Mistrzu, widzę jak długa droga mnie czeka i nie chodzi mi nawet o poszukiwania Włóczni Przeznaczenia, bo tu spodziewałem się, że będzie trudno. I liczę raczej na to, że uda mi się dołożyć ziarenko wiedzy do naszych badań, niźli coś więcej. Mam swój rozum i mimo zapału i młodego wieku, wiem ile już klasztory włożyły w to wysiłku. Myślę bardziej nad pracą nad sobą. Ostatnie wydarzenia pokazały, iż nie kontroluję gniewu tak, jakbym sobie tego życzył. I mimo, że jestem dumny z tego, że od momentu opuszczenia klasztoru, nie zaniedbałem codziennych medytacji, oceniam się surowo. Życie w klasztorze, na swój sposób, było jednak sielanką i mimo wielu mądrości, które mi przekazałeś, nie przygotowało mnie na zderzenie ze światem poza jego murami. I nie chodzi mi o przygotowanie bojowe, bo te wydaje mi się, że opanowałem całkiem dobrze, a dodatkowo mocno jeszcze podciągnąłem umiejętności w tym zakresie. Choć i na tym polu zawiodłem, choćby w starciu z dziwną zjawą. Wizje wprawdzie zesłały mi obraz mnicha, który gołymi rękami niszczył istoty, których nie imała się broń, lecz nie pojmuję tej tajemnicy. Wiem, że Ki jest potężne, lecz na ten moment tego nie pojmuję. I mimo, że dziesiątki razy powtarzałeś mi, że:
„Cierpliwość jest podporą słabych, niecierpliwość ruiną mocnych”
oraz że
„Cierpliwość jest towarzyszką mądrości”
Ciągle mi to umyka i wciąż borykam się z niecierpliwością, z której też czasem wynika mój gniew.
Pamiętam jak zachęcałeś mnie do poezji, bo tłumaczyłeś, że doskonale wpływa na wewnętrzną równowagę. Lecz nigdy mnie do tego nie ciągnęło. Wiele o tym ostatnio myślałem i doszedłem do wniosku, że czas spróbować. I to nie tylko z powodu równowagi. Przez siedem lat opanowałem język tesijski i bez problemu czytałem, pisałem, a nawet myślałem w tym języku. Od opuszczenia klasztoru prawie nie używałem tesijskiego i czuję, że swoboda w posługiwaniu się nim zanika.
Postanowiłem zatem upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Spróbuję poezji, a moje próby zanotuję w tesijskim. Być może dzięki temu wróci gładkość języka, a równowaga zagości w moim umyśle. Aby nie być gołosłownym, posyłam ci moje pierwsze Haiku:
***Leśna polana kamień
Dary wioskowych
Jest jeszcze nadzieja tu***
Może nie jest to wiersz wybitny, lecz jestem zadowolony z pierwszego kroku. Mam nadzieję, że czytasz to w dobrym zdrowiu. A ja wracam do swojej opowieści.
Po opuszczeniu zamku barona, przeprawiliśmy się na drugą stronę rzeki. Przewoźnik widząc nas, zawrócił kupca, który już miał pakować się z wozem na tratwę.
- Oni pierwsi. To bohatyry co ubiły Łaskotka. Pany przeprawa za darmo.
Wyglądało na to, że staliśmy się lokalnymi bohaterami. Miałem nadzieję, że tak pozostanie, a nasz szwindel nie wyjdzie na jaw. Wiele było w rękach Łaskotka i jego bandy. My zrobiliśmy tyle, ile mogliśmy. Podziękowaliśmy przewoźnikowi i udaliśmy się szlakiem w kierunku Mar-Margot.
Przejechaliśmy kilka godzin, kiedy w oddali zobaczyliśmy trzech zbrojnych, którzy właśnie zasypywali ognisko i wsiadali na konie. Jechali niespiesznie w naszym kierunku. Kiedy zbliżyliśmy się do nich, dostrzegliśmy, że mieli umundurowanie wojsk barona. Wracali do zamku. Kiedy byliśmy około dziesięciu metrów od nich, zatrzymali konie i jeden z nich krzyknął:
- Hola wędrowcy! Witajcie.
Trzeci z nich był jeszcze kawałek drogi za nimi.
Witajcie – odpowiedzieliśmy.
A wy to co, wracacie z zamku? Musicie uważać, bo tu grasują groźni banici – ciągnął wojskowy - Słyszeliście jak mniemam o Łaskotku? - kontynuował zbrojny.
Tak, ale już go nie ma – odparł Kejn.
Ano słyszeliśmy takie plotki, ale nie byliśmy jeszcze w zamku i nie wiemy czy to prawda.
Trzeci jeździec powoli wysunął się przed nich. Na głowie miał kaptur, który po chwili ściągnął. Był to mężczyzna, który zaczepił nas na dziedzińcu zamku barona. Robert.
Pamiętacie mnie? Mówiłem, że jeszcze się spotkamy!
A ja ci mówiłem, że to będzie dla ciebie bardzo nieprzyjemne spotkanie – odparłem.
Rozejrzałem się po okolicy, w krzakach dostrzegłem błysk stali.
Wiem, że nie jesteście tu sami, a w krzakach kryją się ludzie – głową wskazałem miejsce, gdzie dostrzegłem ruch.
Dokładnie - odparł Robert z paskudnym uśmiechem.
Kim ty kurwa jesteś? – zapytał Kejn – Jakimś zbójem?
To co załatwimy to po dobroci? Czy jakoś inaczej? – zapytał Robert.
Oceniłem sytuację. Jeśli w krzakach czaili się kusznicy, to mieliśmy przejebane. Z drugiej strony nie wierzyłem, że uda się rozwiązać to pokojowo. Chciałem w jakikolwiek sposób przechylić szalę zwycięstwa na naszą korzyść. Mój plan był prosty, podejść do konnych i pazurami rozorać równocześnie brzuchy dwóm zwierzętom. Była szansa, że strącą jeźdźców, co już dawało nam przewagę. Odezwałem się zatem:
Wydaje mi się, że nie będziemy się tu bili. Ile chcesz?
Połowę – odparł Robert – Połowę tego co dostaliście od barona.
Teraz tym bardziej nie wierzyłem, że na tym się skończy, wszak mając nas w potrzasku, każdy ograbił by nas do cna. Szykując się do swojego planu, pozwoliłem, by Ki zaczęło płynąć moim całym ciałem. Po chwili byłem już skoncentrowany tylko na zadaniu, które sobie wyznaczyłem.
Powoli odpiąłem sakiewkę od pasa i zacząłem schodzić z konia. Usłyszałem jak Dalinar cicho wzywa imię Vergena.
- Jaka decyzja? - spytał Robert – I co ty tam mamroczesz pod tym hełmem?! - krzyknął do Dalinara.
Powoli z sakiewką w ręce podchodziłem do konnych. Miałem nadzieję, że z powodu braku broni oraz zbroi uśpię ich czujność. Mięśnie szykowały się już do skoku, dosłownie sekundę później planowałem upuścić sakiewkę, wyciągnąć szpony i rozpruć dwa odsłonięte brzuchy wierzchowców. Okazało się, że ta sekunda to za dużo.
Nad moją głową syknęła strzała. Zbrojny instynktownie zasłonił się tarczą, a ruch ten spowodował, że jego koń delikatnie się obrócił, napierając w moją stronę. Straciłem stabilną pozycję oraz koncentrację. Reszta potoczyła się błyskawicznie, sakiewka upadła na ziemię, moje paznokcie zamieniły się w szpony i skoczyłem. Któryś zbrojny krzyczał:
-Kurwaaaaaaa na nich!
Dosłownie w tej samej sekundzie strzała ugodziła zbrojnego w nogę, jego koń stanął dęba. Ledwo drasnąłem drugiego konia i oberwałem kopytem w głowę. Ogarnęła mnie ciemność.
