braciom o tym czego się dowiedziałem i uznaliśmy wszyscy, że liczby na tabliczce z grobowca von Trakk mogą być Zagadką Menhirów. Rodziło się tylko pytanie, dlaczego Vando został z nią pochowany. Dalinar wysnuł teorię, że skoro Vando von Trakk należał do tajnego zgromadzenia, być może w jakimś celu pozostali umieścili to w jego grobie. Zgodnie uznaliśmy, że ponownie należy odwiedzić rodzinną kryptę von Trakków.
W trakcie rozważań Kejn zadał pytanie.
Tylko jaką miarę reprezentują te liczby? Metry, stopy, łokcie?
To jest nieważne, bo proporcje są zachowane zawsze – odparł Dalinar – Można zmierzyć to w metrach i jeśli proporcje będą się zgadzać, to będzie to właściwe miejsce.
Czyli rozumiem, że jeśli zmierzymy budynek, nawet krokami, to jeśli będzie zachowana proporcja, to powinno być to – powiedział Kejn.
Dokładnie tak – odparł kapłan.
Na początek zrobimy sobie metrową miarę i poszukamy krypty, której rozmiary by się zgadzały – powiedział Igo – Tylko czy tego nie trzeba mierzyć w środku?
Tego nie wiemy, trzeba będzie troszkę poszukać – powiedziałem.
Powinniśmy zacząć od grobowca von Trakków – powiedział Dalinar – Odmierzmy sobie metr sznurka i go zmierzymy.
Zaraz potem udaliśmy się na cmentarz i bez problemów trafiliśmy pod grobowiec rodu von Trakk. Zmierzyliśmy ścianę frontową, która miała niecałe dziewięć metrów, krótszy bok niecałe siedem, a wysokość budynku około trzy i pół metra.

Właściwie wszystko się zgadza – powiedział Dalinar – Ściany mają zapewne koło czterdziestu centymetrów, no i grubość dachu. W środku zapewne ma dokładnie takie rozmiary jak na tabliczce.
Tylko co oznacza ta dwójka? – zapytał Igo
Może drugi sarkofag – odparł Kejn.
Ale ta tabliczka była w drugim, środkowym sarkofagu – zauważył kapłan – Zatem może trzeba go przesunąć i zobaczyć co jest pod nim.
Równie dobrze może to być coś dwa metry od wejścia – powiedziałem.
Trzeba wejść do środka i zobaczyć – powiedział Dalinar.
Zdecydowaliśmy się, że tej nocy ponownie odwiedzimy grobowiec. Padła sugestia, że być może trzeba będzie wyciągnąć zwłoki Vando i tu nasuwało się pytanie czy Czerniak aby przypadkiem nie jest zaraźliwy. Ja twierdziłem, że raczej nie, skoro dożył końca swoich dni w swym domu. A służący, który się nim zajmował, żył do teraz i opowiedział nam jego historię. Bracia przychylali się do tej teorii, lecz Dalinar, aby się upewnić, miał zasięgnąć języka w swojej świątyni, gdzie kapłan od razu się udał. My udaliśmy się do Nory.
Kilka godzin później Dalinar dołączył do nas w pokoju. Dowiedział się, że Czerniak jest zwany inaczej Przekleństwem Zza Grobu, a roznoszą go nieumarli zamieszkujący ziemie skażone Plagą. Kapłani powiedzieli mu, że według ich wiedzy, choroba ta nie roznosi się przez kontakt z osobą, którą została dotknięta Czerniakiem. Lecz nie jest to zbyt dobrze zbadane, jako że Czerniak nie występuje zbyt często. Pokrzepieni tymi informacjami, z podnieceniem czekaliśmy na zapadnięcie zmroku. Tej nocy dziwki mogły odpocząć.
Znając doskonale tereny koło cmentarza podjechaliśmy na miejsce, gdzie już wcześniej zostawialiśmy konie. I pod osłoną nocy weszliśmy na teren cmentarza. Pamiętając zwyczaje strażników cmentarza, szybko dotarliśmy pod grobowiec. Weszliśmy do środka i tak jak ostatnio zasłoniliśmy okna, a potem zapaliliśmy latarnię. Zgodnie z naszymi przypuszczeniami, grobowiec w środku miał dokładnie takie rozmiary jak na tabliczce. Jedyną niewiadomą pozostawała dwójka.
- Proponuję zbadać podłogę dwa metry od wejścia.
Igo odmierzył dwa metry i z zapałem zaczęliśmy przyglądać się podłodze. Zabrałem się za opukiwanie podłogi łomem w równych odstępach, licząc, iż głuchy dźwięk odkryje jakąś podziemną komorę. Niestety dźwięk wszędzie był tak samo głuchy. Kejn bacznie rozglądał się po grobowcu.
- Mam inną teorię – odezwał się Igo – Być może na tabliczce faktycznie jest znak dzielenia i sześć dzielone na dwa da nam trzeci metr. Czyli należy szukać dokładnie w połowie drogi od wejścia do sarkofagu.
Obszukaliśmy na trzecim metrze obie ściany szukając czegoś specyficznego. Po raz kolejny nic ciekawego. Igo nie poddawał się, podzielił na pół dłuższą i krótszą ścianę i zaczęliśmy opukiwać wskazany przez przecięcie dwóch linii punkt, który znajdował się tuż przed sarkofagiem Vando. Po raz kolejny nic. Kejn w tym czasie ponownie badał grobowce. Lekko rozczarowani, ale nadal nie zniechęceni, postanowiliśmy przesunąć grobowiec Vando z nadzieją, że coś na co wskazuje zagadka, jest pod nim. Próbowaliśmy go ruszyć, a ten ani drgnął. Aby zmniejszyć jego wagę, ściągnęliśmy z niego płytę. Z dużym wysiłkiem udało nam się przesunąć sarkofag raptem o kilka centymetrów. Odsłonięta podłoga wyglądała zwyczajnie. Nie dając za wygraną zaparliśmy się wszyscy po jednej stronie i pchaliśmy tak długo, aż róg grobowca dotknął kolejnego sarkofagu. Z nadzieją stuknąłem w podłogę, taki sam głuchy dźwięk. Zaparliśmy się ponownie i pchaliśmy przeciwległy róg. Cała podłoga pod sarkofagiem została odsłonięta. I znowu nic. Entuzjazm powoli nas opuszczał.
- Ruszmy te cholerne ciało – zaproponował Kejn.
Chwyciliśmy w czterech za zbroję i przenieśliśmy ciało na sąsiedni sarkofag. Głowa z hełmem została w środku. Odsunęliśmy postrzępiony materiał, na którym złożony został rycerz. Kejn zbadał dno sarkofagu i ponownie nie znalazł nic. Zrezygnowani, zbadaliśmy pozostałe groby, jednak oględziny nic nie wykazały.
- Nie mam już pomysłów – powiedział Kejn.
