Kronika

Kroniki XV: Zawód Łowca Nagród – Polowanie na Łaskotka (część II)

Propozycja karczmarza wyprowadziła mnie z równowagi. Muszę chyba więcej uwagi przykładać do spokoju swojego ducha. Zbyt szybko się denerwuję, a kiedy myślę w gniewie, do głowy przychodzą mi pomysły, które nawet przez myśl by nieprzeszły,...

18.04.2026 • Prosiak • Tsume de Vries • Kroniki rodziny de Vries

Propozycja karczmarza wyprowadziła mnie z równowagi. Muszę chyba więcej uwagi przykładać do spokoju swojego ducha. Zbyt szybko się denerwuję, a kiedy myślę w gniewie, do głowy przychodzą mi pomysły, które nawet przez myśl by nieprzeszły, gdy jestem spokojny.

Wszak tyle razy mi powtarzałeś.

„Kiedy gniew zawładnie tobą, trzymaj język za zębami.”

Nie pamiętając tej rady, powiedziałem chłodno:

  • Spalmy tę karczmę, nabierzemy wprawy przed spaleniem Klasztoru Bezimiennych Sierot. A kiedy ta buda spłonie, Łaskotek straci źródło zaopatrzenia i będzie w dupie.

Bracia patrzyli na mnie jak na ducha.

  • Nie możemy spalić karczmy – powiedział Dalinar.

  • Mam wrażenie – powiedział Igo – że cała ta sprawa jakoś źle na ciebie wpływa. Jesteśmy tu raptem dwa dni, a ty zachowujesz się, jakbyśmy byli tu miesiąc.

  • Umówmy się ile czasu poświęcimy na czekanie, być może Elander nas oszukał – powiedziałem, nadal nie widząc nic absurdalnego w spaleniu karczmy.

  • Sugeruję na początek poczekać tydzień – tłumaczył kapłan – jeśli wydarzenia na turnieju miały miejsce kilka dni temu, to być może ich pierwsze kroki, to nie będzie uzupełnienie zapasów, tylko przyczajenie się, aż sprawa ucichnie, a nagonki się skończą.

Gniew powoli ustępował zdrowemu rozsądkowi i trudno było nie przyznać Dalinarowi racji. Nie miałem zbytnio czasu zastanawiać się nad swoim własnym wybuchem, jako że drzwi od karczmy otworzyły się z hukiem i do środka weszło pięciu żołnierzy z czarnym bykiem pod złotym słońcem w herbie. Ludzie barona. Mieli załadowane kusze i działali bardzo sprawnie. Jeden obstawił drzwi od strony traktu, drugi zabezpieczał schody, a kolejny podszedł do gospodarza i o coś zapytał.

  • Nie panie, u nas nikogo takiego nie ma! - odpowiedział ze strachem w głosie karczmarz.

Po chwili do karczmy weszło jeszcze czterech ludzi, jeden z nich widocznie wyższy rangą.

  • Wszyscy wychodzić z pokoi i na dół! – krzyknął, a kolejnych dwóch pobiegło na piętro.

Z góry dobiegło łomotanie do drzwi.

  • Otwierać i wszyscy na dół – z góry niosły się krzyki.

  • Panie poruczniku... – zaczął gospodarz

  • Zamknij się - przerwał mu jeden zbrojny – Ręce na szynk.

Gospodarz oraz mężczyzna z toporkiem przy pasie posłusznie wykonali polecenie.

  • Wyjdź zza baru i wołaj całą służbę!

Gospodarz wyszedł na środek i zaczął wołać na wszystkich, po chwili dół zapełnił się gośćmi oraz obsługą tawerny. Porucznik lustrował w ciszy pomieszczenie, jego wzrok na dłużej zatrzymał się na nas. Wszystko trwało kilka minut, siedzieliśmy w ciszy. Po chwili jeden ze zbrojnych coś zakomunikował przełożonemu i porucznik się odezwał.

  • W imieniu Barona von Baumanna wykonujemy przeszukanie tego przybytku. Czy ktoś z was, dobrzy ludzie, nie widział przypadkiem kręcących się tu podejrzanych osobników. Jeśli tak to do mnie. Teraz zostaniecie wszyscy na dole, a moi ludzie przeszukają pokoje. Szukamy zbiegów, którzy zaatakowali najznamienitszego, naszego najjaśniejszego pana barona.

  • A może warto im powiedzieć, po co tu jesteśmy – zacząłem.

  • Zamknąć się tam, co się dzieje?

  • Rozmawiamy – rzekł elf.

  • Nie rozmawiać – dwóch żołnierzy skierowało kusze w naszych kierunkach.

Trzech żołnierzy pobiegło na górę przeszukiwać pokoje, a reszta czujnie lustrowała salę.

  • Jeśli ktoś ma coś do ukrycia przyznać się od razu. Baron jest sprawiedliwym człowiekiem. Jeśli macie jakieś informacje, pan baron przeznaczył ogromną nagrodę. Możecie dostatnio żyć do końca swych dni.

Nikt nie ruszył się z miejsca.

  • Nie panie - zaczął gospodarz - naprawdę nic się tu nie dzieje.

  • Zamknij się powiedziałem – odparł stanowczo porucznik.

Gospodarz umilkł w momencie. Przeszukanie trwało około godziny. Jedna osoba chciała wyjść do wychodka. Dostał opancerzoną rękawicą w głowę i już nikt się nie odzywał. Po godzinie wróciło trzech żołnierzy. Zdali krótki meldunek.

  • Przeszukajcie zaplecze i magazyn, na pewno gdzieś tu są.

  • Ale panie - ponownie odezwał się gospodarz.

  • Zamknij się. Następnym razem cię zastrzelę.