Świadomość powracała powoli, pulsujący tępy ból rozsadzał mi głowę, a obraz tańczył i rozjeżdżał się. Powoli też przez dzwonienie w uszach dochodził do mnie zgiełk walki. Skoncentrowałem się na tym, aby Ki zniwelowało mój ból, abym mógł odnaleźć się w tym bitewnym chaosie. Wróciła ostrość widzenia. Leżałem mniej więcej w miejscu, w którym schodziłem z konia, a walka koncentrowała się już dalej. Dalinara, który walczył na koniu, otaczała trójka piechurów, kapłan walczył zacięcie. Kejn mierzył się z jednym przeciwnikiem. Kątem oka dostrzegłem oddalonego od pola walki Igo. Gdzieniegdzie płonęły krzaki. W oddali jakiś łucznik naciągał łuk. Blokada bólu zrobiła swoje, kiedy stanąłem na równe nogi moje ciało, znowu wypełniło mnie Ki. Chwilę później biegłem wspomóc Dalinara. Wskoczyłem między dwóch pieszych i zacząłem swój taniec. Mimo, że mieli na sobie pancerze, czułem jak z każdym uderzeniem wgniatają się, a przeciwnicy jęczą raz po raz. Jeden z konnych oddalał się w kierunku lasu, lecz potężna eksplozja płomieni zmiotła go razem z koniem. To Igo czynił zapewne swoje czary. Było widać, że nasi przeciwnicy stracili zapał do walki i cofali się oddając pola. Dalinar napierał na nich koniem, a ja waliłem z szybkością młócącego cepa. Kątem oka zobaczyłem, że Kejn ruszył w kierunku lasu, za nim ruszył Igo.
- Nikogo nie oszczędzać!!! – krzyczał Igo.
Nasi przeciwnicy całą uwagę skupili na obronie. W ich oczach czaił się strach.
Wyprowadziłem potężny atak, najpierw w jednego, potem w drugiego. Poczułem jak pod uderzeniem pękają im żebra.
Przeciwnicy nie próbowali już nawet atakować, resztkami sił ledwo bronili się swymi powgniatanymi tarczami. Chwilę później leżeli martwi.
Rozglądnąłem się po polu bitwy. Kejna i Igo nie było. Wzrokiem szukałem na ziemi Roberta. Dalinar zsiadł z konia, podchodził do leżących i dobijał żywych. Ja w końcu wypatrzyłem swój cel.
Jego pierś unosiła się słabo, lecz był nieprzytomny. Poklepałem go lekko po policzku, zaczął się cucić.
- Jak tam śmieciu – powiedziałem wesoło.
Moje paznokcie poczęły przekształcać się w szpony, w jego oczach dostrzegłem przerażenie.
Mówiłem ci śmieciu, że tak cię zabiję.
Ty skur... – zaczął Robert, lecz nie dokończył, bo rozorałem mu gardło.
Podszedłem do Dalinara.
- Już wszyscy?
Kapłan skinął głową.
Jest pewien problem. Musimy to sprzątnąć, to byli ludzie barona i będzie słowo przeciwko słowu – rzekłem.
Przecież nikt nie uwierzy, że we czterech zaatakowaliśmy dwudziestu wojskowych – powiedział Dalinar.
Pomijam fakt, że tak właśnie zrobiliśmy.
Po pewnym czasie wrócili Igo i Kejn. Elf podszedł do Roberta i głośno zaklął.
Kurwa! Chciałem z nim pogadać.
Tsume pogadał z nim pierwszy – powiedział kapłan.
Kejn poszedł na szybko przeszukać ciała. Te które obszukał, wynosiliśmy w las. Plamy krwi zasypaliśmy piaskiem. Na tyle ile można było na szybko oczyścić trakt, uczyniliśmy to. Dalinar zapytał czy jesteśmy ranni.
- Mnie napierdala baniak, tak jakbym dostał kopytem – powiedziałem – A, bo dostałem!
Kejn i Dalinar krwawili z kilku mniejszych ran. Kapłan wzniósł modły do Vergena i po chwili ich rany zagoiły się. Nie tracąc już potem czasu, wsiedliśmy na konie i odjechaliśmy w szybkim tempie.
To była bardzo zorganizowana akcja – stwierdził Kejn.
No, twoja natomiast była bardzo niezorganizowana – powiedziałem.
Ja pierdolę! - krzyknął elf – Wyjaśnijmy to sobie. O co ci chodzi?
Idę naprzeciwko trzech uzbrojonych przeciwników – zacząłem – Z praktycznie pustą sakiewką, to chyba nie w celu oddania złota.
Jeśli ty mi powiesz, jaki chcesz uzyskać cel, to będę następnym razem wiedział – przerwał Kejn.
Niby w jaki sposób miałem ci to powiedzieć w tej sytuacji? - zapytałem.
No to powiedz mi teraz!
Chciałem zaatakować z zaskoczenia dwa konie, rozorać im brzuchy, oni się tego nie spodziewali po gościu w szmatach. Była duża szansa, że zwyczajnie wylecieliby z siodła i już na początku zyskalibyśmy przewagę! A nie, że nagle mam przed sobą trzech zbrojnych z mieczami w dłoni!
Jeśli ja w tym czasie strzeliłem to czym niby ci zagroziłem?!
Jak to czym?! Nawet do nich nie doszedłem! Element zaskoczenia znika, a ja mam przed sobą gotowych do walki przeciwników. I zamiast to ja zaatakować z zaskoczenia, gdzie idę niby oddać im sakiewkę, jestem nieuzbrojony, bez zbroi i staję się pierwszym celem. Pomijam fakt, że druga strzała spowodowała, że wierzchowiec stanął dęba i dostałem kopytem w łeb! A co robi Kejn?! Kurwa dokładnie to samo, żeby było śmieszniej, z tym samym człowiekiem. Po pierwszym naszym spotkaniu z nim w Białej Osadzie, przeprowadzaliśmy identyczną rozmowę! - krzyczałem - To jest dokładnie ten sam człowiek, przy którym kazałeś mi chować się za koniem, a ich zostawić na celu. I o to już raz się kłóciliśmy!
Trzeci raz już tego nie zrobi – kpił Igo.
No to jeśli będę widział, że idziesz zaatakować kogoś pustą sakiewką, to powstrzymam się od ataku – błaznował elf.
Może kurwa następnym razem daj mi szansę wykorzystać zaskoczenie, a nie sprawiaj, abym to ja był nieprzygotowany na atak trzech konnych!
Zawsze trzeba być przygotowanym – odparł elf – Jak można być nieprzygotowanym?
Atak miał być zaskoczeniem dla nich, podchodziłem nieuzbrojony z zamiarem oddania sakiewki!
Ja tworzyłem atak z zaskoczenia zza twoich pleców i ty nie powinieneś być zaskoczony, tylko atakować! - twierdził uparcie Kejn.
Zza moich pleców! Czego kurwa nie widziałem, ani się nie spodziewam!
Przecież nie ciebie atakowałem – kontynuował elf - Przecież widziałeś efekt ataku!
No tak, twoja strzała odbiła się od tarczy! Spowodowałeś jakieś zagrożenie dla niego? Spowodowałeś tylko to, że koniem naparł na mnie i nie mogłem już efektywnie zaatakować.
Idąc na atak dałeś się podpuścić – stwierdził Kejn.
Nie, jesteś idiotą - powiedziałem – Wiem, że będziesz robił to zawsze, więc zakończmy ten temat. Nie patrzmy na nic, napierdalajmy jak chcemy, nie patrzmy czy Igo nie jest odsłonięty. Pierdolić go! Najlepiej bez pomyślunku strzelać do pierwszego lepszego z łuku.
Czego oni cię uczyli w tym klasztorze... - przerwał mi Kejn.
No ciebie w tym buszu niczego – odparłem.
Ja to widzę tak. Idę kogoś zaatakować – ciągnął elf – I widzę, że leci strzała...
Jak kurwa widzę, że leci strzała!? Oczy mam w dupie czy co?
No widziałeś, że strzała uderzyła w puklerz, a ty stoisz i sikasz – rzucił Kejn.
Skończyłem już tę rozmowę – odparłem.