Wsadziliśmy, ciało Vando z powrotem do sarkofagu, przesunęliśmy go na swoje miejsce i przykryliśmy płytą. Zrezygnowani, zaczęliśmy przeglądać ściany. W pewnym momencie zawołał nas podniecony Kejn:
- Mam coś!
Podeszliśmy, a elf wskazywał na coś palcem. Trzeba się było dobrze przyjrzeć, aby dostrzec malutkiego, wyżłobionego w kamiennej płycie gryfa. Zmierzyłem jak wysoko od podłogi znajduje się rycina. Dokładnie półtorej metra. Nikt z nas nie wpadł na to, że może chodzić o połowę wysokości pomieszczenia. Dodatkowo znajdował się dokładnie w połowie długości dłuższej ściany. Kilka razy stuknąłem w płytę końcem łomu i w końcu do naszych uszu dobiegł upragniony dudniący dźwięk. Kejn wyciągnął sztylet i zaczął wydłubywać okalającą płytę fugę. Po pewnym czasie płyta delikatnie poruszyła się. Podważyliśmy ją łomem i ostrożnie usunęliśmy. Naszym oczom ukazała się niewielka wnęka, a w środku znajdowała się niewielka drewniana szkatułka.
Sprawdź czy nie ma tam jakiejś magii – powiedział do Igo Dalinar.
Nie wyczuwam tu magii – odparł mag.
Ostrożnie wyciągnąłem skrzyneczkę i położyłem na jednym z sarkofagow. Prócz szkatułki we wnęce nie było nic więcej.
- Poczekajcie, zobaczę czy nie jest jakoś zabezpieczona – powiedział Kejn.
Igo świecił mu latarnią, a elf ze skupieniem oglądał skrzyneczkę i po chwili rzekł:
- Wydaje mi się, że to zwykłe pudełko.
Elf podważył sztyletem wieko i otworzył skrzyneczkę. W środku znajdował się zwinięty pergamin.
Ostrożnie, aby nie zniszczyć zwoju, wyciągnąłem go, rozwinąłem powoli i zacząłem czytać.
Ty, który znajdujesz mą ostatnią wolę, wiedz żeś jest godny by jej wysłuchać!
Jam jest hrabia Vando von Trakk, ostatni z mego rodu.
Rodzina moja wsławiła się wieloma szlachetnymi czynami. Walczyliśmy u Wrót Traggaru, biliśmy się z Wężami pod Koss-Konkor, a nawet mierzyliśmy się z ostatnimi z Legatów Burz na północy Beredunu. Ale prawdopodobnie nic nie dorówna temu co zastałem na Wschodzie, w krainie Króla Kości.
Jest to miejsce wiecznie zimne i nieludzkie, pełne ruin, pyłu i łez. Na granicy ścierają się dwa światy, gdzie człowieczeństwo dawno przestało mieć znaczenie, a dominuje jedynie chęć przeżycia za wszelką cenę.
Widział żem tam rzeczy, których śmiertelnik nie powinien doświadczyć. Widziałem bestialstwo i okrucieństwo Plagi, ale uderzyło mnie też barbarzyństwo tamtejszych mieszkańców, żyjących w symbiozie z orkami z Czerwonych Klanów i ich sługusów, ogrów.
W takich oto warunkach, wraz z mym dzielnym wojskiem, poprowadziłem tam dwie długie kampanie wojenne. Pierwsza, gdzie odbiliśmy całą Zachodnią Dolinę, była zaskakującym sukcesem w oczach dowództwa Ambardu. Po tym sukcesie odbudowaliśmy stuletnie fortyfikacje, zasieki i ponownie okopaliśmy się na tym terenie.
Ale sukces nie trwał długo. Ten przeklęty Rankor żądał coraz więcej i więcej, aż w końcu nie było wyjścia i trzeba było ruszyć dalej.
Podczas drugiej wyprawy, już jako Generał Ambardu, z siłami pięciokrotnie większymi niż pięć lat wcześniej, przyszło mierzyć mi się z armiami Raziela, Komendanta Lodowego Fortu.
To co tam ujrzałem, to mrowie, ten ogromny, połączony ze sobą nadorganizm, wstrząsa mną do dzisiaj. Gdy byliśmy u szczytu potęgi, a ostatni bastion wroga padł, zrozumiałem, że wpadłem w pułapkę. Nie wiem tylko czy pułapkę Kościoła, czy Króla. Chyba nigdy już nie będzie mi dane tego poznać. Bo cóż znaczy zwycięstwo okupione taką ceną?
Mój wierny druh, czarownik Kalimar, odkrył to, gdy było już za późno. W mroku tej krainy stał ukryty Obelisk Pustki, jeden z trzech stworzonych przez starożytną potęgę, która przeszła przez te ziemie. Wiedzieliśmy, że nikt z nas nie wyjdzie już z tego żywy. Co najgorsze, dusza żadnego z nas, nie spocznie po śmierci, nie zostanie wpuszczona do Krainy Umarłych, ale będzie się błąkać po bezkresach Pustki.
Razem z Kalimarem i mą najbliższą drużyną zrobiliśmy to co należało zrobić. Gdy Obelisk został zniszczony, każdy z nas wziął jego kawałek ze sobą, aby chociaż móc wrócić do domu i ostatni raz zobaczyć rodzinę. Jak pewnie wiesz, miejsce to zwane jest obecnie Krajem Lodowej Pustki i nikt z tamtej wyprawy nie wrócił żywy. Oprócz tych, którzy zabrali odłamki Kamienia. Życia starczyło na kilka lat, a potem, jeden po drugim, umieraliśmy. Choroba ta nazywana jest Czerniakiem Króla Kości i powoduje stopniową degenerację tkanki kostnej, a w końcu powolną i bolesną śmierć.
Przez te ostatnie lata szukaliśmy wiedzy i poznaliśmy z Kalimarem wiele tajemnic, których zazdrośnie strzeże Kościół. Jedną z nich była wiedza, że, mimo że choroby nie można cofnąć, to po jej zakończeniu można uleczyć duszę nieszczęśnika, tak aby znalazła ukojenie. Jak się zapewne domyślasz, czytelniku, o tym traktuje mój testament.
W Górach Karabaku, na Złotych Zboczach, istnieje tajemne miejsce. Jego historia jest następująca. W czasach starożytnych, Północny Karabak żył w ciągłym zagrożeniu – tak jak teraz na dalekim wschodzie, tak wtedy na granicznej północy, istniała kraina, tylko nieporównywalnie mniejsza, zamieszkana przez nieumarłych. Kościół wiele lat później wytępił ich co do jednego, ale w czasie, o którym mówię, krainą tą władał demoniczny Lord Keth. A Karabak niestety był blisko. Tajemne miejsce, o którym wspomniałem, to najdalej wysunięte na południe sanktuarium owego potwora. Miejsce, gdzie nieumarli magowie, posiadający własny umysł i wolę, oddawali cześć Pustce, która ich uformowała.