Karczmarz ponownie zamilkł. Po kolejnej godzinie żołnierze znowu wrócili z meldunkiem. Porucznik szepnął coś do gospodarza, ten tylko skinął głową.

  • Wszyscy wynoście się do pokoi! – krzyknął porucznik – W wy – wskazał na nas – Zostańcie. Chcę z wami porozmawiać – usiadł przy ławie w rogu – Zapraszam – wskazał dłonią.

Usiedliśmy na wskazanych miejscach.

  • Panowie kim jesteście? Nie wyglądacie mi na flisaków, ani żeglarzy.

  • No nie – odparł Dalinar – jesteśmy najemnikami.

  • Najemnikami na służbie u kogo? Glejty jakieś macie?

  • Pracujemy dla Camaralczyków.

  • Nie wiem kto to jest – odparł - Co tu robicie? Szukacie roboty w takiej dziurze?

  • A czego wy tu szukacie? Ktoś chyba zaszedł baronowi mocno za skórę – odpowiedział pytaniem na pytanie kapłan.

  • Dobrze wiecie kogo, szukamy zamachowca, który targnął się na jego życie.

  • A wiecie jak wygląda? – dopytywał Dalinar – Jeśli się na takiego napatoczymy, będziemy mogli go ująć i dostarczyć baronowi.

  • Jest jakaś nagroda? – zapytał Igo.

  • Panowie, chciałbym, abyście pojechali ze mną.

  • Ale gdzie?

  • Do zamku pana barona.

  • Ale po co ?

  • Tam sobie wszystko wyjaśnimy.

  • Ale na jakiej podstawie? – dopytywał Dalinar – Siedzimy sobie w tawernie, pijemy piwo, nikomu nie wadzimy.

  • Jak długo tu jesteście? Gospodarz mówi, że kilka dni.

  • Dwa dni, gospodarz powinien chyba żłopać mniej piwa.

  • Skąd podróżujecie?

  • Z Gadarty – odparłem.

  • I co, szukacie roboty po takich zapadłych dziurach?

  • Wszędzie można znaleźć robotę, nawet tu karczmarz proponował nam ochronę swoich transportów.

  • Nie wiem kim jesteście, ale brzmi to co najmniej podejrzanie. Zbierzcie swoje rzeczy albo przedstawcie swoje glejty, kim jesteście naprawdę.

  • Mamy list gończy – powiedział Igo, a Kejn mu go pokazał.

  • Lord Heinrich, wie że tu jesteśmy – dodałem.

  • A to wszystko wyjaśnia – powiedział uspokojony porucznik.

  • A nie rozmawia się o takich rzeczach, jeśli kogoś się poszukuje, a wokół tyle ciekawskich uszu – dodałem

  • Trzeba było tak od razu – narzekał porucznik.

  • Ale jak od razu, skoro nawet obecny tu karczmarz jest przez was podejrzewany? – powiedziałem cicho.

  • Macie już jakieś tropy?

  • Niestety nie. Ale z chęcią dowiemy się kto stoi za zamachem w Roskannie, czy nie szukamy tych samych osób – powiedział Kapłan – jak ten ktoś wyglądał?

  • To informacje tajne – powiedział porucznik.

  • Nie rozumiem – rzekł Igo – Baron wyznaczył za niego nagrodę, to niby jak można go złapać, nie wiedząc kogo się szuka?

  • Niestety tego nie wiemy, cały czas trwa śledztwo – powiedział wyraźnie zły porucznik.

  • A jak wyglądała ta sytuacja? - dopytywał Dalinar.

  • Podczas turnieju zamachowiec ukrył się w folwarku pana Heinricha i strzelił do barona z kuszy. Odległość była naprawdę spora. Strzelec wyborowy.

  • Słyszeliśmy też, że były w to zamieszane jakieś moce magiczne.

  • Tak, była tam z baronem czarowniczka lady Kapadia. Ona oceniła, że był to atak magiczny. Bełt zamienił się po chwili w żmiję, która odpełzła w krzaki. Widziałem to na własne oczy. Nie wiemy czy zamachowiec działał sam czy z kimś, wiemy tylko skąd padł strzał. Nasi ludzie błyskawicznie przeczesywali teren, ale ten jakby rozpłynął się w powietrzu.

  • Z tego co kojarzę, dookoła folwarku są same pola, doskonale to widzieliśmy, odwiedzając lorda – powiedziałem – Nie mógł ujść niezauważony.

  • Dokładnie tak – rzekł porucznik – Magiczka stwierdziła, że został on wyciągnięty mocami magicznymi. Twierdzi, że został przeniesiony gdzieś na tereny w pobliżu folwarku. To na jej rozkaz przeszukujemy te tereny.

  • A czy w bandzie Łaskotka był jakiś mag, czy została do ataków użyta magia? - dopytywał Dalinar.

  • Nic mi o tym nie wiadomo.

  • A czemu zwą ich Żmijową Watahą? – zapytałem – Tak mi się jakoś skojarzyło z tym, że bełt zamienił się w żmiję.

  • To może być dobry trop – powiedział zbrojny – No ale czas na mnie. Wam panowie dziękuje za wyjaśnienia – powiedział głośno – jesteście wolni, odpoczywajcie po trudach podróży. A do ciebie gospodarzu mam kilka pytań.

Wróciliśmy do swojego pokoju. Zamek w drzwiach był wyłamany, a w pokoju panował nieład. Z pobieżnych oględzin wynikało, że nic nie zniknęło.

  • Mam nadzieję, że gospodarz nas nie słyszał, bo jeśli tak, jesteśmy tu spaleni – powiedział Kejn.

Uporządkowaliśmy pokój i poszliśmy z powrotem do stolika. Po chwili podszedł karczmarz.

  • Wszystko w porządku? Nieźle was dociskał.