Jak jesteś wolny i debilny, to tak masz – ciągnął Kejn.
Uważacie bracia, że nie mam racji i nic nie powiecie? - zapytałem.
Ja nie chcę zaogniać sytuacji – odparł Igo.
Przez to, że ich nie zaskoczył, dostał kopytem w łeb i prawie całą walkę leżał nieprzytomny – powiedział Dalinar.
No nie zaskoczył ich, więc został zaskoczony – dalej przy swoim upierał się elf.
Plan był inny, miałem ich ściągnąć z koni!
Przepraszam, że tam były konie - wznosił się na wyżyny absurdu Kejn – Kto ci je tam w ogóle postawił? Założyłeś sobie strategię i rozpadły ci się figurki.
Przez ciebie! Czego nie rozumiesz?! – warczałem.
Ty masz mieć inicjatywę chłopie, figurki ci się rozpadły, wszystko ci się rozpadło, nie wiem, nagle przeciwko tobie były wróżki i elfy, posypała ci się taktyka – ciągnął swój wywód elf – Coś sobie założył i nagle mu się rozpierdoliło.
Ignorowałem jego bredzenie zgodnie z zasadą:
„Nigdy nie dyskutuj z idiotą. Najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a potem pokona doświadczeniem”
Kejn jeszcze coś burczał pod nosem, ale nie słuchałem go.
Tego dnia postanowiliśmy jechać trochę dłużej po zmroku, aby oddalić się jak najbardziej od miejsca walki. Było już ciemno, kiedy przed nami zobaczyliśmy ognisko. Kej zatrzymał nas i zapytał:
Drodzy bracia, czy jest na taką okazję jakaś specjalna taktyka? - prowokował mnie.
Tak – odparłem ze spokojem – Podjedziemy i zapytamy, czy możemy się przyłączyć do obozowania.
Podjechaliśmy powoli aby dać znać, że się zbliżamy. Przy ognisku siedział jeden mężczyzna, kiedy nas zobaczył, wstał i gestem zaprosił nas do ognia.
- Witajcie panowie, dosiądźcie się do ognia. Sam jestem.
Obok uwiązany do drzewa stał koń i skubał trawę. Podziękowaliśmy za zaproszenie i zsiedliśmy z wierzchowców. Mężczyzna miał na sobie lekką skórzaną zbroję, a przy pasie miecz.
Siadajcie, siadajcie. Kupcem jestem, eliksiry i maści sprzedaję na wszelkie boleści, może nawet zechcecie coś kupić? - zagaił.
A na guza by się coś znalazło? Takiego dużego. – wskazałem ręką na głowę.
A pewnie. Mam takie coś co nazywam końską maścią. Mam też na potencję, żeby tam wszystko na dole grało.
To panie zielarzem jesteście? – zapytałem.
Ano i zielarzem. Jakub się nazywam – przedstawił się - Robię też różne wywary, na kaca też się coś znajdzie. A to ja dam na próbę. Posmarujecie i jak będzie lepiej, to może rano coś zakupicie – odparł.
Podszedł do konia pogrzebał w jukach i dał mi małą fiolkę.
- Posmaruj tym guza, zapachem proszę się nie przejmować.
Maść śmierdziała jak spocony koń, wziąłem trochę na palec i posmarowałem guza.
Co tam przed nami? – zapytał Igo.
Za dwa dni dojedziecie do Traktu Północnego - oznajmił – Ja wybieram się w kierunku Orlego Gniazda, gdzie pan baron ma swoją siedzibę. Tam jest taka wioska. A wy chyba stamtąd jedziecie, powiecie co tam słychać?
Lecz nie czekał na odpowiedź i ciągnął dalej:
Na północy ciężki się okres do handlu zrobił. Kompanije wyjechały na południe wojować. Wsie zostały bez chłopów, to i często z rezerwą do mnie podchodzą i przyjmować nie chcą.
Tym bardziej kogoś z maścią na pytostój – zażartowałem.
Słyszałem, że w domenie pana barona teraz niebezpiecznie. Banici ponoć tam grasują, prawda to?
Już nie – odparłem - Ujęli już Łaskotka.
A właśnie o nim mówiono. Ponoć bandyta to na dwa i pół metra wielki, dwa miecze dzierży – mówił handlarz.
Widzieliśmy tylko jego głowę na włócznie nabitą – powiedziałem.
To dobrze, że tego banitę złapali. Ponoć we znaki się dawał, kapłanów grabił i miejscowym krwi napsuł – ciągnął kupiec.
No i żołnierzy dupczył – dodałem.
A tego to już nie wiem – odparł - A wy czym się zajmujecie? Widzę, że panowie na sobie strasznie dużo żelastwa macie.
Najemnicy - powiedział Kejn.
A to wy się na wojnę nie szykujecie? Tera to takich potrzebują.
No z nami odwrotnie niż z tobą, jako że zbrojnych brakuje, to na takich jak my jest większy popyt – tłumaczyłem – Sprawy różne trzeba załatwiać, złodziejowi rękę uciąć, konflikty rozwiązywać, a zbrojnych jak na lekarstwo.
Ano złodziei trzeba karać, tak mówi prawo Delidii. Późno się już zrobiło. Panowie pozwólcie, że udam się już na spoczynek – po tych słowach zawinął się w koc i zasnął.
Wystawiliśmy warty. Rano Jakub zapytał:
I jak panie pomogło?
Nic a nic, guz dalej tak samo dupny – powiedziałem.
A mnie się wydaje, że zmalał – próbował przekonać mnie handlarz - Bo mam też dobrą maść na czyraki.
Chyba żeby dostać – zażartowałem - Macie tu panie srebrnika za maść.
O dziękuję. Jakub Wędrowny Handlarz często po tym szlaku podróżuje!
Polecimy na pewno, wszak guz nic się nie powiększył – powiedziałem.
Pożegnaliśmy się i każdy ruszył w swoją stronę. Po dwóch dniach faktycznie dojechaliśmy do Szlaku Północnego. Na głównym szlaku dwa razy musieliśmy przepuścić ciągnące kompanie wojska. Pierwsza liczyła sobie blisko pół tysiąca zbrojnych. Podróżowali pod różnymi chorągwiami. Dalinar powiedział, że zapewne to zbitek różnych kompani, bo rozpoznał kilka chorągwi z Karhanu. Druga była mniejsza, około dwustu zbrojnych, ci zaś podróżowali pod chorągwiami Mar-Margot. Oczywiście za wojskiem ciągnęły się całe tabory. W drodze do miasta, z naprzeciwka, spotkaliśmy później już tylko kilku kupców.
Dojechaliśmy do Mar-Margot, a aby tradycji stało się zadość, podjechaliśmy w pobliże Bezimiennego Klasztoru Sierot i w milczeniu patrzyliśmy w jego kierunku. Czyniliśmy to, by nie zapomnieć tego co nas tam spotkało.
Przed bramami miasta tłok był większy niż zazwyczaj. Powstało tu małe miasteczko z wojskowych namiotów, wciąż trwał nabór do armii. Na drewnianych podwyższeniach stali krzykacze, zachęcający do wstąpienia do armii. Oferowali szybkie kariery, podział łupów i wysoki żołd. Przy samej bramie, w długiej kolejce, czekali kupcy, którzy musieli opłacić cło.
Wjechaliśmy do miasta. Środek lata powodował, że fetor, co wydawało się już niemożliwe, był jeszcze większy niż w dniu, kiedy wyjeżdżaliśmy z misją dorwania Łaskotka.
Pociągnąłem nosem i stwierdziłem:
- Mam nadzieję, że chociaż dziwki będą czyste.
Krzykacze nawoływali także w całym mieście. Skierowaliśmy nasze kroki do nory. Ochroniarz w noclegowni Camarlczyków wypalił:
A wyście kurwa kto? - Nim zdążyliśmy odpowiedzieć, rozpoznał nas – A to wy chłopaki! Aleście pozarastali, ledwo was poznałem. Gdzie żeście się tyle włóczyli? Wszyscy myśleli, że już po was.