W sanktuarium znajdziecie Ołtarz Pustki – tego dotyczy moja prośba. Kalimar odkrył, że wrzucając tam czaszkę nieszczęśnika pokonanego przez Czerniaka Króla Kości, odkupiasz winę owej osoby, która zostaje wyrzucona z wiecznego spaceru po tej krainie i może udać się w ramiona swego boga, stwórcy. Pytasz pewnie samego siebie dlaczego sam tam nie ruszyłem. Cóż, gdy to piszę, odchodzę już z tego świata. Pięć lat temu Czerniak zeżarł moje nogi. Później reszta ciała przestała funkcjonować. Gdyby nie odłamek Obelisku, który wbiłem w moją głowę i mój majątek, który się kończy, dawno bym leżał w tej krypcie.
Zrobisz co zechcesz, ale wiedz, że to moja ostatnia wola – jeśli wierzysz w starych bogów, to wiesz, że taka jest powinność. Jeśliś członkiem Kościoła Delidii, to i tak cię nie przekonam i zgubionym.
Dodam jeszcze kilka wskazówek, zanim mój sekretarz odłoży pióro i przygotuje grobowiec na ten dokument.
W Tamarand, górniczej osadzie na Złotych Wzgórzach, znajdziesz gospodę „Skrzynia Garnaka”. W jej piwnicy, nawiasem mówiąc właściciel pędzi najlepszy spirytus jaki miałem okazję pić, znajdziesz w ścianie czerwoną cegłę. Za nią jest skrytka, w której umieściłem mapę do sanktuarium oraz podstawowe wskazówki. Miejsce to zapewne jest pełne starożytnych skarbów i innych tajemnic – zrobisz z tym co zechcesz. Jeśliś spragniony wiedzy, to od razu po wykonaniu zadania, zawołaj me imię i zadaj pytanie – pomożesz tym samym mojej duszy znaleźć drogę z krainy Pustki, a ja, jeśli czas pozwoli, odpowiem na twoje pytanie.
Nie bądź głupcem i nie niszcz Kamienia Pustki albo dotknie cię Czerniak.
Nie przebywaj w sanktuarium dłużej niż czas od wschodu do zachodu słońca, gdyż zostaniesz zarażony i umrzesz w męczarniach. Po tym czasie musisz oddalić się na co najmniej trzy pełne dni.
Niech Richiter i inni Prawdziwi Bogowie mają Cię w swojej opiece.
Vando von Trakk
Po przeczytaniu tekstu pierwszy odezwał się Kejn:
On faktycznie myśli, że weźmiemy jego łeb i pójdziemy go gdzieś wrzucić.
No to macie swój skarb – skomentował Igo.
Na ten moment, choć to ciekawa sprawa – powiedziałem – Trzeba zdecydować co robimy z wyprawą na trolle.
Dokładnie tak – zgodził się Dalinar – Na ten moment mamy inne cele do wykonania, lecz nie ukrywam, że bardzo mnie to zainteresowało. A teraz wracajmy do Nory.
Kiedy opuszczaliśmy kryptę, było już dobrze po północy. Zmęczeni przesuwaniem sarkofagów, udaliśmy się w stronę Bakaraka. Dalsze rozmowy zostawiliśmy na kolejny dzień. W gospodzie zasnęliśmy momentalnie.
Przy śniadaniu Dalinar powiedział:
Moim zdaniem powinniśmy powiedzieć Camaralowi, że się zgadzamy, lecz potrzebujemy trochę czasu na przygotowania. Zbieramy informacje na temat Dahijczyków, Zagadek Menhirów oraz kompletujemy wyposażenie. Ja na broń będę czekał jeszcze około dziesięciu dni.
Ja też – powiedziałem – Mam nadzieję, że dadzą nam ten czas. Mam nadzieję, że to co zamówiłem w jakkolwiek pomoże. Nic innego nie wymyślę.
Zawsze mógłbyś się lepiej ubrać i czasem ogolić – ze śmiechem powiedział Igo.
Wystarczy, że się kąpię i nie śmierdzę – odparłem.
Czy twój zakon nakazuje ci, abyś wyglądał jak żebrak? - dopytywał mag.
Mój zakon ma w nosie jak wyglądam, a poza tym to moja przykrywka – wyjaśniłem.
Jak przykrywka? Nie rozumiem – powiedział Igo.
Jak wielu rzeczy bracie – odparłem.
Daliśmy znać karczmarzowi, aby powiadomił Torstena, iż jesteśmy gotowi na spotkanie. Przy obiedzie poinformował nas, że Torsten przyjdzie do nas wieczorem. Czekaliśmy z niecierpliwością.
Porucznik zjawił się zgodnie z zapowiedzią.
No i jak tam chłopaki? Przemyśleliście temat?
Tak, przemyśleliśmy temat – zaczął Dalinar – Mawet zaczęliśmy już przygotowania.
Dobra – przerwał mu Torsten – Chodźmy do waszego pokoju.
W pokoju kontynuowaliśmy rozmowę.
Jak powiedziałeś – kontynuował przerwaną myśl kapłan – Naszymi przeciwnikami są Dahijczycy. Dowiadywaliśmy się jakimi sposobami można z nimi walczyć. Niestety nie możemy wykluczyć, że do takiej walki dojdzie. Dowiedzieliśmy się, że Dahijczycy posiadają zdolności regeneracyjne znacznie silniejsze niż u innych trolli. Sprawiają to ich rytuały. Dlatego też zaczęliśmy się rozglądać za bronią, która uniemożliwi im regenerację.
Chyba wystarczy im mocniej przywalić – powiedział porucznik – I do ogniska.
Jest wielce prawdopodobne, że zwykłą bronią nie jesteśmy wstanie atakować ich na tyle szybko, aby się nie regenerowały – tłumaczył Dalinar - Dlatego potrzebujemy jeszcze około dziesięciu dni na to, aby broń, którą zamówiliśmy, została wykonana. Wtedy będziemy gotowi, aby wyruszyć w góry, aby odzyskać ten klejnot.
No chłopaki, zaskoczyliście mnie. Dotychczas nikt z naszych ludzi tak drobiazgowo nie przygotowywał się do zadania. Dlatego też wybraliśmy was – powiedział chyba usatysfakcjonowany Torsten – Dobrze, przekażę to szefowi. Dziesięć dni – porucznik chwilę się zastanowił – Myślę, że skoro ten temat trochę już czeka, to te dziesięć dni nic nie zmieni. Zgoda zatem. Macie ten czas. Spotkajmy się jutro, to naszkicuję wam mapę, chyba że macie swoją, to naniosę wam kilka ważnych dla tego zadania punktów.
Oczywiście, że mamy - odparł Dalinar wyciągając mapę.

Rozłożył ją na stole, a Igo podał Torstenowi pióro i atrament.
Porucznik pochylił się nad mapą i zaczął mówić:
- Ogólnie te dzikusy mieszkają tutaj w górach – zakreślił niewielkie koło na mapie – po drodze będziecie mijali trzy osady. Znacie Białą Osadę? To taka wiocha na zachód stąd.
Skinęliśmy głowami.