  • Co tu się dzieje, że po trudach podróży, nawet w spokoju nie można odpoczywać – żalił się kapłan.

  • Widzicie. To co mówił ten pijaczyna okazało się prawdą i szukają teraz tego bandziora - zaczął gospodarz - Podnieść rękę na pana barona, to okrutna zbrodnia.

  • Dobrze, że nie mieliśmy z tym nic wspólnego – skwitowałem.

Gospodarz zadbał, by jeden z jego pracowników zajął się naprawą drzwi, a my wróciliśmy do pierwotnego planu i w każdej chwili ktoś z nas obserwował to co dzieje się za oknem pokoju.

Dalinar powiedział, że musimy wymyślić jakiś doby powód, dla którego tu jesteśmy, bo karczmarz coraz częściej dopytuje się o to, dlaczego tak tu siedzimy bez celu. Przy kolejnych dopytywaniach opowiedzieliśmy, iż dojść do siebie musimy. Sprzedaliśmy opowieść, że w okolicy Samotnej Wieży zaatakowała nas jakaś istota, a na dowód pokazałem mu swoje blizny. Przyznał, iż słyszał o tym miejscu złe legendy. I że nikt rozumny tam nie jeździ. Gospodarz chyba uwierzył, bo życzył powrotu do zdrowia i więcej się już nie narzucał.

Mijały kolejne dni. Kiedy przy oknie wartował Dalinar, bądź Igo, braliśmy konie i pokazywałem Kejnowi zagadnienia związane z jeździectwem. Elf uczył się szybko. Kolejne pięć lub sześć dni przebiegło spokojnie. Kolejnej nocy, kiedy wartowałem, dostrzegłem ruch od strony lasu.

Czekałem w napięciu. Po chwili rozróżniłem trzy postacie z mułami, zmierzające w kierunku tawerny. Kierowali się w stronę magazynu, a gdy tylko zniknęli mi z pola widzenia, ostrożnie obudziłem braci i nakazałem milczenie.

  • Trzy postacie wyszły z lasu z mułami i skierowali się do magazynu. Stąd już nic więcej nie widzę.

  • Poczekajcie aż wejdą w las i zobaczcie gdzie mają obóz – powiedział Dalinar.

  • To zły pomysł. Wystarczy nam, że będziemy wiedzieli, gdzie do tego lasu wejdą z powrotem. Mają ze sobą trzy muły i bez problemu odnajdę trop. W nocy to zły pomysł, uwierz mi Dalinarze, wiem co mówię.

  • Jeśli jest z nimi Łaskotek, to jest już po sprawie – mówił Kejn.

  • Nie mamy pewności, że on jest z nimi, a jeśli go nie ma, a tamci nie wrócą, to niepotrzebnie tylko ich zaalarmujemy – powiedziałem.

  • Do tego czasu przycisnę ich tak, że wyśpiewają wszystko - zapewniał elf.

  • Odpuszczamy – powiedziałem – wyśledzimy ich na spokojne.

  • Może pójdę i coś podsłucham – zaproponował Kejn.

  • Jeśli jesteś w stanie to zrobić to już – powiedziałem - bo za chwilę załadują wszystko i odjadą.

  • Rzucę na ciebie „Pajęczy chód” i błyskawicznie dostaniesz się tam po ścianie – zadeklarował Igo.

Igo zaczął szeptać słowa zaklęcia i po chwili elf zniknął za oknem.

Czekaliśmy w napięciu, obserwując teren przez okno. Przez jakieś pół godziny nic się nie działo, a później dostrzegłem dwóch ludzi, wchodzących z mułami do lasu, a po minucie w tym samym miejscu zniknęła trzecia osoba. Minęła jeszcze chwila, kiedy do okna zakradł się elf.

  • To była nasz okazja. Ten, który ostatni wszedł do lasu, to był Łaskotek – relacjonował Kejn – Pakowali jakieś towary, a gospodarz zapytał „ile jeszcze panie?”. Jeden z nich odpowiedział „tyle ile będzie trzeba, aż sprawiedliwości stanie się zadość.” Życzyli sobie, aby bóg miał ich w opiece i że zjawią się znowu, tak jak zwykle. Towary wydawał oberżysta i ten gość z pałką.

  • Rozpoznałeś Łaskotka? – dopytywał Igo - Był podobny do tego z glejtu?

  • Nie wiem, było ciemno, ale karczmarz zwrócił się do niego panie.

  • No to po czym wnosisz, że był to Łaskotek? Po stwierdzeniu panie? - dziwił się Igo.

  • W sumie to racja, nie wiem czemu założyłem, że to on – powiedział elf - A i jeszcze jedno. Oberżysta ostrzegał ich, że ludzie barona mocno węszą. O nas nic nie wspominał.

  • Mamy na tyle dobrze – przerwałem opowieść Kejna - że trenowaliśmy jazdę konną i wyjeżdżaliśmy codziennie. Rano znowu wyjedziemy, zostawimy konie w bezpiecznym miejscu i udamy się tropem. Zlokalizujemy ich obóz, w miarę możliwości ocenimy sytuację i wrócimy po was.

Aby wzbudzać jak najmniejsze podejrzenia, zjedliśmy jak co dzień śniadanie. Przy śniadaniu Dalinar poruszył pewną kwestię.

  • Zastanawia mnie o co chodzi z tym „aż sprawiedliwości stanie się zadość” oraz to co o Łaskotku mówił Elander.

  • Mieliśmy okazję się dowiedzieć – powiedział Igo – nie skorzystaliśmy z niej.

