Widzisz mistrzu, posiadanie rodzeństwa nie jest łatwe. Mimo, że skoczyłbym, aby im pomóc, w ogień, potrafią mnie irytować i ranić jak nikt inny. Igo, na którego zawsze można liczyć w boju, jest całkowicie niegodny zaufania, jeśli chodzi o sprawy duchowe, ważne dla mnie, czy Dalinara. I pomijam już, że uważa nas za naiwnych prostaczków. Najbardziej boli to, że potrafi zataić sprawy, które są dla nas ważne. Kejn natomiast wspiera nas i od strony naszych duchowych wyborów, jak i w walce. Z tym że w walce tylko tak, jak mu jego nieskończona i pozbawiona odpowiedzialności fantazja pozwoli. Już na początku drogi przejawiał tendencje do ryzykownych zachowań, wpływających na nasze bezpieczeństwo. A wydarzenia podczas walki z elfim strażnikiem, prawie przypłaciłem życiem. Dalinar wydaje się, z racji swego uduchowienia, najbliższy memu sercu. Choć i mi przeszkadzają u niego czasem zbyt mocne chwile duchowych uniesień, przysłaniających mu rozsądek. Czasami wystarczy dobrze wymierzona błyskawica, by wrócił na ziemię i myślał jak rozsądny wojownik. Mimo tego, że nie jesteśmy idealni, to kocham ich swą braterską miłością. Wszak stare tesijskie powiedzenie mówi:
„Gdy rodzeństwo działa razem, góry zamieniają się w złoto”.
Więc dalej wierzę, że dokonamy niemożliwego i dociśniemy Camarala, dowiadując się całej prawdy o tym, kto stoi za naszą rodzinną tragedią.
Nie wiem ile spałem, ale chyba niezbyt długo, bo słońce wisiało jeszcze w miarę wysoko na niebie. Igo oglądał w skupieniu rzeczy wyciągnięte ze skrzyni, a Kejn przyglądał się dziwnej srebrnej księdze. Dalinar, widocznie zmęczony, też odpoczywał.
Cóż – rzekł Kejn – potrafię przetłumaczyć tylko pierwszą stronę. Reszta to jakieś magiczne elfie runy, których nawet zbytnio nie rozpoznaję. Myślę Igo, że dobrze by było, abyś rzucił na to okiem, czy możesz to przeczytać, a jeśli nie, to chociaż to skopiować.
Dobry pomysł – wtrąciłem – nawet, jeśli nie odczytamy tego teraz, warto mieć możliwość wrócić do tego, bo kiedy oddamy to elfowi, to to już przepadnie.
Dalinar podał elfowi pamiętnik Ragna oraz pióro i atrament.
- Wpisz to tutaj.
Kejn chwilę pisał w skupieniu po czym, przeczytał na głos:
„Dla tych co przetrwali, dla potomnych. Ten zwój zagładę Leredeonu naszego ma pamiętać, przez naszego odwiecznego wroga dokonanej. Tajemnicy on strzeże, której ujawnienie narody na kolana by rzuciło albo i z kolan one by powstały. Wiedzącemu skarb ten przekazać trzeba, takiemu co tajemnicę Srebrnego Metalu posiadł.”
Po chwili Kejn podał srebrną księgę Igo, ten przeglądał strony, lecz niestety nie był wstanie nic zrozumieć.
Nie znam tego języka, ale spróbuję czegoś. Dotknął palcami stron, coś szeptał, po czym popadł jakby w trans, szepcząc coś pod nosem. Trwało to dłuższą chwilę, po czy z jego nosa poleciała stróżka krwi.
Igo wszystko w porządku?
Igo niezrażony wziął głęboki oddech i ponownie zaczął szeptać, po czym znowu wpadł w trans. Po chwili podniósł wzrok i chwile patrzył się nieobecnym wzrokiem przed siebie. Lecz już po chwili wrócił do rzeczywistości.
Dowiedziałeś się czegoś Igo? – zapytał Dalinar.
Dowiedziałem się, że zawarta w tym jest bardzo potężna magia. Mogę to skopiować, ale to nie ma sensu. Sam tekst jest powiązany z magią tego przedmiotu. Ktoś bardzo postarał się, aby nikt postronny tego nie przeczytał. Samo skopiowanie spowoduje, że będziemy w posiadaniu nic nie znaczących znaczków. Mam wrażenie, że to należy do elfów i dla nich będzie to bardzo cenne.
Czy uważasz zatem, że wymiana na informacje o Łaskotku jest wystarczająco wartościowa za coś takiego? - dopytywał Dalinar.
Wydaje mi się, że coś takiego jak ten zwój, może trafić tylko do rąk takich jak Elander – powiedział Kejn.