To będzie najlepszy punkt wyjściowy, bo stamtąd prowadzi szlak do wioski Draizig – ponownie zaznaczył punkt na mapie – To osada gliniarzy. Sato mówił mi, że leży na skraju Ślepych Bagien. Wydobywają tam glinę i dostarczają dla całego regionu. Sami też wypalają cegły, ale nie najlepszej jakości. O wiele lepszą wypala się tu na miejscu. Niedaleko jest Bezimienny Klasztor Sierot i to stamtąd są najlepsze cegły. Te małe rączki tak zapierdalają, że wychodzi z nich konkretny materiał. A tutaj, właściwe na granicy Przeciętego Pasma, jest taka osada Dur-Durung – ponownie zaznaczył punkt na mapie – To osada górników, którą prowadzą krasnoludy. Ale pracują tam też ludzie. Pamiętacie jak się poznaliśmy? Daliśmy wam wtedy takie małe zadanie. Mieliście wjechać do karczmy „Sierp i Młot” i napierdalać górników. To właśnie oni zjeżdżają co jakiś czas do miasta i mamy z nimi same problemy. Osada ta zajmuje się wydobyciem kryształów Amuru. To w zasadzie wasz cel. Tam zapytacie o osadę traperów, która leży gdzieś niedaleko. Nie wiem gdzie ona dokładnie się znajduje, ale wiem, że jak im zapłacicie, to zaprowadzą was na tereny Dahijczyków. Oni zajmują się łowiectwem i ponoć znają dokładnie te obszary. Jak się dobrze uzbroicie, to zapewne załatwicie to po swojemu. Głów nie trzeba, a ciała ponoć najlepiej spalić. Biała Osada, Draizig, a następnie Dur-Durung to moja sugestia, ale jak macie inne pomysły wolna wola.
Ile potrzebujemy czasu, aby się tam dostać? – zapytał Igo.
Myślę, że dwa tygodnie – odparł Torsten – Do samego Dur-Durung dojedziecie spokojnie konno.
Jeszcze jedna sugestia. Zostawcie symbole Camaralczyków tutaj, komuś z Dur-Durung mogłoby się nie podobać, że jesteście od nas. Średnio się lubimy. Generalnie te rejony należą do niejakiego Lorda Garana Aldahana, który jest zaś wasalem barona von Baumanna. Jakiś czas temu Dur-Durung zaś zostało wydzierżawione przez Garana Archontowi Gordionu Północnego, władcy krasnoludów. Krasnoludy, jak to krasnoludy, kopią w tych swoich kopalniach. Dzierżawa tych terenów jest czasowa, taka ciekawostka - powiedział Torsten – Wiecie jak to jest krasnoludami, więc ostrożnie z nimi. Nie wszczynajcie burd i postarajcie się, aby wskazali wam drogę do traperów. Jakieś pytania?
Nie, wszystko jest jasne – powiedział Dalinar.
I za to was lubię – uśmiechnął się porucznik – I pamiętajcie, że to co tu było powiedziane nie wychodzi za te ściany. Sprawa kamienia i kostura jest tajna. No nic, dobrej nocy – po tych słowach wyszedł.
Cóż, nie ukrywam – zaczął Dalinar – że ciąży na niektórych z nas presja gromadzenia funduszy, pomyślałem więc, że może coś z trolla przyda się jakiemuś alchemikowi.
Z alchemii to wiem jak połączyć wino z wodą – odparłem.
No wiem, że nikt z nas się na tym nie zna, ale mamy sporo czasu, by się dowiedzieć – powiedział kapłan.
Może Jahira byłaby zainteresowana – podpowiedziałem.
Ja się jej nie będę pytał – odparł Igo – Zwyczajnie mi nie wypada, ale jak chcesz możesz zapytać się sam – Powiedział do kapłana.
Dalinar postanowił zbadać temat. Po powrocie nie miał dobrych wieści. Jahira nie była zainteresowana, a Ork Gundar gotów był zapłacić dwadzieścia srebrników za ucho.
No, nie dorobimy się na tym – rzekł zawiedziony Dalinar.
Hmm to by był znakomity interes – zażartowałem – Musimy tylko złapać jednego żywcem, dobrze związać, a potem odciąć mu ucho i czekać aż mu odrośnie i po miesiącu kupujemy Mar-Margot.
Ciekawe co jedzą trolle hodowlane, może jakiegoś człowieka pastewnego? – rozmyślałem głośno, śmiejąc się sam do siebie.
Kolejne dni mijały leniwie. Ja często pogrążałem się w medytacji. Widząc, że moje próby z wierszami sprawdzały się znakomicie, postanowiłem kontynuować tę praktykę.
***Płomienie pułapka las
mrok ból nicość
znowu to samo elfie***
Tym razem nawet obecność Kejna w haiku mnie nie denerwowała. Widocznie coraz bardziej panowałem nad równowagą. Przez kilka dni rozmyślałem jak kontrolować Ki przez sen i czy to w ogóle możliwe. Myślałem o mojej samotnej wędrówce prze góry, kiedy to wracałem z klasztoru do braci. Jakże by wtedy było dobrze móc przespać się choć te kilka godzin, nie zwracając uwagi na zimno.
W końcu nastał dzień, w którym mogłem odebrać zamówione rękawice i buty. Kaletnik nadal patrzał na mnie podejrzliwie, kiedy dawałem mu brakujące złote monety. Najwidoczniej dobrze odgrywałem rolę niepozornego włóczęgi. Buty były wygodne i solidnie wykonane. Ich przód zdobiły guzki z syderytu. Rękawice jednak jak na mój gust, były za ciężkie i czułem, że odrobinę spowalniają moje reakcje. Przypiąłem je zatem do pasa, nie widząc sensu noszenia ich na co dzień. Miały spełnić tylko jedno zadanie i po to zostały zakupione. Mam nadzieję, że w swoim czasie Ki ukaże mi jak efektywnie walczyć z tego typu stworami.
Dzień później i Dalinar odebrał swą nową włócznie. Jej grot miał identyczną barwę jak ćwieki na moich butach. Dodatkowo zauważyłem też, że miał nową tarczę. Stwierdziliśmy zgodnie, że nie zrobimy już nic więcej, aby przygotować się do czekającego nas zadania i czas ruszać w drogę. Karczmarz zaopatrzył nas w prowiant i paszę na kilka dni. Resztę kupimy po drodze. I znów wyruszyliśmy w drogę, z radością żegnając to cuchnące miasto. Jak zawsze wjechaliśmy na wzgórze, z którego przez chwile złowrogo patrzeliśmy w kierunku Bezimiennego Klasztoru Sierot. Mieliśmy w pamięci, iż obiecaliśmy sobie, że kiedyś go spalimy.
Droga do Białej Osady przebiegła bez przeszkód. Po czterech dniach przywitał nas znajomy widok Powitalnego Dębu. Osada nic się nie zmieniła od ostatniej wizyty. Swe kroki skierowaliśmy do ochronki Celesty. Kobieta przypatrywała się nam chwilę, po czym powiedziała:
- Ciebie Tsume poznałam od razu, ten sam szyk i elegancja – powiedziała żartobliwe z delikatną naganą w głosie - Ale was to nie poznałam. Zapraszam.