  • Powiem tak – odezwałem się cicho – kiedy mówiłem, że być może Łaskotek może mieć podobne jak my nastawienie do wiary w Delidię, nieważne czy zbieżne z naszymi działaniami, przez przypadek czy nie, to naskoczyliście na mnie, ty i ty i ty – wymownie wskazałem ich palcami – że choćby nie wiem co, nawet jakby to było wcielenie starych bogów, zabijamy go, bo potrzebujemy się piąć w szeregach Camaralczyków. Więc odpuściłem. Zatem po co teraz krok od jego pojmania o tym dyskutujemy?!

  • Ustaliliśmy nasze priorytety – powiedział Kejn – I teraz to kim on jest, nie ma już znaczenia. Niestety, jeśli chcemy zyskać reputację, to musimy to zrobić – ciągnął elf – Faktycznie, przez cały czas kiedy go szukamy, nikt ze zwykłych ludzi na jego działania się nie skarżył. Zabić go chcą tylko ci, którzy dzierżą władzę z rąk kościoła. Czyli ci, którym my też chcemy się przeciwstawiać. Tylko co z tego. Odpuściwszy zadanie stracimy w oczach Camaralczyków lub nawet staniemy się wrogami możnych.

  • Ja mam inne pytanie. Czy zastanawialiście się nad tym i nie mówię tu o Łaskotu, a w sumie może i o nim, że jest osobą tak ważną dla świata lub sprawie walki z Delidią, że będzie to dla nas ważniejsze niż pomszczenie naszych rodziców? - zapytałem.

  • Nie – pewnie odpowiedział Kejn.

  • Bo ja z biegiem czasu powoli tracę ten cel z oczu – przyznałem – i zaczynam widzieć inne ważne sprawy.

  • Ja nie tracę tego z oczu i wiem jaki mam cel – odpowiedział Kejn.

  • I uważasz, że nic na świecie nie jest wstanie zmienić tej decyzji? - dopytywałem.

  • Nie powiedziałem, że nic na świecie, ale nie ta misja.

  • A dlaczego nie ta misja? To co mogłoby zmienić Twoje zdanie? – ciągnąłem temat.

  • Nie mam pojęcia – odparł Kejn.

  • A jeśli to Łaskotek ci taki powód wymyśli? Bo ty już zakładasz, że nie. Czysto teoretycznie – mówiłem dalej - Dalinar dowiaduje się, że jest to kapłan Vergena albo ja dowiaduję się, że jest to mój brat mnich i co wtedy?

Nastała cisza, więc słowa me skierowałem do Dalinara:

  • Więc Dalinarze. Wiem, że to co powiem, to jest całkowita abstrakcja, ale dowiadujesz się, że jest to tajny kościół Vergena, a on jest kapłanem. Co zrobisz?

  • Nie sądzę, aby odpuszczenie misji w takim wypadku przekreślało szanse na pomszczenie rodziców – odparł Dalinar, zgodnie zresztą z moimi przypuszczeniami.

  • A co by było, gdybyś ty spotkał mnicha, bo Dalinar nie miałby problemu z poświęceniem kapłana? - powiedział Kejn.

  • Kiedy niby tak powiedział? – zdziwiłem się – Umyj uszy Kejn albo zacznij w końcu słuchać z uwagą.

  • Powiedziałem Kejnie, że wtedy chciałbym odpuścić to zadanie – rzekł Dalinar.

  • Dokładnie – powiedziałem – i teraz co wy na to. Załóżmy, że to jest ważne dla Dalinara, ale nie dla was. Jak się na to zapatrujecie?

  • No to jest bardzo indywidualne podejście? – rzekł Igo.

  • Więc pytam ciebie indywidualnie Igo, co byś postanowił?

  • No, to zależy jaka by była sytuacja – odparł Igo.

  • No taka jaką właśnie przedstawiłem. No ja pierdolę, możecie kiedyś się skupić i słuchać?

  • Igo, zawsze wydawałeś mi się bystry za młodu. Naprawdę nie nadążasz za tą rozmową? - pytał z niedowierzaniem Dalinar.

  • Igo powtórzę prościej. Dalinar mówi „nie możemy go zabić bo on jest dla mnie ważny” – spróbowałem jeszcze raz.

  • Nie mam teraz jasnej odpowiedzi na to pytanie – flegmatycznie odpowiedział mag.

  • Igo! Potem może być za późno. Jak on powie „nie zabijajcie go, on jest dla mnie kimś bardzo ważnym”, a ty mu wypierdolisz z błyskawicy.

  • No przychodzi mi na myśl sytuacja, kiedy zabiliście medyka, który był bliski dla mnie, dla Kejna i naszych rodziców – ponownie odezwał się Igo - Więc nie odpowiem na to pytanie, bo za dużo w tym przykładzie niewiadomych.

  • Ja, gdyby Dalinar tak powiedział, to bym odpuścił, bo mam świadomość, że dla niego cele boskie są ważniejsze niż ziemskie – odparłem.

  • Ja też, zawsze byłem wobec was lojalny i będę wspierał wasze cele – dodał Kejn.

  • Ta rozmowa nie ma na celu wzbudzenia w nas wątpliwości co do tego co tu robimy. Zabicie Łaskotka dalej jest naszym priorytetem, zwyczajnie mam przeczucie, że taka rozmowa jest potrzebna, a jak wiecie, przeczuć nie ignoruję. To samo czułem co do turnieju w Roskannie – wyjaśniłem.

  • Dokładnie, nasz cel jest jasny. - powiedział Dalinar – Jeśli nie wydarzy się coś, co postawi całą sprawę na głowie, to mamy jasny cel.