Wykonywaliśmy zlecenie – odparł Igo.
I jak, udało się?
Oczywiście – odparłem.
Gospodarz ucieszył się na nasz widok.
Siadajcie chłopaki, podam wam piwa. Jeśli mam być szczery, to zastanawiałem się czy waszego pokoju nie oddać komuś innemu, ale mówię dam im jeszcze trochę czasu. I nie pomyliłem się.
Potrzebujemy jedzenia, piwa, kąpieli i golibrody – rzekł Igo.
I aby poinformować Torstena – rzekłem – A zresztą, pójdziemy do łaźni – powiedziałem – Nie będziemy ci robić kłopotu. Słuchaj ogarniemy się i możemy się zobaczyć z Torstenem, nie będziemy śmierdzieć przy stole.
Udaliśmy się do łaźni miejskiej, gdzie spędziliśmy sporo czasu. Potem każdy z nas kupił sobie nowe ubranie, bo nasze miały już więcej łat niż pierwotnego materiału. Bracia udali się też do golibrody. Ja zaś moje włosy i brodę zostawiłem w całkowitym nieładzie. Po tych zabiegach, udaliśmy się do nory. Wieczorem zawitał do nas Torsten.
Ooo moi ulubieńcy!! Widzę ogoleni umyci, pachnący. Jak w ogóle misja?
Nie było łatwo wytopić bydlaka – powiedział Igo.
A Dalinar położył worek na stół. Torsten się uśmiechnął.
- Czy to jest to, co myślę?
Otworzył worek, zerknął do środka, po czym odstawił go na ziemię.
No to opowiadajcie, ile to was nie było? Dwa miesiące? Trzy?
Niecałe dwa – powiedział Kejn.
Mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu – powiedziałem – Z tych dwóch miesięcy, prawie półtora krążyliśmy jak dzieci we mgle.
Co, wodził was za nosy? - powiedział Torsten.
Nie tyle nas, co wszystkich w okolicy – powiedziałem.
Ludzie też nie byli pomocni - powiedział Kejn.
Przypadkiem natrafiliśmy na jego trop, jak kupował zaopatrzenie - ciągnąłem – Prawdopodobnie chciał spierdolić po nieudanym zamachu na barona.
Doszły mnie słuchy o zamachu – powiedział porucznik.
Byliśmy też u barona, dlatego ta głowa tak śmierdzi – wytłumaczyłem – Baron zażądał, aby była zatknięta na pice przy bramie zamku.
Dobra chłopaki. Wy tu teraz sobie odpocznijcie, spotkamy się za parę dni. Ja teraz muszę potwierdzić, że jest to właściwy człowiek. Spotkamy się potem i pogadamy co dalej. Tymczasem bawcie się.
Miał już wychodzić, ale dodał:
A jeszcze jedno, co z resztą tej jego watahy? Udało się ich dziabnąć?
Nie, zaopatrzenie załatwiali tylko w dwóch i chyba nawet dobrze, bo mieczem robili wybornie.
A i oddajcie list gończy. Przydał się w ogóle?
Bardzo. Baron to nieufny człowiek, a i jego żołnierze to istny wrzód na dupie, czepiali się nas przy każdej okazji – powiedziałem.
Torsten zabrał worek i wyszedł. Kejn nachylił się i zapytał szeptem:
Czy oni są wstanie sprawdzić, że to nie Łaskotek?
Jest to możliwe – powiedział Igo – Tylko pytanie, czy ktoś ma tyle chęci i determinacji, aby to robić?
Można na przykład rozmawiać z umarłym – powiedział Dalinar - Kapłan byłby wstanie to zrobić.
Dalinarze czy jakość, że tak powiem pacjenta, ma znaczenie w takiej rozmowie? - zapytałem.
Jak najbardziej. Zmarli ogólnie odpowiadają niechętnie, lecz kapłan może próbować zmarłego do tego zmusić. Z tego co wiem kapłani Delidii dysponują takimi mocami. To czy ich użyją i im się uda, to już zupełnie inna sprawa.
Cóż, musimy zwyczajnie czekać na rozwój wydarzeń – powiedziałem - A i jeszcze jedno. Czy chcemy użyć teraz kontaktu z Czerwonym Smokiem? Czy czekamy do opinii o głowie i zostawiamy go sobie jako alternatywę?
Na razie bym go zostawił – powiedział Igo – Powiedzcie co robimy ze zwojami zaklęć, które zdobyliśmy w Samotnej Wieży?
Uważam, że powinniśmy je zostawić na nasz użytek – powiedziałem i wszyscy na to przystali.
Jest jeszcze jeden temat – powiedział Igo - Rozmawialiśmy o identyfikacji tych przedmiotów. Pytanie jest takie, czy inwestujemy w ten czar, czy zlecamy to komuś?
Jeśli miałbym w coś zainwestować, to chciałbym zrozumieć po co. Co to są te magiczne przedmioty? - zapytałem.
No dajmy na to, ten miecz mógłby sprawić, że ktoś walczy nim szybciej niż normalnym – zaczął Igom lecz od razu wtrącił się Kejn.
My nie posiadamy takiego daru jak ty Igo, ale ty go masz i myślę, że posiadanie różnych czarów często może nam dać przewagę.
Czy mógłbyś mu nie przerywać? – poprosiłem – Usiłuję się czegoś nauczyć.
Czego oni cię tam uczyli w tym klasztorze? Teraz będzie się uczył rzeczy, o których nie ma pojęcia – parsknął elf.
To, że ty się nie uczysz niczego, bo jesteś idiotą, nie znaczy, że każdy tak ma – odparłem.
Kejn jakby mnie nie słyszał, kontynuował dalej:
- Zatem uważam, że warto się na to zrzucić.
Nie dałem mu dokończyć.
Ja nie dam nawet srebrnego ambarda no coś czego nie rozumiem. W takiej sytuacji wolę wydać na dziwki i nie życzę sobie, aby moja część wspólnej kasy na to poszła.
Ale to jest bardzo przydatne! – krzyknął Kejn.
Zatem mnie do tego przekonaj – powiedziałem – A jak nie, to dziwki czekają.
Igo z powrotem zaczął mówić:
Magiczny przedmiot to taki, na który w uproszczeniu został rzucony czar i działa tak jakby bez przerwy. I tak jak powiedziałem, na przykład dany miecz może rozświetlać ciemności, bądź przyspieszać ruchy walczącego, może dotkliwiej ranić. Nie sposób jest wymienić wszystkich możliwości. A ten czar służy do tego, aby poznać właśnie naturę danego przedmiotu. Bo tylko tak można to zrobić.
A czy ubrania też można zaczarować? - zapytałem – Na przykład tak, abym poruszał się szybciej?
Owszem, są i zaklęte ubrania. Na pewno takiego przedmiotu nie stworzy każdy czarodziej. Do tego trzeba ogromnej wiedzy i doświadczenia.
Tsume – wtrącił Kejn – Musielibyśmy ci kupić czapkę, która podniosłaby twoją inteligencję.
Zignorowałem go, zaciekawiony słuchając Igo.
Takie przedmioty – kontynuował mag – Są rzadkie i bardzo cenne. I nawet jeśli znaleźliśmy coś magicznego, nie wiemy jak to działa do momentu identyfikacji.
Czyli rozumiem, że ta inwestycja pozwoli ci to zbadać? - zapytałem.
Potencjalnie można to komuś zlecić – dopowiedział Igo.
A czy można kupić takie rzeczy. Mają swoją wartość? Cenę? - dopytywałem.
Tak, lecz magia w tych czasach jest niepopularna i kościół Delidii jest temu nieprzychylny – wytłumaczył mag.
Więc raczej nie ma miejsca, gdzie mogę zaopatrzyć się, dajmy na to w magiczną pelerynę ochrony przed deszczem?
Myślę, że to może być trudne, jeśli wejdzie ktoś z ulicy i o takie coś zapyta. Nawet, jeśliby ktoś faktycznie chciał takie coś sprzedać, nie będzie się z tym obnosił - cierpliwie tłumaczył Igo.