Podszedłem, uścisnąłem ją i pocałowałem w policzki. Uśmiechnęła się do mnie ciepło. Mimo niejednokrotnie brutalnych wydarzeń ostatnich miesięcy, pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają. Zawsze była dla nas jak matka. Po wymianie uprzejmości Celesta zapytała:
Czy macie jakieś wieści w wiadomym temacie?
Miestety nie – odparł Igo – Lecz ciągle nad tym pracujemy. Mamy trop – kontynuował mag – zawsze jest szansa, że właściwy.
No, no. Zmężnieliście.
Celesta wyciągnęła wino i polała do kubków. Chyba faktycznie uznała nas za dorosłych, bo jeszcze nigdy nie poczęstowała nas żadnym trunkiem.
Ale mów co u ciebie – dopytywał Igo.
Nowy sołtys Ramfeld, cóż, da się z nim żyć. Jest bardzo drobiazgowy, całkiem inny niż Vernir. Ciężko się z nim rozmawia, ale jest dobrym gospodarzem, to trzeba mu oddać – powiedziała kobieta – Częściej widujemy ludzi barona, ale przynajmniej dzięki temu więcej u nas kupców. A i to, że na stałe jest tu dwóch ludzi barona sprawiło, że jest bezpieczniej. Graham ma nie najlepiej z nogami. W zasadzie to ledwo co chodzi o kulach.
Planujemy go odwiedzić – powiedziałem.
To pozdrówcie go, ostatnio byłam tam miesiąc temu.
A Ian? - dopytywałem.
Ian jak to Ian. Nigdy mu nie ufałam, a i teraz nie ufam. Nadal myślę, że może mieć coś wspólnego ze zniknięciem Vernira. Ale nie rozmawiajmy już o tych nieprzyjemnych sprawach, napijmy się wina, miejmy nadzieję, że Vernir żyje i powie jak było naprawdę.
Porozmawialiśmy chwilę o dawnych czasach i jako że czas naglił, pożegnaliśmy się serdeczne i udaliśmy się na farmę Grahama.
Olbrzym ucieszył się na nasz widok i od razu zaproponował nam nocleg, który oczywiście przyjęliśmy. Narzekał na stale pogarszający się ból w kolanach. Sześciu synów, którzy zostali jeszcze na farmie, pomagało mu przy gospodarstwie. Nie obyło się bez pytań o sprawę Vernira. Odpowiedzieliśmy, że sytuacja jest trudna i ciągle szukamy. I nawet to, że jesteśmy w tych okolicach, wiąże się z ta sprawą. Nie zagłębialiśmy się w szczegóły. Rozmawialiśmy do późnego wieczora, popijając Grahamówkę, którą tak lubił Vernir. Nie doceniliśmy jej mocy. Rankiem obudziliśmy się z głowami na stole. Żona Grahama przygotowała wielką michę jajecznicy, która przegryzaliśmy jeszcze gorącym chlebem. Pożegnaliśmy się serdecznie i ruszyliśmy w kierunku kolejnej osady.
Po kolejnych czterech dniach dojechaliśmy do Draizig. Ostanie dwa dni, opuszczając ziemie patrolowane od czasu do czasu przez ludzi barona, skłoniły nas do podwójnych wart, co jak zwykle powodowało niedospanie i spadek nastroju. Lecz co zrobić, lepiej być zmęczonym niż martwym. Teren robił się coraz bardziej pagórkowaty, nie brakowało miejsc na potencjalną zasadzkę. Nawet w ciągu dnia jechaliśmy ostrożniej, wypatrując zagrożeń.
Osada gliniarzy składała się raptem z kilkunastu prostych chat. Po chwili dotarło do mnie, że przecież byliśmy tam kiedyś z Robertem. Wydawało się, że było to wieki temu. W osadzie cały czas czuć było specyficzny, nieprzyjemny zapach, ciągnący od bagien. Mieszanina woni drewna, rozkładającego się w wodzie oraz gnijących traw. Lecz przy zapachu Mar-Margot można tu było odetchnąć i tak pełną piersią. Prócz domostw, było widać prosty piec do wypalania cegieł oraz kilka kół garncarskich. To co mówił Torsten o jakości wytwarzanej tu cegły musiało być prawdę. Piec był kiepskiej jakości, a i samo formowanie cegieł zostawiało sporo do życzenia. Bezimienny Klasztor Sierot wytwarzał cegły zupełnie innymi metodami, w o wiele lepszej jakości piecach.
Nie było tu nawet gospody z prawdziwego zdarzenia, a raczej pijalnia dla miejscowych. Lecz okazało się, że gospodarz ma jeden pokój, który za symboliczną opłatą nam udostępnił. Zatrzymaliśmy się w wiosce zaledwie na jedną noc i gdy tylko rankiem uzupełniliśmy u gospodarza zapasy, ruszyliśmy w dalszą drogę, w kierunku Dur-Durung. Jako że kierowaliśmy się do osady górniczej, w jej kierunku wiodło coś co na siłę można by nazwać traktem. Wszak musiały dojechać tam wozy. Lecz nie był to szlak łatwy. Wznosił się powoli, coraz mocniej i był mocno nierówny. Po jednym dniu podmokłe polany i bagna zastąpiły lasy. W dalszej części drogi szlak nie wiódł prosto przed siebie, lecz kluczył już między coraz wyższymi wzniesieniami, tak aby załadowane wozy mogły przejechać.
W końcu po kolejnych kilku dniach naszym oczom ukazała się osada Dur-Durung. Było widać, że nie jest to duża miejscowość, lecz wokół niej wznosiła się solidna i wysoka palisada. W kilku miejscach było widać nawet wieżyczki strażnicze. Torsten dosyć celnie ocenił czas naszej podróży. Trakt, którym podróżowaliśmy, kończył się u bramy osady, która była zamknięta. Na północ odbijała od niego naprawdę wąska ścieżka. U góry na pomostach, za palisadą, kręciło się kilku strażników. Można było wśród nich dostrzec zarówno ludzi, jak i krasnoludy. A i nad samą bramą w zadaszonej przybudówce było dwóch uzbrojonych krasnoludów. Jeden z nich się odezwał:
A wy to kto przybłędy! Wynoście się stąd, nie chcemy takich jak wy tutaj.
Chcieliśmy tylko odpocząć po podróży, napoić nasze wierzchowce i zjeść coś dobrego – odkrzyknął Dalinar.
To odpoczywajcie! Pod palisadą jest dużo miejsca – odparła brodata postać.
Jesteśmy długo w podróży i chcieliśmy skorzystać z waszej karczmy – powiedział Igo podniesionym głosem.
Drugi z krasnoludów wymierzył do nas z kuszy i krzyknął:
- Powiedzieliśmy wynoście się przybłędy!