Po tej rozmowie, wraz z Kejnem, jak co dzień, wyruszyliśmy na koniach w drogę. Wyruszyliśmy w las, a kiedy upewniliśmy się, że konie nie będą widoczne, ani z traktu, ni z rzeki, uwiązaliśmy je w lesie. Szerokim łukiem ruszyliśmy, aby odnaleźć miejsce, w którym zniknęli nocni goście. Dosyć szybko trafiłem na ich trop. Okazało się, że śladów było więcej, bo w lesie musiało czekać jeszcze dwóch. Po trzech godzinach las powoli zaczynał się przerzedzać, aż dotarliśmy do szlaku, który biegł z lewa na prawo. Wydawało nam się, że to szlak prowadzący od promu do zamku barona. Ale zbyt słabo znaliśmy te okolice, aby mieć pewność. Ślady pomieszały się z tymi na trakcie, ale na szczęście udało mi się ich nie zgubić. Ludzie, których tropiliśmy podążali szlakiem kilkadziesiąt metrów w prawo i ponownie weszli w las. Tu znowu tropienie przychodziło mi bez większego trudu. Po kolejnych dwóch godzinach ścieżka rozchodziła się w dwóch kierunkach. Przyjrzałem się ścieżkom i uznałem, że dwie wąskie dróżki to wydeptane przez zwierzynę drogi prowadzące prawdopodobnie do ich legowisk lub wodopojów. Ci, którymi interesowaliśmy się, poszli prosto w las. Przedzieraliśmy się przez las kolejne kilka godzin, aż dotarliśmy do strumienia. Łapczywie piliśmy wodę, jako że czerwcowy upał i duchota w lesie dały nam się we znaki. Nie spodziewając się tak długiej wyprawy, nie zabraliśmy ze sobą żadnego prowiantu.

Zignorowałem powiedzenie:

„Bądź zawsze przygotowany na najgorsze, jeśli wydarzy się coś dobrego to i tak się uśmiechniesz”.

Mała karawana, którą śledziliśmy, podążała strumieniem w górę, żeby mylić ewentualnych tropicieli. Długo kluczyłem zanim znalazłem trop. Gdyby nie muł, który kilka razy rozdeptał brzeg, było by po poszukiwaniach. Po trzydziestu minutach tropy znowu skręciły w las i odetchnąłem z ulgą, bo już miałem wątpliwości. Do zmierzchu było może z trzy godziny. Źle to wyglądało.

  • Tak myślę, że jeśli brali zapasy i są tak głęboko w lesie, na pewno swobodnie gotują. Wejdź na jakieś najwyższe drzewo Kejn i poszukaj dymu, żebyśmy się nie wpierdolili zaraz w ich obozowisko.

Elf wdrapał się sprawnie na drzewo i lustrował okolice. Po chwili zrelacjonował:

  • Nic, las, las, a potem jakieś góry i to w ich kierunku zmierzamy.

Ruszyliśmy dalej, po kolejnej godzinie las zaczął się przerzedzać, a z pokrytej dotychczas gęstą ściółką ziemi, raz po raz zaczęły ujawniać się kamienie i głazy. Wchodziliśmy na tereny bardziej pofałdowane, górzyste. Dosłownie kawałek dalej, ślady, którymi szliśmy, schodziły w dół, do dosyć szerokiego wąwozu, który widniał przed nami. W oddali, z dna wąwozu, snuła się w górę cienka, pojedyncza smużka dymu.

  • Poczekajmy do zmierzchu – zaproponowałem – I po zmroku zaobserwujmy z góry co dzieję się przy obozie. Ja nie dam rady już się skradać. Nadwyrężyłem swoje Ki. Sam zrobisz to bezpieczniej i sprawniej, a ja na ciebie tu poczekam.

Kiedy było już prawie ciemno, Kejn ruszył brzegiem wąwozu zbadać sytuację. Czekałem wyczulony na każdy ruch, oczekując powrotu brata. Po dobrej godzinie wrócił.

  • Wygląda na to, że to ich stała miejscówka. Naliczyłem ich sześciu. Widziałem też wiszące klatki, a w środku chyba ktoś żywy. Jest tam chyba też jakaś jaskinia, ale widok przysłania skała. Wracajmy chociaż do strumienia - zaproponował Kejn.

  • Chętnie, bo język mi już przysechł do podniebienia. Jest niestety jeden problem. Jeśli teraz po ciemku staranujemy pół lasu, a oni wychodzą tu choćby na polowanie, to sam rozumiesz.

Kejn z niechęcią przyznał mi rację, więc byliśmy zmuszeni do przeczekania nocy w tym miejscu.

Bladym świtem ruszyliśmy w drogę powrotną. Godzinę poruszaliśmy się ostrożnie tą samą drogą, by potem odbić w las i nie zwlekając, jak najszybszym krokiem ruszyliśmy w kierunku karczmy. Pozwoliliśmy sobie tylko na dłuższy przystanek przy strumieniu. Woda smakowała lepiej niż wino pontarskie. Po południu dotarliśmy do koni, ale na szczęście przez noc nie zainteresowały się nimi wilki. Ustaliliśmy, że oficjalnie zgubiliśmy się w lesie. Podjechaliśmy do stajni i weszliśmy do karczmy. Zjedliśmy obfity posiłek i zdaliśmy relację braciom.

  • Dotarliśmy do ich obozu tuż przed zmrokiem, lecz tropienie i próbowanie nierzucania się w oczy, znacznie wydłużyło czas. Jeśli wyruszymy rano, to do piętnastej powinniśmy być na miejscu. Kejn zaczął rysować szkic obozu.

Obóz Łaskotka

Zaczął tłumaczyć:

  • Tam gdzie są jedynki to poziom lasu, z którego tam dojdziemy. Napis las to granica normalnego gęstego lasu. Strzałka z dwójką to strome zejście, prowadzące w dół. Trzy natomiast to poziom wąwozu, do którego schodzi się zejściem oznaczonym dwójką. Cztery to ognisko, a pięć wiszące klatki, w których trzymają więźniów. Sześć to okap skalny, kilka metrów poniżej poziomu jeden, a nad poziomem trzy. Pod tym okapem znikali, ale nie wiem, czy jest tam wejście do jakiejś jaskini.