Dlaczego do niego? – zapytałem – Te zwoje są dla wiedzących, a on takiego nie widział od stu lat.
Bo moim zdaniem tylko ona ma takie predyspozycje, by posiadać te zwoje – upierał się elf.
Nie ma, bo nie jest wiedzącym, a jasno tam jest napisane, że trafić ma do wiedzącego – upierałem się.
No na pewno nie są dla ciebie – skwitował Kejn.
No masz rację, nawet nie mogę użyć ich jako papieru toaletowego, bo są z blachy – parsknąłem - A prawda jest taka, że aktualnie jesteśmy właścicielem tego jak każdy, kto to znalazł. Skoro jest taki potężny, mógł sobie po to przyjść.
Dokładnie – rzekł kapłan – Chyba nikt z nas nie spodziewał się co tu znajdziemy i proponował bym jeszcze raz rozważyć co z tym zrobić.
Jeśli się umówiliśmy z nim, że mu oddamy te zwoje, to mu oddamy – uniósł się elf - Żadnemu człowiekowi ani magowi nie oddam tych zwojów, to jest dziedzictwo elfów nie ludzi.
A to nie oddawaj, weź je sobie, jesteś elfem – odparłem.
Wezmę sobie i oddam Elanderowi.
Zapominasz chyba, że to nie jest twoja własność, abyś mógł tak o tym decydować – powiedziałem już wyraźnie zirytowany.
No ty też nie będziesz o tym decydował – odciął się Kejn.
Ależ nie zamierzam, bo jesteśmy tu w czterech. Jeśli powiemy we trzech, że sprzedajemy, to sprzedajemy.
Nie!
Co nie? zawsze tak działaliśmy i nagle wymyślasz jakieś nowe zasady?!
Bo jest to dziedzictwo rasowe i nie zgodzę się, abyś to przehandlował.
To był tylko przykład tego, że decydujemy razem...
Ja bym chciał poddać pod dyskusję, czy jakaś informacja o podrzędnym bandycie w lesie, jest warta tyle co ten przedmiot? – ponownie zagaił Dalinar – Czy to jest uczciwa transakcja?
Uczciwa pod tym względem, że się na to zgodziliśmy – powiedział Igo.
No tak, ale nie znając wartości przedmiotu, kiedy to zawierający umowę znał doskonale.
Wydaję mi się, że nie powinniśmy zmieniać zawartej umowy – kontynuował Kejn.
I tu już nie wytrzymałem.
Co ty pierdolisz. Ty, który, kurwa, jesteś mistrzem niedotrzymywania umów. Nie dalej jak cztery godziny temu, umówiliśmy się, że razem walczymy w zwarciu i kurwa jakoś tam zmiana umowy ci nie przeszkadzała.
To co innego, to był ferwor walki, sytuacja się zmieniła – próbował tłumaczyć się Kejn.
Gdzie się kurwa zmieniła, Dalinar próbuje odpędzać nieumarłego, jeśli się nie uda, to w dwóch walczymy w zwarciu. Nic się nie zmieniło, było dokładnie tak jak założyliśmy, jednak ty zmieniłeś umowę, a ja wyglądam i czuję się dzięki temu jak ścierwo!
No właśnie, to też dosyć istotny temat – rzekł Dalinar – Taktyka była prosta, mieliście we dwójkę bronić nas z Igo przed atakami rycerza, jeśli nie udaoby mi się odpędzić rycerza, to w dalszym ciągu miałem używać z odległości Młota Duchowego, a Igo miał czarować. Wasza obrona miała nam dać swobodę działania.
Zawaliłem, bo byłem pod presją chwili.
Dalinar pod wpływem chwili i desperacji w sprawie Łaskotka, zgodził się na taką wymianę, lecz teraz się zastanowił i zmienił zdanie, proste – odpowiedziałem - Powiem teraz tak. Uważam, że nie powinniśmy oddawać tej księgi Elanderowi, jako że jest to osoba dla nas całkiem obca, nie znamy jej i nie wiemy jakie ma zamiary.
Rozumiem twoje rozumowanie, ale komu w takim razie mamy to oddać? – zapytał Igo.
Ja też znam kilku wiekowych elfów, którym wolałbym to oddać, choćby dlatego, że znam ich kilka lat, studiują tego typu rzeczy, badają je i moim zdaniem oni powinni to dostać – powiedziałem.
Co to za elfy? – zapytał równocześnie Dalinar i Kejn.
Z mojego klasztoru – odparłem.
Trochę cię nie rozumiem – rzekł Igo – przed chwilą byłeś za tym, żeby wynegocjować lepszą cenę za te zwoje, a teraz chcesz oddawać to innym elfom.