Nagle obok krasnoludów pojawił się człowiek i powiedział :
- Poczekaj Zig, ja ich znam.
Przez moją głowę szybko przebiegła myśl, że to jeden z górników zapamiętał nas z karczmy, w której zrobiliśmy rozróbę. Zastanawiałem się kto zaraz dostanie bełtem, lecz ku swojemu zaskoczeniu usłyszałem:
- Igo, Igo? Gniewomir? - Mężczyzna schylił się do krasnoluda i chwilę coś mu szeptał.
Zastanawiałem się kto to może być. Może któryś z synów Grahama, lecz w zbroi i hełmie nie potrafiłem rozpoznać twarzy, a jego głos nic mi nie mówił. Po chwili brama zaczęła się otwierać.
Za bramą stało dwóch krasnoludów, uzbrojonych po zęby.
Wjeżdżajcie! - odparła brodata postać – Przepraszam chłopaki, musimy być ostrożni. To naprawdę niebezpieczne tereny.
Nic się nie stało, dziękujemy za gościnę.
W międzyczasie mężczyzna, który wołał do nas z palisady, zszedł i szybkim krokiem zmierzał w naszym kierunku.
- Kurde chłopaki – powiedział wyraźnie ucieszonym głosem – Cześć! Gniewomir, Igo, Dalinar, Kejn! Mówię sobie, to jakiś cholerny szpiczastouchy, ale, że to ty? No co za spotkanie!
Po minach moich braci wnosiłem, że tak jak i ja nie wiedzą za cholerę kto to kurwa jest.
- Nie poznajecie? - ściągnął hełm – Naszym oczom ukazała się twarz młodego chłopaka - Marek, to ja Marek!
Teraz mnie olśniło, on też przebywał z nami w sierocińcu. Wprawdzie nigdy nie trzymaliśmy się tam razem, ale niewątpliwie był to on.
Marku, świetnie wyglądasz – powiedział Kejn.
Co za spotkanie – dodałem.
Rodzina de Vries – powiedział Marek – Zapraszam, zapraszam.
Zapewne nie był świadom, jaką wzbudził do siebie niechęć, wymieniając nasze nazwisko rodowe, które od tylu lat skrzętnie ukrywaliśmy dla przypadkowych osób.
- Mówili, że nie żyjecie – kierował rozmowę na bardzo złe tory – Musimy się napić.
Marek szedł dumny przez wioskę i do napotkanych krzyczał:
To moi kumple, znamy się jak łyse konie!
Igo pamiętasz jak czytałeś mi książki? Dzięki tobie znam prawie wszystkie litery – powiedział z dumą.
Szliśmy za Markiem i rozglądaliśmy się po osadzie. Było sporo ludzi, lecz kręciło się też kilku krasnoludów. W centralnym punkcie stała gospoda, wokół której znajdowało się kilka budynków mieszkalnych. Znaczną część wolnego miejsca zajmowały magazyny, przy których stało sporo wozów. W oczy rzucał się porządek. Wozy były równo ustawione, wszystko miało swoje miejsce. Z boku, zapewne, aby zminimalizować ryzyko pożaru, stała kuźnia. Było widać, że osadą zarządzają krasnoludy, które znane były w interesach z dyscypliny i porządku. Po wiosce kręciło się sporo osób pod bronią. Marek zaprowadził nas do gospody, przed którą było kilku podpitych górników. Widocznie tyle co zeszli z szychty, bo twarze mieli brudne. Widocznie pierwsze kroki po pracy przyprowadziły ich tutaj. Koło nich kręciły się dwie kobiety, po stroju i zachowaniu można było wywnioskować ich profesję. Niestety nie prezentowały się zbyt okazale. Przy stole siedziało także kilku krasnoludów.
Usiądźmy na zewnątrz – zakomenderował Marek – Tu jest jedna wolna ława. Henryku! – zawołał – Przynieś nam po piwku.
Jak wydostałeś się z klasztoru? – zapytałem.
To długa historia – odpowiedział mężczyzna – Ja to jestem w szoku! Ile to czasu minęło?
Ano, ładne parę lat – odparł Dalinar.
A pamiętasz ten pożar? – zagaił Igo.
Ano pamiętam – poważnie powiedział Marek – Po nim było ciężko, marzło się. Wszystko trzeba było odbudować, a kapłanki, zmniejszyły nam racje. Traktowali nas gorzej, a Gordon był jeszcze bardziej „sprawiedliwy”. Powiedzieli nam, że zginęliście w pożarze.
A wtedy zginął ktoś jeszcze? – zapytał Kejn.
Kilku kapłanów miało mocne poparzenia, ale nie zginął nikt. Mówili tylko, że na was zawalił się budynek i przygniotły was belki.
Nie całkiem tak to było – odparł Dalinar.
No to opowiadajcie. Jak to było? – zaciekawiony dopytywał Marek.
Faktycznie zawalił się budynek, w którym byliśmy – skłamał Igo – Ale udało nam się wydostać.
Mieliśmy już dosyć tych cegieł, koców i tej sprawiedliwości. W zamieszaniu udało nam się zbiec – powiedział kapłan.
Uznali nas za zmarłych, co było nam na rękę, bo nas nie szukali – dodał Igo.
A jak to było z Tobą? – zapytałem.
A to długa historia, ale mamy czas to wam opowiem. Ja to jeszcze byłem tam rok po pożarze. I naszedł ten wiek, kiedy można było opuścić sierociniec. A pamiętacie Andre i Harmuta? Im się udało, bo wstąpili do Pierwszych Korpusów.
A Otto? – zapytałem.
Otto opuścił klasztor z dwa miesiące wcześniej, przystąpił do Gryfiej Straży, tej od pana Grododzierżcy miłościwie nam panującego i tam dobrze sobie ponoć radzi. Nawet dwa razy go spotkałem. A pamiętacie Melindę i Patricię? - kontynuował Marek – Te co obrabialiśmy często z Otto. Im to się dopiero powiodło. Najpierw dawały na ulicy, ale że zawsze obrotne były, to otworzyły zamtuz w Mar-Margot. Polecam. Porządne z nich bajzel mamy teraz. Jak będziecie kiedyś w burdelu Czerwona Pani, pozdrówcie je od Marka, zapewne mnie pamiętają. Ja po opuszczeniu klasztoru imałem się różnych zajęć, a to byłem pomocnikiem kowala, a to byłem tragarzem w kupieckiej gildii Karabaku. Przynieś to, przynieś tamto, pozamiataj tu, pozamiataj tam. Ale to nie było to. Po pewnym czasie trafiła się taka robota, że się tu zaokrętowałem. No i jestem. Pracuję jako górnik, a na pół etatu jeszcze czasem jako strażnik. To dobra i świetnie płatna praca – powiedział z dumą.
No to porządne zajęcie – powiedział z udawanym uznaniem Dalinar.
No i teraz pracuję dla szefa, znaczy dla Starego – poprawił się Marek.