Poziom jeden porośnięty jest rzadko drzewami i krzakami, nie wiem jak wąwóz wygląda dalej na zachód i czy da się też zejść od tamtej strony. Od zachodu, za ogniskiem, jest karłowaty lasek, dochodzący aż do klatek z więźniami. Ściany wąwozu są bardzo strome. Różnica poziomów między poziomej jeden, a trzy, to kilkanaście metrów.

  • Cóż. Chyba będziemy musieli się tam udać i dokładniej się temu przyjrzeć - powiedział Dalinar – Wiemy już gdzie są, to teraz trzeba przygotować plan działania. Poobserwujemy dzień lub dwa, upewnimy się, że jest tam Łaskotek.

Powiedziałem Kejnowi, aby zamówił u gospodarza prowiantu na drogę do Mar-Margot, nie do Białej Osady, czy innej dziury.

  • Wyleczyliśmy się i jedziemy do dużego miasta szukać roboty. Jestem zmęczony, wkurwiony i pogryziony przez stado komarów, a w głowie znowu brzęczą mi myśli, żeby zabić karczmarza i spalić karczmę! Więc Kejnie, proszę, Mar-Margot, wyjazd, praca. Bo jak jutro ten jebany karczmarzyna zapyta się po co tam jedziemy, to może to być moment zwrotny tej opowieści. A dla niego moment ostatni.

Nad ranem, karczmarz przygotował śniadanie, postawił sakwy z przygotowanym prowiantem, przyjął zapłatę i życzył nam spokojnej podróży. Osiodłaliśmy konie i poprowadziłem nas drogą wiodącą do Mar-Margot tak daleko, aż upewniłem się, że nikt nie zobaczy, że kierujemy się do lasu. W lesie zeszliśmy z koni, bo niskie gałęzie utrudniały jazdę. Po kilku godzinach doszliśmy w miejsce, gdzie las powoli stawał się rzadszy, a w oddali było widać zaczynający się spadek prowadzący na dno wąwozu. Odbiliśmy na południe, aby ukryć się z końmi w bezpiecznej odległości. Ustaliliśmy, że w my poczekamy, a elf uda się na obserwację. Igo po drodze zebrał jakieś zielsko, które rozdał nam wszystkim i kazał rozetrzeć w dłoniach i wetrzeć w skórę.

  • Komary nie podlecą – poinformował.

Kejn zostawił miecz i łuk i zniknął w lesie, a nam pozostało tylko czekać.

Roślina Igo działała znakomicie. Po koszmarze pierwszej nocy w tym miejscu byłem mu wdzięczny za jego wiedzę o ziołach. Kiedy wrócił Kejn, było już niewiele do świtu, przywitałem go i obudziliśmy pozostałych.

  • Z pierwszych obserwacji wynika, że jest ich siedmiu. Około północy idą spać, wartują najpierw w dwóch, potem zmienił ich jeden. Na pewno jest tam Łaskotek, nie ma co do tego wątpliwości, podobieństwo do człowieka z listu gończego jest niezaprzeczalne. W klatkach są jacyś ludzie i jeszcze żyją. A przynajmniej do czasu dodał po chwili. Widziałem jak wyciągnęli jednego z nich i po słowach „W imieniu lorda Radnisa, skazuję cię na śmierć przez ścięcie” odcięli mu łeb, a ciało rzucili świniom. Wspomniał też, iż usłyszał fragment rozmowy o niejakim lordzie Radfordzie, a właściwie jego córce i to jak się z nią zabawiali. Ta rozmowa nie spodobała się Łaskotkowi i kazał im przestać.

Po tych wiadomościach udaliśmy się na dalszy spoczynek i rano omawialiśmy przyszłe działania.

  • Jeśli jest taka możliwość, powinniśmy zakraść się tam nocą i wykończyć ich – zasugerował Dalinar.

  • Zastanawia mnie, po co trzymają tych ludzi w klatkach i ich nie zabijają – powiedział Igo.

  • A jakie to ma znaczenie – prychnął Kejn.

  • No jak widać zabijają ich tylko w swoim czasie – powiedział Dalinar.

  • Nie wiem, może chcą, by cierpieli, wiedząc jaki czeka ich los – zgadywałem.

  • Jeszcze widzę jedno potencjalne ryzyko, że jaskinia, do której wchodzą, ma drugie wyjście – powiedział Igo.

  • Też o tym pomyślałem – rzekł kapłan.

  • Dlatego trzeba dziabnąć wartownika na śmierć, zanim ich ostrzeże – powiedziałem - Tylko nie wiemy co to jest za jaskinia, czy jest to grota, gdzie znajdziemy śpiącą resztę w jednej grupie, czy labirynt odnóg i pomniejszych komór.

  • Zawsze można poczekać, aż ponownie ruszą po prowiant. Wiemy, że idą w pięciu, potem się rozłączają i dwóch czeka w lesie. Zabijemy ich i poczekamy na pozostałą trójkę – mówił Dalinar – Jednak to zostawiłbym jako dodatkową opcję, jeśli nie wymyślimy nic tutaj. Dobrym pomysłem będzie obserwacja obozu jeszcze z dwa, trzy dni. Zobaczymy czy ich zachowania się powtarzają, czy w nocy wartuje też Łaskotek. Teraz już nam się nie śpieszy.

Wstępnie przystaliśmy na plan Dalinara.