Ile kosztuje taki przykładowy przedmiot, z którym się spotkałeś?
Koszt to kilkadziesiąt złotych ambardów, ale wszystko zależy od tego jaka cecha zawarta jest w przedmiocie, bo cena może być nawet kilkukrotnie wyższa.
Czyli jednym słowem rozdawnictwo na dziwki i wino było błędem, bo mogłem oszczędzać na coś przydatnego, co nie byłoby winem i dziwkami – stwierdziłem - Trzeba dowiedzieć się ile taka usługa identyfikacji kosztuje, bo z tego co mówisz, jeśli mamy jeden magiczny miecz, a te przedmioty są tak rzadkie, nie będziemy znajdować ich nie wiadomo ile – powiedziałem.
Dlatego też się nad tym zastanawiamy – odparł Igo – Zorientuję się w cenach i wrócimy do tematu.
Ale Igo – powiedział Kejn – Przecież to jest inwestycja na przyszłość, na pewno opłaca się bardziej, abyś ty to robił. Ile może kosztować taka usługa?
Nie wiem, mogę tylko strzelać.
To kurwa strzelaj – wydarł się Kejn.
Po co ma strzelać, skoro może iść i się dowiedzieć – powiedziałem.
Od piętnastu do dwudziestu ambardów – powiedział Igo.
Zatem pytam – powiedziałem – Czy zasadne na ten moment jest kupowanie samego czaru, który może kosztować do czterdziestu? Skoro sam Igo powiedział, że to, iż w ogóle coś mamy, to ogromne szczęście i może nigdy już nic takiego nie znajdziemy?
Jesteś idiotą – odparł Kejn – Oni cię w jakiejś klatce trzymali?
Zgadzam się z Tsume - poparł mnie Dalinar.
Co? Z nim? - rzekł zaskoczony Kejn.
Niech dowie się o ceny – powiedział Dalinar.
Co? Kurwa dowiedzieć się ma iść i kupić – krzyczał elf.
Za co? - zadałem pytanie – Jak on nawet nie ma takiej kasy i kto tu jest idiotą?
Za nasze pieniądze – krzyczał dalej Kejn.
Przepraszam drogi Igo, czy posiadasz może na tyle złota, aby zakupić ów czar? - zapytałem uprzejmie.
No nie – odparł Igo.
Masz tu naszą sakiewkę - i Kejn zaczął wciskać mu mieszek. Chyba nie docierało do niego to, że pieniądze z naszej wspólnej sakiewki, plus to co ma Igo i tak nie starczy.
Nie chcę żadnych pieniędzy – odparł Igo - Muszę się dowiedzieć o jak najlepszą cenę.
Nie rozumiesz, że Igo może mieć jakieś swoje wydatki? - zapytałem elfa, ale wątpiłem czy coś do niego dotrze.
Ja muszę się dowiedzieć o cenę mojego szkolenia – odparł Dalinar – I może się okazać, że te pieniądze są mi potrzebne.
Dopiero po słowach Dalinara odpuścił.
Nazajutrz Kejn z Dalinarem wyruszyli na miasto, porozglądać się za bronią, a Igo wyruszył do pani Jahiry, aby rozwiać nasze domysły odnośnie identyfikacji. Ja postanowiłem w spokoju pomedytować nad tym, czego potrafię już dokonywać dzięki Ki. Wciąż widziałem miejsce na poprawę pewnych aspektów, lecz luki w mych umiejętnościach, były jak niewypowiedziana myśl na końcu języka. Wiedziałem niby co poprawić, ale nie umiałem sobie tego zwizualizować. Może, kiedy uda zapanować się nad wewnętrzną równowagą, rozwiązania przyjdą łatwiej. Spróbowałem ponownie haiku:
***Wkurzający elf krzyczy
Kapłan śmieje się
Mądrość nie dla niego jest***
Chyba obrałem zły temat wiersza, bo na wspomnienie ostatniego zachowania Kejna, znowu się denerwowałem. Darowałem sobie dalsze medytacje.
Bracia wrócili, późnym popołudniem.
Ile kosztuje formuła czaru Igo? - zapytał elf.
Negocjacje szły ciężko – odparł mag – Sam czar to trzydzieści pięć ambardów.
A samo zidentyfikowanie?
Nie wiem, nie spytałem – odparł Igo.
No ale chyba po to wychodziłeś – dodał Kejn.
Załatwiałem wiele różnych rzeczy i zwyczajnie wyleciało mi to z głowy – wytłumaczył się Igo – A i jeszcze jedno, pergamin z czarem „Cisza” mogę sprzedać za trzy ambardy, a teleportację za osiem.
No a chcemy się tego w ogóle pozbywać? – zdziwiłem się.
Nie mówię, że mamy to sprzedać, tylko mówię informacyjnie – wyjaśnił Igo.
A ile wart jest kryształ amuru? - ciekawy był Dalinar.
Nie wiem, nie miałem go ze sobą – powiedział Igo.
Jak go nie miałeś? Poszedłeś sprawdzić ile jest warty i go nie zabrałeś? - pytał mocno zaskoczony kapłan.
Wezmę go jutro jak pójdę zapytać o koszty identyfikacji – spokojnie powiedział mag.
Czyli co, uważasz, że nie warto kupować tego czaru? – zapytał Kejn Igo.
Uważam, że jak najbardziej warto – zaprzeczył mag.
Po czym wniosłeś, że uważa iż nie warto go kupić? – z zaciekawieniem spytałem elfa.
No bo widzę jak się zachowuje – znowu krzyknął Kejn.
A co mam na myśl o nim sikać po nogach, być bardziej podniecony, czy co? - z rozbawieniem pytał Igo.
Dobra, zajmiemy się tym jutro, jak wycenię kamień amuru i dowiem się ile kosztuje usługa identyfikacji, a teraz zawsze można zaszaleć, napić się i iść na dziwki – zatarł ręce Igo, mówiąc o tym z wyraźniejszym podnieceniem, niż o zakupie czaru.
No ale mamy na to? - zadałem pytanie.
Na zabawę musi się znaleźć zawsze – poważnie rzekł mag.
Pytanie co ty chcesz ruchać, że boisz się, że braknie – zapytał Kejn.
Jak już mam ruchać, to nie jakieś padło i żłopać jakieś szczyny – odparłem.
Przecież mamy wspólną kasę – tłumaczył Igo.
No dobrze, ale tak żeby ewentualnie starczyło z tego na czar – tłumaczyłem, wiedząc, że i bez zabawy nas nie stać. Co usiłowałem wytłumaczyć Kejnowi wcześniej.
Nie stać nas na czar – z prostotą odparł elf.
Jak nie stać, przecież wczoraj mówiłeś „idź kup” - wbijałem szpilkę.
No bo nie wiedziałem, kurwa, że to trzydzieści pięć ambardów! - Kejn wytrwale robił z siebie idiotę.
Mamy dwadzieścia osiem wspólnych ambardów, wystarczy złożyć się na brakujące siedem – powiedział Dalinar.
No tak, tylko, że ja mam siedem wszystkiego – powiedziałem – to raz, a dwa nadal trzeba kupić perły, które są potrzebne do rzucenia tego czaru. Dalej jestem za tym, aby Igo dowiedział się jaka jest cena usługi. Jeśli będzie akceptowalna, to jak dopisze nam szczęście, zidentyfikujemy jeden przedmiot, spieniężymy go i za pozyskane monety kupimy już sam czar.
Wątpię, żebyśmy chcieli się czegoś pozbywać – rzekł Dalinar.
Tego nie wiemy. Jutro Igo zorientuje się jeszcze w cenach i pomyślimy – powiedziałem.
Następnego dnia Igo ponownie wyszedł na miasto, nie było go może z dwie godziny po czym wrócił z informacjami.
Identyfikacja to koszt piętnastu ambardów, natomiast za kamień amuru mogę otrzymać dwanaście.