A jak w klasztorze, po tym pożarze? Były jakieś zmiany? Ukarali kogoś? - zapytałem.
Ano było tak, że siostry wybrały dwunastu i za współpracę z sabotażystami wychłostały ich okrutnie, a wszystkim obcięli jedzenie.
A władze się zmieniły? - dopytywałem.
Nie, pani Carmilla dalej przeoryszą była. A cyc to miała... – z rozmarzeniem powiedział Marek – pamiętałem o niej każdej nocy. Ehh, żeby choć raz mieć taka kobietę...
A daleko masz do kopalni? - zapytał Kejn.
Nieee, tu na miejscu mamy dwie kopalnie. Bo to jest tak. Lord, jak mu tam, Alan... Aldahan... wynajął te zimie Archontowi, a ten zaś swemu kuzynowi Thrinnowi. Znaczy się szefowi. No Staremu. Roboty w bród, płacą dobrze, a jak jest okazja, to i się co przygrucha – wskazał ręką na dwie zaniedbane kurtyzany.
Macie się tu jak w raju – skwitował Dalinar – A powiedz no Marku, osada traperów to daleko stąd?
Traperzy? Ano są, ale co was tu sprowadza chłopaki?
Jesteśmy tu tylko przejazdem – wytłumaczył kapłan – Droga kieruje nas przez te góry i szukamy przewodników, a słyszeliśmy, ze traperzy potrafią to zrobić.
No tak, ale tu bardzo niebezpiecznie jest - wyraźnie wystraszony powiedział Marek – W tych górach grasują trolle. Czasem nawet podchodzą tutaj.
I jak walczyliście z nimi? - dopytywał Igo – Da się zabić takiego trolla?
One ognia się boją, to i ogniem ich traktujemy – odparł Marek.
Jak to robicie? - ponownie pytał mag.
Płonące bełty, strzały i spierdalają tak, aż miło. A co do traperów to podejrzane towarzystwo, ponoć z tymi trollami się bratają i interesy z nimi robią.
Niech się bratają nawet i z borsukami – odparłem – Nam to nie przeszkadza, my potrzebujemy przewodników.
To może teraz my coś postawimy – zaproponowałem – Co polecasz?
Markowi aż otwarły się szerzej oczy na myśl o darmowym piciu.
No mają tu dobry spirytus.
Karczmarzu! - krzyknąłem – Spirytusu dla nas i jakiejś ciepłej strawy.
Po chwili stały przed nami małe kubeczki, a karczmarz oznajmił, że za jakiś czas poda dziczyznę.
No to gdzie bywaliście po opuszczeniu Klasztoru? – dopytywał Marek.
Od Karhanu po Celebron – odparłem.
To zwiedziliście ładny kawał świata – z podziwem odparł mężczyzna.
Tak jak mówiłem, postanowiliśmy żyć na własną rękę – mówił Dalinar – Ochraniamy kupców, karawany.
Czyli najemnicy. No, no. To musi być ciekawe życie.
Nawet na tratwie eskortowaliśmy transport niewolników – powiedziałem.
Niewolników, no właśnie musicie uważać. Te trolle polują na ludzi i tylko sama Delidia wie co z nimi robią – powiedział Marek.
Będziemy ostrożni – odparł Igo.
Marku – usłyszeliśmy tubalny głos – Nie przedstawisz mi swoich towarzyszy?
Do stolika podchodził krasnolud, ubrany w ciężką zbroje. Po chwili usiadł przy nas i powiedział:
Ja jestem Dinn, kapitan Dinn.
Witaj mości krasnoludzie – odparł Igo.
Co was tutaj sprowadza? - zapytał.
Panie kapitanie, to rodzina de Vries – wyjaśnił Marek – Znamy się z piętnaście lat.
Na te słowa aż się zjeżyłem, miałem ochotę wyrwać mu język.
Podróżujemy po tej okolicy, a że nie ma tu zbyt wielu osad, postanowiliśmy zawitać i wypocząć przed dalszą drogą – wyjaśnił Dalinar.
Mamy tu taki interesik, raczej żyjemy samotnie. Mało kiedy kto nas odwiedza – odparł kapitan – A wy widzę konkretne chłopaki. Sprzęt, który macie na sobie, niejedno już widział, a i kosztował trochę. Marku skąd ty ich znasz? - z niedowierzaniem pytał krasnolud.
Jak byliśmy dziećmi, przeżyliśmy parę wspólnych lat – odpowiedział kapłan, nim Marek chlapnął znowu za dużo.
Nie potrzebujecie roboty? Potrzebujemy wprawnych wojaków do ochrony. Mamy tu drobny problem z trollami, zamieszkującymi te góry.
Aktualnie mamy zajęcie – odparł Kejn.
Te dzikusy polują na ludzi, a i były próby kradzieży urobku. Z jakiegoś powodu zachwycone są kryształami, które tu wydobywamy.
Drogi Dinie, nie usiedzielibyśmy tyle na dupie w jednym miejscu, mimo ciekawej propozycji – oznajmiłem.
To co was tutaj sprowadza? - zainteresował się kapitan – To koniec świata, praktycznie tu urywają się wszystkie szlaki.
Kto wie gdzie kończy się świat – odparłem filozoficznie – Słyszeliśmy, że traperzy przez góry chodzą, więc coś tam jest.
Chcecie się przeprawić przez góry?
Ano, tam nas jeszcze nie wywiało – odparłem z uśmiechem.
Uważałbym. Północ opanowana jest przez te potwory – oznajmił Dinn.
Dlatego też nie chcemy udawać się w nie sami i potrzebujemy przewodników – wyjaśniłem - Przepraszam mości kapitanie, ale tak o suchym pysku siedzieć nie wypada, no chyba że na służbie jesteście i pić ci nie wolno – zagaiłem.
Ano na służbie, ale wzmocnić się odrobinę zawsze mogę – odparł krasnolud.
Karczmarzu! Jeszcze kolejkę dla wszystkich!
No to napijmy się - kapitan wypił zawartość kubeczka i nawet się nie skrzywił. Ja sam upiłem delikatny łyk. Spirytus palił przełyk żywym ogniem.
Ci traperzy mają tu swoją osadę. Żyją w niej ze swoimi rodzinami – opowiadał Dinn – Czasami faktycznie przeprowadzają kogoś prze góry, lecz nie zdarza się to często. Żyją głównie z łowiectwa. Ścieżka, która odchodzi od traktu, w zasadzie prowadzi do ich osady. To niecałe dwa dni drogi. Traperzy ci dostarczają nam zwierzynę i skóry. Ponoć handlują też z tymi dzikusami. Ludzie ci przybyli tu z dalekiego południa i żyją na tych ziemiach od pokoleń. Są też znakomitymi zielarzami. Przypuszczamy, że trolle nie atakują ich z jednego powodu. Dostarczają im tak zwane Mgliste Ziele, które te dzikusy uwielbiają palić.
Macie doświadczenie w walce z nimi – zaczął Dalinar – Jak sobie z nimi radzić?