Patrząc na naszkicowany przez Kejna rysunek, analizowaliśmy, do którego miejsca możemy zakraść się bezpiecznie, nie wszczynając alarmu. Skąd najlepiej zaatakować, czy atakować w nocy, a może o świcie. Kolejne plany rodziły nowe pytania i wątpliwości. Dalinar wspomniał o czarze Ciszy, zawartej na pergaminie z Samotnej Wieży i rozważał użycie go, aby niepostrzeżenie podkraść się jak najbliżej.

  • A może wykorzystując twoje możliwości Kejnie – zaczął Igo – podkradniesz się, kiedy na warcie będzie już tylko jeden, wpakujesz mu sztylet w gardło, aby nie ostrzegł innych?

  • Mógłbym to zrobić – zapalił się elf.

  • Nie ma nawet o tym mowy – ostudziłem ich zapał – A co w przypadku niepowodzenia? Strażnik alarmuje tych z jaskini i z jednego robi się siedmiu. A my jesteśmy ukryci daleko w lesie, bo nie możemy być bliżej, jeśli Kejn ma próbować się bezszelestnie zakraść. Zanim dobiegniemy, Kejn będzie trupem. A my będziemy w trzech przeciwko siódemce.

  • No w takim wypadku Kejn wycofa się do nas – naiwnie powiedział Igo.

  • Taaa i myślisz, że strażnik nie zwiąże go walką? I da mu spokojnie się oddalić? To informuję cię, że zwiąże go walką i zwyczajnie możemy nie dać rady mu pomóc.

  • No zawsze jest jakieś ryzyko – odparł Igo.

W głowie rozbrzmiewała mi sentencja, którą przeczytałem na jednej z kamiennych tablic w klasztorze:

„Wszyscy podejmujemy ryzyko. Dzięki temu odnosimy sukcesy. Jednak nie należy ryzykować głupio. Sukces bierze się z minimalizacji ryzyka, a nie zwiększania go.”

Jednak znając ignorancję Igo powiedziałem tylko:

  • Masz rację, ale chodzi o to, aby to ryzyko minimalizować.

Widzieliśmy, że kolejne rozważania prowadzą nas donikąd, uznaliśmy więc, że czas wprowadzić propozycję kapłana, czyli obserwację. Za dnia miałem obserwować ja z góry, a w nocy Kejn.

Po posiłku udałem się w miejsce, które na mapie przedstawił mi Kejn, gdzie według niego stamtąd być może uda się zobaczyć wejście do jaskini.

Kiedy dotarłem na miejsce, cała siódemka siedziała na zewnątrz i z kotła nad ogniskiem wlewali jakąś potrawę do misek i jedli. Wszyscy byli w zbrojach, a pod ręką mieli broń. Zjedli śniadanie, po czym jeden wstał, zabrał łuk i poszedł na zachód. Pod skalnym nawisem faktycznie widniało wejście do jakiejś jaskini, a po śniadaniu trójka zniknęła w jej środku, a jeden z pozostałej trójki, nalał resztę jedzenia do dwóch misek i podał je ludziom w klatkach. Wzmogłem też czujność, aby ten, który poszedł na zachód, nie zaskoczył mnie od tyłu. Po chwili jeden podszedł do świń, a drugi wypuścił muły, aby pasły się na trawie. Następnie zaczęli zajmować się drobnymi pracami. Poprawiali coś przy klatkach, reperowali coś w zbrojach, cerowali koszule. Dwóch z nich wzięło siekierki i poszli narąbać drwa i znosili je w pobliże ogniska. Można rzecz zwyczajne, obozowe czynności. Koło południa zaczęli gotować, po południu wrócił ten z łukiem, a na plecach miał jelonka, którego zaczął oprawiać. Do wieczora nic ciekawego się nie działo. Pod wieczór zagonili muły do zagrody. Było widać, że są zdyscyplinowani i każdy wie co do niego należy. Po zmroku wróciłem do obozu i zdałem im relację.

  • I jak oceniasz, jest szansa pozbyć się strażnika, kiedy reszta będzie spała? – zapytał Igo.

  • Jedyną osobą wśród nas, która może to ocenić to Kejn, bo tylko on ma takie umiejętności.

  • A czy Łaskotek w ciągu dnia często jest na zewnątrz? – zapytał Dalinar.

  • Po pierwsze, to nie wiem, czy którykolwiek z nich to Łaskotek, bo byłem za daleko, by to stwierdzić, ale zakładając, że to jeden z nich, to tak, często są na zewnątrz. Prowadzą zwyczajne obozowe życie, ktoś wypuszcza muły, ktoś idzie na polowanie, jeszcze ktoś inny gotuje. Spędzają czas na zwykłych czynnościach.

  • A Łaskotek jakie ma obowiązki? - dopytywał Dalinar.

  • Skup się kurwa! Nawet nie wiem, który to Łaskotek. Minutę temu to powiedziałem.

Rozgorzała dyskusja. Znowu naprzód wyłonił się pomysł z cichą eliminacją strażnika i wybiciem reszty w jaskini.

  • Czekajcie - przerwałem - Cały czas bierzecie pod uwagę tylko schodzenie ze skarpy lub podejście od wschodu. Nikt z nas nie rozważał strony zachodniej. Poświęćmy czas na to, aby zbadać, czy da się podejść od tamtej strony. Jest bardziej zalesiona i na pewno łatwiej byłoby dostać się do obozu od strony klatek z tamtej strony. Tylko musimy wiedzieć, czy się w ogóle da. Tak jak mówiłem, trzeba przeanalizować jak najwięcej możliwości. Zgodziliśmy się na obserwację, więc wykorzystajmy ten czas.

  • Słusznie – powiedział Dalinar – Jutro zbadamy stronę zachodnią, a dziś Kejn jeszcze raz będzie obserwował obóz w nocy.