W końcu wiemy jakie są ceny i trzeba coś zdecydować – powiedziałem - Spróbujmy to podsumować. Za czar i dwa składniki musimy wypłacić pięćdziesiąt pięć ambardów, jeżeli zdecydujemy się, aby zidentyfikował nam to ktoś, to trzydzieści.
Musimy sami zidentyfikować aż siedem przedmiotów, aby czar się zwrócił, bo dziesięć to i tak koszt składnika, a usługa kosztuje tylko pięć. Więc siedem razy pięć to trzydzieści pięć - tłumaczył Dalinar - Wydaje mi się, że przy naszym aktualnym stanie posiadania, nie stać na na to, abyś zakupił ten czar.
Też tak uważam – powiedziałem – Uważam, że to przydatne zaklęcie, ale tylko w momencie, kiedy będzie nas na to stać.
Jest jeszcze inny aspekt posiadania tego czaru – dodał Dalinar - Jeśli nadarzy się potrzeba, a go nie będziemy posiadać, to nie zidentyfikujemy nic poza Mar-Margot.
Ja to rozumiem – odrzekłem – Ale ja mam siedem złotych ambardów. Wiem, że jestem tani w utrzymaniu, bo tylko dziwki, wino i jedzenie, ale bez przesady. Może kiedyś też wpadnie mi w oko jakiś przedmiot i od dziś chciałbym mieć na to zapas gotówki. Dotychczas nie wiedziałem nawet, że mogę na coś takiego potrzebować złota.
Ja bym sugerował sprzedać kryształ amuru, a pergaminy zostawić – powiedział Dalinar.
A ja bym sugerował go nie sprzedawać, bo kryształ na pewno przyda się Igo – powiedziałem – Uważam też, że pergaminy mogą się przydać.
Ja uważam, że Igo może sobie kupić – odparł kapłan.
Nie no Dalinarze. To co, zakładając hipotetycznie, że ten kryształ magicznie przyspieszy walkę włócznią, to mamy ci go sprzedać? - powiedziałem – No chyba nie, raczej ci go oddamy, przynajmniej ja to tak widzę. Albo sprzedamy go, a ty sobie go odkupisz? Bo właśnie coś takiego powiedziałeś. Skoro znajdujemy przedmiot, który może przysłużyć się jednemu z nas, to powinien go otrzymać.
Jeśli uznamy, że oddajemy bezinteresownie takie przedmioty to dobrze – odparł Dalinar.
Przecież możemy to określić grupowo – odparłem.
Ale z tego co wiem, Igo już posiada kryształ i nie deklarował, że ten chce.
Mam, ale o wiele słabszy – powiedział Igo.
No to zróbmy tak. Igo sprzedaje słabszy, a ten sobie zachowuje – zaproponował Kejn.
No i to jest rozsądna propozycja – zgodziłem się z nim.
Po długich dyskusjach doszliśmy do wniosku, że zapłacimy za identyfikację przedmiotów, pergaminy zostają, a Igo spienięża swój kryształ i zamienia go na czarny. Kejn dał magowi wspólne pieniądze, a resztę miał dopłacić po sprzedaniu swojego kryształu. Igo zabrał pieniądze i udał się wraz ze znalezionym wisiorem oraz mieczem do Jahiry. Mag wrócił po dwóch godzinach i podał Kejnowi dwa i pół ambarda. Tyle zostało.
Kolejnego dnia wszyscy udaliśmy się do pani Jahiry, aby przekonać się, cóż też udało nam się zdobyć w Samotnej Wieży.

Widzę, iż pan przyprowadził swych kamratów – powiedziała czarodziejka.
To współwłaściciele - wyjaśnił Igo.
Udało mi się zbadać wisior. Jest rzeczą bardzo kunsztownie wykonaną. To przedmiot bardzo przydatny czarownikom. Mianowicie jest to amulet, który może skondensować energię magiczną. Można go naładować w ten sposób, aby rzucający nie musiał czerpać z puli własnej energii. Mało tego, jest to rubin, a jak zapewne panie wiesz rubiny wzmacniają czary ognia.
Igo dopytywał jeszcze o jakieś magiczne zawiłości, których nie pojmowałem.
Tak z ciekawości ile jest warty? – zapytał Dalinar.
Ja z chęcią odkupiłabym go za jakieś dwadzieścia sześć ambardów. To dosyć wartościowa rzecz.
Macie jeszcze jakieś pytania chłopaki? – zagaił Igo.
-W sumie ja mam – powiedziałem – Mówi pani, żeby go od nas zakupiła. Czy zatem oferuje też pani podobne przedmioty?
Czasami mam coś na sprzedaż – odparła Jahira – Ale co cię panie dokładnie interesuje?
Coś co pomogłoby wojownikowi – odparłem – Z tym, że ja nie walczę bronią.
Kiedyś miałam taką bransoletę, sprzedałam ją pewnemu człowiekowi, który walczył na pięści na arenie. Bransoleta zawierała pewien rodzaj energii i gdy przeciwnik został trafiony, energia to przechodziła na niego, wzmacniając uderzenie. Czasem coś takiego wpada w moje ręce, trzeba pytać lub zlecić, abym ja rozglądała się za czymś konkretnym - spokojnym głosem tłumaczyła czarodziejka.
A tak z ciekawości jaka była cena?
To było dosyć dawno, lecz przypuszczam, że około pięćdziesięciu lub nawet sześćdziesięciu ambardów.
Dziękuję za informacje.
Jeśli chodzi o ten miecz, to będę o nim wiedziała coś dopiero za dwa dni. Nie chcę ryzykować identyfikacji dzień po dniu. Do tego typu pracy mag musi zabierać się wypoczęty.
Podziękowaliśmy i spokojnym krokiem ruszyliśmy do nory.
I co z tym wisiorem? - zapytał Igo.
No nam się nie przyda, to ty musisz określić, czy jest dla ciebie czymś wartościowym – odparłem.
Jest to wartościowe i bardzo przydatne w walce – odparł Igo.
Zatem zachowaj go i po temacie.
Po południu odwiedził nas Torsten.
Gdzie wy się szwendacie? Byłem tu już dwa razy. Złe wieści!
Jakie złe wieści? – zapytał Kejn.
Żartowałem – wyciągnął pękatą sakiewkę i położył na stół – A to premia - obok pierwszej wylądowała druga - Mój zleceniodawca jest bardzo zadowolony. Pięćdziesiąt wedle umowy, a trzydzieści dodatkowo od Camarala. Sprawiliście się! Doszły nas też słuchy, że baron wypłacił nagrodę za głowę Łaskotka.
Torsten był uśmiechnięty od ucha do ucha.
Tak więc oficjalne podziękowania. Powiem tak, to było trudne zadanie, ale szef jest z was bardzo zadowolony. Macie teraz tydzień wolnego na koszt firmy. Bawcie się, pijcie, a i dziwek wam nie braknie.
Torstenie, czy wiesz może, gdzie można kupić broń dobrej jakości? – zapytał Kejn.
Torsten wymienił kilka miejsc, jak się okazało moi braci już wszystkie je odwiedzili.
A może mógłbyś polecić kogoś kto szkoli w walce włócznią? - zapytał Dalinar.
Jest taki ork, Gundar się zowie. On wprawdzie zajmuje się alchemią, lecz jego liczni kuzyni są bardzo dobrzy w tego typu broniach. Znajdziesz go w dzielnicy handlowej.
Dobra słuchajcie, jesteście gotowi na więcej? - zapytał Torsten.
Oczywiście – odparł Dalinar.
Zróbmy tak – ciągnął porucznik – Macie tydzień wolnego, ale po tygodniu bądźcie tutaj. Jest poważne zadanie do wykonania. Jak mówię, że jest poważne, to nie ma żartów. Jeśli je wykonacie, o ile się go w ogóle podejmiecie, zyskacie wdzięczność samego szefa. A więc za tydzień spotkacie się z Camaralem i to on poda szczegóły. Postarajcie się być w formie na spotkane, więc unikajcie jakichś niepotrzebnych, nerwowych sytuacji. Karczmarzu! Piwa dla moich najlepszych ludzi! – krzyknął Torsten, pożegnał się i wyszedł.