Dużo ognia – odparł kapitan – Płonące strzały, pochodnie. Jak takiego skurwysyna otoczycie, zasiec szybko, polać oliwą i spalić. Jeśli są w mniejszości, to ogień skutecznie je odstrasza. A jak uda się wam otoczyć takiego skurwysyna, to powalcie i spalcie.
Można by u was kupić jakieś nasmołowane strzały do łuku? - zapytałem.
Pewnie gospodarz będzie miał coś na sprzedaż, zapytajcie jego – doradził kapitan – A gdybyście jednak zmienili zdanie, tu zawsze najdzie się robota dla takich jak wy. Marku zostawiam cię z twoimi przyjaciółmi, macie zapewne wiele do obgadania. No nic, ja mam swoje obowiązki.
Krasnolud pożegnał się i odszedł.
To mój szef – z dumą powiedział Marek.
No widać, że cię szanuje – powiedział Dalinar – Marku, mamy taka prośbę. W związku z tym pożarem, kapłanki Delidii mogą chować do nas urazę, dlatego też nie używamy już naszych nazwisk. Nie chcemy nikogo nim drażnić. Dlatego też nie używaj naszego.
Rozumiem, nie ma sprawy. Ze względu na naszą znajomość dochowam tajemnicy.
Zawsze byłeś towarzyszem godnym zaufania – skwitował kapłan.
Ale tutaj się nie musicie obawiać – rzekł konspiracyjnym tonem Marek – Ja to nawet głośno się nie modlę, tylko kiedy jestem sam, w myślach.
A czemu to tak? – zdziwił się Dalinar.
Stary nie lubi imienia Delidii, pluje tylko kiedy je usłyszy. Kapitan Dinn podobnie. On starych bogów czci – splunął pod nogi mężczyzna, oglądając się czy nikt nie zauważył - Ale oni są pod opieką Archonta i strachu nie znają. No nic, chłopaki mnie wzywają. Już czas na obowiązki, ale rano przed wyjazdem przyjdźcie się pożegnać.
Marek wstał i odszedł od stołu.
Co za błazen – powiedział Kejn – Jak on się wydostał z tego klasztoru?
Nie ma co się zastanawiać, trzeba zapytać karczmarza o nocleg, oliwę, jakieś nasmołowane strzały i jutro ruszać w drogę – powiedziałem.
Martwi mnie, że wy się tak zbroicie na te trolle, my chyba chcemy je ominąć prawda? - powiedział Igo.
No tak – odparłem – Tylko co wtedy jeśli nie uda nam się uniknąć konfrontacji?
U karczmarza zaopatrzyliśmy się w dwa dzbany oliwy oraz dwadzieścia nasmołowanych strzał. Zjedliśmy solidną kolację, a ku naszemu zdziwieniu karczmarz nie policzył nic za nocleg.
Braci spali znacznie dłużej niż zwykle, podwójne warty robią swoje. Tylko ja, jak co dzień, wstałem o wschodzie słońca i pogrążyłem się w medytacji. Po śniadaniu pożegnaliśmy się z gospodarzem. Przy bramie zapytaliśmy jednego ze strażników o Marka, chcieliśmy się z nim pożegnać. Raczej z wyrachowania i z potrzeby sprawienia mu przyjemności, niżli z potrzeby.
Marek jest w robocie, od dziś zaczyna tydzień pracy w kopalni – oznajmił strażnik.
Przekażcie mu nasze pozdrowienia – powiedziałem – Skoro jest w robocie, nie będzie takiej okazji.
Znacie się dobrze? Znajomi z wojska? - dopytywał strażnik.
Nie, nie służyliśmy razem, znamy się z dzieciństwa – odparł Kejn.
Wczoraj się chwalił, że służył z wami w Karhanie. To skurwysyn – syknął strażnik.
Nie róbcie mu przykrości – poprosiłem – To dobry chłopak, tylko ma trochę niepoukładane w głowie.
Trochę? - zdziwił się jeden ze strażników – To mało powiedziane. Toż to straszny kretyn.
Kretyn, ale poczciwy – odparłem – Niech ma tyle z życia, że w to wierzycie.
Wsiedliśmy na konie i ruszyliśmy wąską dróżką na północ. Pogoda nam sprzyjała. Droga stawała się coraz bardziej górzysta, przed nami już niedaleko widniały wysokie szczyty. Teren, mimo że wznosił się cały czas, porośnięty był wysokim lasem. Pierwsza noc minęła spokojnie. Lecz spaliśmy czujnie. Już koło południa w oddali zobaczyliśmy kilka chat, z których unosił się dym. Między domami widoczny był mały staw.
Podjechaliśmy bliżej, przy stawie kilka kobiet prało ubrania, a wokół biegało kilkoro dzieci z patykami w dłoni, udając wojowników. Przed jednym z domów na ławie siedział około czterdziestoletni mężczyzna i nożem rzeźbił coś w kawałku drewna. Kiedy podjechaliśmy, podniósł głowę i skinął głową. Człowiek ten miał ciemniejszy odcień skóry.
Witaj – powiedział Igo.
Witajcie – odpowiedział z wyraźnie obcym akcentem – Co was sprowadza do naszej osady?
Szukamy przewodnika – zaczął Dalinar – Słyszeliśmy, że tu takiego znajdziemy.
Oczywiście - mężczyzna wstał i się ukłonił - Jestem Ardon Rondalotti. Witajcie w naszej osadzie.
Jego dłonie zdobiły różne bransolety z przeróżnych koralików.
A gdzież to chcecie się udać? – jego obcy akcent był wyczuwalny w każdym słowie.
Słyszeliśmy, że w tych górach znajduje się osada Dahijczyków – kontynuował kapłan.
Toż to niebezpieczne – powiedział śniady mężczyzna.
Myślę, że sobie poradzimy, nie jesteśmy przypadkowymi ludźmi z ulicy. Wiemy po co tam się udajemy i potrzebujemy jedynie kogoś, kto nas tam zaprowadzi – z przekonaniem powiedział kapłan – Potrzebny nam ktoś kto nie zadaje zbędnych pytań.
Zsiądźcie z koni, usiądźmy razem, rozpalmy ognisko – powiedział Ardon – Wypijmy, zjedzmy.
Wstał, udał się w miejsce, gdzie leżały drwa. Układał je w miejscu przeznaczonym na ognisko.
Zawołał jedną z kobiet i chwilę z nią porozmawiał. Po chwili zręcznie rozpalił ognisko i powiedział.
- Usiądźmy, za niedługo reszta powinna wrócić z polowania. Jeśli łowy były udane, zakosztujemy świeżej dziczyzny.
Usiedliśmy wokół ogniska, a Dalinar zaproponował, aby póki co mężczyzna poczęstował się naszym prowiantem. Gospodarz przyjął poczęstunek, po czym wstał i udał się do jednej z chat. Siedzieliśmy, rozważając ile możemy powiedzieć przewodnikowi. Cierpliwie czekaliśmy na powrót myśliwych.