Kejn wrócił o świcie i zdał relację. Zmieniło się tylko to, że tym razem były tylko dwie zmiany wart, lecz nadal wartowali po jednej osobie. Zdecydowaliśmy, że elf się wyśpi, na straży jego snu pozostanie Dalinar, a ja z Igo udamy się zbadać zachodnią stronę. Po godzinie marszu na zachód zobaczyliśmy, że skarpa obniża się praktycznie do poziomu obozu i bezproblemowo tam zejdziemy. Zdecydowaliśmy się nie schodzić, tylko wrócić wzdłuż urwiska, aby ocenić czy spokojnie dołem dotrzemy do miejsca, w którym są klatki. Okazało się, że jest to jak najbardziej do zrobienia. Wróciliśmy do obozu przed południem bogatsi o nową wiedzę, gdzie zdaliśmy relację pozostałym braciom.

  • Zatem ja jestem za atakiem na zewnątrz – powiedział Dalinar – Przemyślałem sobie to i nie widzi mi się walka w jaskini, której nie znamy.

  • W jaskini – powiedział Kejn - na naszą niekorzyść może być mrok, wąskie tunele i być może pułapki, którymi nie będzie czasu się zajmować.

  • A także stalagmity, stalaktyty i nietopyrze – skwitowałem.

  • Czyli co, chcecie wejść od zachodu i zaatakować ich w otwartej walce? - dziwił się Igo – Kiedy będą w zbrojach z bronią i w przewadze liczebnej?

  • Dokładnie – powiedział kapłan – to po naszej stronie będzie element zaskoczenia, a oni będą musieli zorganizować obronę.

  • Czyli wchodzimy, strzelamy, walczymy, po prostu atak na pełnej kurwie? - dalej dziwił się Igo.

  • Raczej na pełnej świni – powiedziałem – biorąc pod uwagę to, że jest tam zagroda.

  • A i właśnie co zrobią świnie? – powiedziałem mając na myśli, czy nie zdradzą zachowaniem naszej obecności.

  • Jak to co – parsknął Igo - Opowiedzą się albo po naszej stronie albo ich.

Westchnąłem tylko, zrezygnowany jego ignorancją.

  • Ustalmy. O świcie ruszam od strony zachodniej do obozu – podsumowywał Dalinar – zostajemy w bezpiecznej odległości, Kejn czeka na moment, kiedy wartujący idzie budzić resztę i daje nam znać. Od tej chwili mamy kilka minut, by swobodnie udać się pod wejście do jaskini i zaskoczyć ich, kiedy będą wychodzić. Chciałbym, aby walka zaczęła się od twojej błyskawicy Igo i twojej strzały Kejn w oku Łaskotka. Rozpoczęcie walki to mają być dwa trzy strzały i kilka czarów. Mają być zaskoczeni, a w ich szeregi ma wkraść się chaos. Potem uderzymy w nich wszyscy. Zanim dojdzie do zwarcia, powinno paść dwóch lub trzech i wtedy szanse się wyrównają, a oni nadal muszą zorganizować się w obronie.

Przystaliśmy na plan kapłana, który wydawał się na ten moment najrozsądniejszy. Dalinar zadeklarował, abyśmy odpoczęli, a on w tym czasie poobserwuje obóz. Koło południa wyruszył w stronę obozowiska, a my odpoczywaliśmy regenerując siły na jutrzejsze działania. Po kilku godzinach wrócił i oznajmił, że przez cały czas w obozie jest tylko jedna osoba. Zdziwiło nas to, więc na dalsze obserwacje wyruszył Igo.

  • Powiem tak – rzekłem - Być może opuścili obóz. Pójdę w okolice tej leśnej ścieżki i zobaczę czy nie przechodzili tamtędy.

Szybkim krokiem udałem się w tamto miejsce, a około sto metrów przed celem pozwoliłem, by Ki zaczęło płynąć przez moje ciało, zmuszając je do płynniejszych, bezszelestnych ruchów. Znalazłem świeże ślady, na moje oko całkiem niedawno przeszło tędy pięć, może sześć osób, prowadzących dwa muły. Po chwili szybko ruszyłem do naszego obozowiska i zdałem relację.

  • Chyba trzeba zmienić nasze plany. To doskonała okazja, aby zaatakować ich teraz. Jeśli się nie mylę co do oceny, to obecnie w obozie będzie maksymalnie dwóch przeciwników, a z dużą dozą prawdopodobieństwa został tylko jeden.

  • Jeśli wyruszyli z mułami, to jest szansa, że będziemy mieli czas na spokojne zbadanie jaskini – dodał Kejn - Idę po Igo, musimy przedyskutować nowe możliwości – odparł Kejn i zniknął w lesie.

Po trzydziestu minutach wrócił z magiem, z którego relacji wynikło, że w obozie nadal jest tylko jedna osoba.

  • Możemy zmienić plan i zaczaić się na nich na linii lasu – zaproponowałem.

  • Nie podoba mi się ten pomysł – rzekł Dalinar – ani nie ma tam dobrego miejsca na zasadzkę, ani nie znamy terenu. Może być tak, że nie uda nam się ich zaskoczyć.

  • A może poczekajmy do zmierzchu – rzekł Igo – Jeśli nie wrócą, to na pewno nie wrócą też o świcie, bo jeśli byliby tak blisko, to doszliby do obozu po zmroku. I wtedy, o świcie możemy wykonać nasz plan z atakiem, tylko że będzie tam jeden chłop, a nie siedmiu. Sprawdzimy jaskinie i uderzymy na nich jak wrócą. Ciało schowamy do groty, aby ich nie zaalarmować, a sami będziemy czekać przygotowani.

Przystaliśmy na plan Igo. Poczekaliśmy do zmierzchu i gdy okazało się, że nikt nie wrócił, zdecydowaliśmy się na atak.