Karczmarz podał nam duży dzban wybornego piwa.
Jest jeszcze temat Tesijczyka – zaczął Igo – Mamy broszę od Hektora.
Nie no, myślę, że czekamy - odparłem – Jak na razie wszystko idzie dobrze z Camaralem. Niech Tesijczyk będzie naszą ostatnią deska ratunku.
Pomyślałem jeszcze, aby pamiętać o Kościeju, bo może być ważną częścią tej układanki.
Wszyscy udaliśmy się do Dzielnicy Handlowej, by odszukać Gundara-alchemika. Okazało się, że był postacią znaną, więc szybko wskazano nam drogę do jego przybytku. Otworzył nam wysoki na ponad dwa metry, zgarbiony, o zielonej skórze ork.
Tak?
Szukamy alchemika Gundara – powiedział Dalinar.
To ja – odparł ork.
Przekazano nam, że ponoć znasz kogoś, kto mógłby nauczyć mnie mistrzowskiej walki włócznią – kontynuował kapłan.
Kto przekazał? - dopytał ork.
Torsten – powiedział Kejn – Ponoć któryś z twoich kuzynów mógłby to zrobić.
Torsten, Torsten nie znam – rzekł ork – A wy tu stąd jesteście?
Skinęliśmy głową.
- Najemnicy? Camaralczycy?
Ponownie skinęliśmy głowami.
Pod koniec roku, na Święto Gwiazd przyjeżdżają moi kuzyni. Przyjdźcie wtedy, będą tu cały miesiąc.
Dobrze, na pewno się zjawię – powiedział Dalinar.
Wróciliśmy do nory, gdzie korzystaliśmy z dobrodziejstw, które zaproponował nam Torsten. Tego dnia jeszcze spokojnie, jako że rano chcieliśmy wyglądać jakoś u pani Jahiry. Dziwki, z którymi skończyliśmy, wyglądały na bardziej zmęczone od nas. Kolejnego dnia, z wielkim zaciekawieniem poszliśmy dowiedzieć się co zaklęte jest w mieczu. Ponownie udaliśmy się do pani czarodziejki.
Tak jak mówiłam, panie Igo, ten miecz to wytwór elfów z dawnych lat – zaczęła czarodziejka – Ma ponad sto lat i pewni kolekcjonerzy na pewno byliby nim zainteresowani. Lecz nie to jest najważniejsze. Miecz ten został zaklęty elfią magią. Jest to naprawdę znakomita broń, może nie było tego widać na pierwszy rzut oka, lecz pozwoliłam go sobie wyczyścić. Rozwinęła tkaninę, w której przyniosła miecz. Magia wzmacnia jego siłę, jest bardzo ostry i praktycznie nie do złamania i jest wstanie ranić istoty, które niepodatne są na zwykłą broń. Jest wiele istot błąkających się po tym świecie, które można zranić tylko taką bronią. Nieumarli, duchy, zjawy.
Ogólnie bardzo dobra zabawka – powiedział Kejn z błyskiem w oku.
Jest to wyśmienita broń – powiedziała Jahira – Nie jestem niestety w stanie jej wycenić, lecz mogę poszukać kogoś, kto byłby taką bronią zainteresowany.
Kejnie, czy ty mógłbyś się posługiwać takim mieczem? – zapytał Igo.
Tak, lecz musiałbym chwilę się z nim zapoznać, ale myślę, że tak – odpowiedział elf.
No nic, bardzo dziękujemy – powiedział mag.
Mam jeszcze jedno pytanie – zacząłem – Choć trochę niezręcznie pytać mnie panią o konkurencję, lecz czy jest ktoś w mieście, kto mógłby posiadać przedmioty, o które pytałem?
Niestety nie kojarzę, w tych czasach niezmiernie trudno o zgodę Kościoła na handel tego typu rzeczami – wytłumaczyła czarodziejka.
Pożegnaliśmy czarodziejkę i ruszyliśmy do nory. W drodze Kejn powiedział:
Nie naciskam, ale co z nim robimy?
Myślę, że taka broń bardzo wzmocni nas bojowo – powiedział Igo – I w razie kolejne konfrontacji z istotą taką jak w wieży, nasze szanse rosną.
Zgodnie stwierdziliśmy, aby Kejn zatrzymał miecz. Kiedy przyszliśmy do noclegowni, oznajmiłem:
Panowie, chyba czas, abym zorganizował jakąś imprezkę.
Jak zorganizował? Jak mamy wszystko za darmo – zaśmiał się Igo.
Igo – rzekłem z politowaniem – Za darmo to mamy jakieś standardowe atrakcje, a na mojej imprezie ma być kurwa wszystko! Ma być beczułka pontarskiego, najlepsze dziwki, najlepsze żarcie i mamy się bawić całą dobę, jeśli tylko starczy sił.
Wysupłałem z mieszka kilka złotych monet, podrzuciłem je do góry i zręcznie złapałem. Moim braciom głupkowate uśmiechy nie schodziły z twarzy. Nora nie widziała jeszcze takiej popijawy, a my nie zakosztowaliśmy nigdy takich kobiet. Następnym razem nie mogę zapomnieć o bardzie. Koniecznie musi być bard. Tak jak spektakularna była to zabawa, jeszcze bardziej spektakularny był kac. Nawet trawa w ten dzień rosła zbyt głośno.
Dwa dni później okazało się, że Kejn, kiedy wraz z Dalinarem chodzili po mieście i załatwiali swoje sprawunki, zapisał się na turniej na arenie poza miastem. Miejsce zowie się Koroną Mistrzów i należy do znakomitego krasnoludzkiego płatnerza o wdzięcznym imieniu Ranban ver Gamar-dan-daramal. Oprócz wyrobu broni ma swoją prywatną arenę gladiatorów, na której swoich ludzi wystawiają prominentni urzędnicy miejscy i tutejsi arystokraci.
Udaliśmy się obserwować jego zmagania w kwalifikacjach, bo w miejscu tym nie biorą ludzi z ulicy. Elf dosyć sprawnie poradził sobie z dwoma innymi pretendentami do turnieju i dostał zaproszenie na zawody, które miałe odbyć się pierwszego września. Pogratulowaliśmy mu serdecznie.
Minęło siedem dni od spotkania z Torstenem i po południu karczmarz z nory oznajmił, abyśmy wieczorem udali się do Bakaraka.
- Szef chce was widzieć - powiedział krótko .
Wieczorem poszliśmy do karczmy, która jak zwykle o tej godzinie tętniła życiem. Karczmarz, widząc nas, skinął tylko głową w kierunku drzwi, za którymi było zejście do dolnej sali. Tam jak zwykle zostaliśmy przeszukani i wpuszczeni do środka. Zaskoczyła nas kompletna cisza. Sala była pusta i pogrążona w półmroku, a pomieszczenie rozświetlała tylko jedna latarnia na barze i tylko jeden stolik tonął w dziwnym fioletowym świetle. Podeszliśmy bliżej. Przy stole siedział Camaral, jego czterech poruczników oraz czarodziej Nubrimus. Na stole leżała dziwna fioletowa płachta, która coś zakrywała. To właśnie ona emitowała dziwne światło.
- Witajcie chłopaki – powiedział Torsten.
Przy stole były jeszcze cztery puste krzesła. Torsten wskazał je dłonią.
Siadajcie – rzekł.
Po pierwsze chciałem wam podziękować za wykonanie poprzedniego zadania – odezwał się Camaral – Naprawdę dobra robota. Jesteśmy z was dumni. To co tutaj usłyszycie musi być zachowane w ścisłej tajemnicy.
Dlatego też takie środki ostrożności – powiedział Torsten, wskazując na pustą salę - Nie chcemy żadnych świadków. Jest pewien prywatny zleceniodawca, który ma pewnę sprawę do załatwienia. Zwykle się takich spraw nie podejmujemy, lecz jest to osoba bardzo wpływowa. Mamy z nim dobre kontakty, których nie chcemy psuć. Jest pewna grupa, która coś ukradła. Grupie przewodzi niejaki Alaanor, elfi przestępca i doskonały łucznik, z dumą dzierżący wspaniały norishiański łuk zwany Białą Zgubą. Mają też w grupie czarownika. Ukradli coś czego nie powinni kraść. To pewien przedmiot, zwany Kosturem Dusz, obiekt kultu. Naszym celem jest zdobycie go i eliminacja grupy.
Jest jeden problem - powiedział Nubrimus – Czarownik tej grupy skutecznie uniemożliwia wytropienie przedmiotu. Jest jednak coś o czym nie wiedzą. Kostur jest częścią większej całości, dzięki której będzie możliwe jego odnalezienie. Dawno temu, jeszcze przed Zaćmieniem, zdobił go cudowny kamień, zwany Czarnym Kamieniem Sumień i był przedmiotem kultu pewnej społeczności trolli, zwanych Dahijczykami, zamieszkującymi Przecięte Pasmo – góry na północny-zachód od Białej Osady. Waszym zadaniem będzie odnalezienie tego kamienia, dzięki czemu wytropię Kostur Dusz. To doprowadzi was do grupy. Nikt z niej nie może przeżyć. Legenda mówi, że zaraz przed Zaćmieniem, Dahijczycy przybyli z północy po upadku ich króla i czczą tutaj demoniczne bóstwo zwane Oze-Dakhe. Ich społeczność składa się z szamanów, którzy stanowią swego rodzaju szlachtę oraz wojowników. Z północy przywieźli ze sobą także wiedzę zwaną Zagadkami Menhirów. Zagadki Menhirów bywały znajdowane już wcześniej, na kamiennych obeliskach w pobliżu rozległych jaskiń i były na swój sposób matematyczne. Nie wszystkie rodzaje tych zagadek są dzisiaj jasne dla uczonych, ale większość polegała na podawaniu wymiarów pomieszczenia, a ostatnia z liczb lub znaków była wskazówką, gdzie ukryty jest skarb lub tajna komnata. Niektóre były bardzo skomplikowane i bez klucza nie było mowy o ich rozwikłaniu, a niektóre były banalne. Idea jednak zawsze skupiała się na wymiarach.
W osadzie Dahijczyków znajduje się obelisk, na którym dawno temu wyryto Zagadkę Menhirów. Podejrzewamy, że rozwiązanie zagadki zapewne prowadzi do systemu ich jaskiń, gdzie znajduje się poszukiwany kamień.
Po chwili odezwał się Torsten:
- Za przyniesienie kamienia dostaniecie pięćdziesiąt złotych ambardów. A później, kiedy już zlokalizujemy złodziei przy pomocy kamienia, za znalezienie Kostura i zabicie Alaanora otrzymacie kolejne sto pięćdziesiąt. Warunek jest jeden – wtrącił Torsten – Wszyscy muszą zginąć, żadnych rozmów. Ma to być czysta robota. Rozumiemy się?
Skinęliśmy głowami.
W pobliżu Przeciętego Pasma znajduje się kilka ufortyfikowanych osad górniczych, należących głównie do krasnoludów. Jeśli podejmiecie się zadania, to otrzymacie też mapę do miejsca, gdzie znajduje się osada traperów – będziecie musieli wynająć sobie przewodnika, który zaprowadzi was na miejsce, w pobliże osady Dahijczyków. Macie trzy dni. Zastanówcie się czy podejmiecie się tego zadania.
A czy teraz te tereny są zamieszkałe przez trolle? – zapytał Dalinar.
Tak i są nieprzyjaźnie nastawione do ludzi. Napadają okolice i polują na niewolników.
Czy możesz podać przykład Zagadki Menhirów? - zwróciłem się do Nubrimusa.
Tak jak mówiłem, wiem tyle, że to zazwyczaj zagadki oparte o liczby. Pierwsze z nich wskazują lokalizację, a ostania dokładne miejsce ukrycia skarbu. Praktycznie wszystkie odnoszą się do wymiarów – odparł mag.
A czy można gdzieś o tym przeczytać? – dopytywałem.
Cóż, to stara i zapomniana wiedza ludów północy. Zapewne gdzieś w jakichś prywatnych zbiorach ktoś posiada tego typu wiedzę. A dlaczego pytasz?
Skoro mamy ją rozwiązać, dobrze było by się do tego jakoś przygotować – wyjaśniłem.
Liczymy na waszą kreatywność – odparł Nubrimus – Trolle zamieszkują tamtejsze jaskinie, liczymy że rozwiązanie zagadki wskaże miejsce ukrycia kamienia.
A czy widziałeś kiedyś taką zagadkę? - dopytywałem.
Tak, najprostsze wyglądały następująco: ciąg trzech cyfr, po których następował znak równości, a potem symbol strzałek w cztery strony z kropką pośrodku. Oznaczało to, że skarb jest centralnie w środku pomieszczenia, które odpowiadało podanym wymiarom. Dlaczego pytasz, interesujesz się taka wiedzą? – zapytał mag.
No tak, interesuję się skoro jedną z takich zagadek mamy rozwikłać – tłumaczyłem lekko poirytowany – Czy wymiary były w metrach?
Nie, wtedy nie było takich jednostek miary – wyjaśnił Nubrimus.
A czy orientujemy się jakie wtedy były jednostki miary?
Stopy, łokcie, stare łokcie, duże łokcie, ale proporcje zawsze się zgadzały – odparł mag.
Przypomniało mi się, że kiedyś widziałem taki ciąg liczb – przyszedł mi do głowy ciąg liczb z grobowca von Trakków.
Gdzie to widziałeś? - wyraźnie zainteresował się mag. Na mój gust, jego zainteresowanie było zbyt duże.
Nieważne, ale jak chcesz mogę ci go zapisać.
Nubrimus podał mi kawałek papieru, a ja zanotowałem liczby ze złotej tabliczki. Mag patrzył na to przez chwilę z zainteresowaniem i po chwili znowu zapytał:
Gdzie się z tym spotkałeś?
Myślę, że teraz to nie ma znaczenia. Bardziej interesuje mnie, czy to może być taka zagadka? Abyśmy wiedzieli mniej więcej czego się spodziewać.
Możliwe, iż tak właśnie jest. Bardzo ciekawe – powiedział zamyślony mag.
Czy te znaki oznaczają działanie matematyczne? - dopytywał Igo.
Zapis sugeruje zadanie matematyczne, lecz to zapewne mogą być podane wymiary, tylko gdzie to widzieliście? - nie odpuszczał Nubrimus.
Powiedzmy, że i my mamy swoje sekrety – odparłem.
Wielce interesujące – powiedział mag.
No to macie trzy dni na zastanowienie się – rzekł Torsten – Po trzech dniach się zjawię i zapytam was o decyzję.
Zadanie wygląda na bardzo interesujące – zaczął Igo – Czy jeśli się zdecydujemy, będzie jeszcze czas na omówienie interesujących nasz szczegółów?
Jak najbardziej – odparł Torsten.
Jeszcze jedno pytanie – rzekłem – Wiemy o tym, że trolle posiadają moc regeneracji. Jak z nimi walczyć?
Ogień i magia – odparł Nubrimus – Mając ze sobą maga – wskazał głową na Igo - Na pewno coś wymyślicie i dacie sobie radę.
Dobra chłopaki – odezwał się Camaral – macie trzy dni na przemyślenie tematu. Jeśli się nie zgodzicie, to co tu usłyszeliście ma zostać między nami. Możecie odejść.
Udaliśmy się do nory, gdzie Dalinar zauważył jedną rzecz:
Najciekawsze jest to co powiedzieli. Żadnych rozmów i wszyscy mają zginąć.
Też to zauważyłem i myślę, że wstępnie musimy nastawić się na rzeź, bo drugi raz numer, że kogoś ocalimy nie przejdzie – powiedziałem.
Postanowiliśmy się przespać z tym problemem.