Nie, to nie tak, tłumaczę tylko, że gdybym chciał oddawać to z takich powodów jak on, to znam elfy, które są bardziej godne zaufania, bo nie są dla mnie obce i znam ich kilka lat, a on chce dziedzictwo elfów oddać komuś, o kim nie wiemy nic!
Nie wiedziałem, że znasz jakieś elfy – bronił się Kejn – nigdy o tym nie mówiłeś.
Tak mnie właśnie słuchacie! Szkoda, że nie pamiętasz, jak broniłem szacunku do elfów, opowiadając, że szanuję ich, bo moja wiara wywodzi się właśnie od elfów, a w mym klasztorze poznałem kilku.
Nie przypominam sobie.
No właśnie, dlatego róbcie sobie z tą księga co chcecie i odpierdolcie się.
Dobrze Tsume, przekonałeś mnie do tego co powiedziałeś. Tylko co z Elanderem? – zapytał Kejn – Co powiemy mu, że nie znaleźliśmy zwojów?
Powiemy mu, że je mamy, ale wymiana na Łaskotka to za mało – tłumaczył Dalinar.
A co będzie, jeśli w ten sposób zrobimy sobie z niego wroga? - pytał elf - On będzie miał w dupie nasze tłumaczenia.
Aha, czyli ty takiej osobie chcesz oddać tę książkę ? - parsknąłem.
Nie Tsume, przyznałem ci rację, że lepiej będzie oddać to do twojego klasztoru.
No wiem, tylko właśnie sam przyznałeś się, że dobrowolnie chciałeś oddać to osobie, którą jak coś jej się nie spodoba, będzie nam wrogiem…
Już się zamknij – warczał Kejn – Przyznałem ci rację i tyle. Dalej pytanie, co powiemy elfowi? Ustaliliśmy, że nie oddajemy mu księgi.
Kiedy to ustaliliśmy? – zapytał Igo.
No, ja z Tsume jesteśmy za oddaniem księgi do klasztoru, a Dalinar chce lepszą cenę.
Moment, moment - powiedziałem – nie wciskaj mi nie moich słów w usta. Chyba ponownie mnie nie zrozumiałeś, więc powiem jeszcze raz powoli, żeby dotarło. Powiedziałem, że gdyby chodziło o decyzję komu ją oddać, jeśli chcielibyśmy się kierować taki powodami jak ty, to oddał bym ją do klasztoru, a nie elfowi, którego znamy dwa dni. Więc nie mów mi, że się nie zgadzam, bo zdaję sobie sprawę, że może będziemy musieli tak uczynić, aby zdobyć informacje o Łaskotku. Neguje tylko twoje pobudki, aby oddać to temu elofowi tak czy siak.
Ja bym chciał nieco uporządkować tą dyskusję – rzekł Dalinar – bo jest za dużo wątków.
Moje stanowisko jest takie, - powiedziałem - że sama informacja o Łaskotku to za mało za taki przedmiot, a jeśli uznamy, że powinno znaleźć się to w rękach elfów jako ich dziedzictwo, to w moim klasztorze, a nie tutaj.
Ja uważam, że powinniśmy wywiązać się z tego, co zadeklarowaliśmy elfowi – powiedział Igo – ewentualnie zasugerować mu, że zagrożenie oraz koszty były znaczące i powiedzieć, aby dorzucił coś prócz informacji o Łaskotku.
Ja uważam podobnie jak Igo – powiedział Kejn.
Ja za to ciesze się, że reszta moich braci jest także chciwa jak ja – z uśmiechem powiedział Dalinar.
Ja nie jestem chciwy – zaprotestował Igo.
Ależ jesteś, jesteś – odparłem – Z tym że Dalinar się z tym nie kryje, a twoja chciwość jest zawoalowana.
Ja bym powiedział w ten sposób – kontynuował Dalinar – Wiem w jakim stanie aktualnie jest mój kościół i rozumiem twoją chęć zaniesienia tego do swojego klasztoru. Na to mogę przystać i musimy wtedy innymi metodami spróbować odnaleźć Łaskotka. Natomiast jeśli nie uznasz tego, za tak ważn,e by oddawać to klasztorowi, to zdecydowanie musimy wyciągnąć za to więcej niż tylko informacje.
Gdybym był przekonany o tym, że to przyda się klasztorowi, to od razu prosiłbym was o to, by dalej szukać Łaskotka na własną rękę, a te zwoje przekazać. Jednak, jako że mam tylko pewne podejrzenia, nie będę się przy tym upierał.
Czyli postanowione. Idziemy do niego i oddajemy za coś więcej niż tylko informacje, a jeśli nie to oddajemy to Tsume – podsumował Dalinar.
Ja bym mu to oddał – rzekł Igo - Z powodu osobistych przekonań, że umowa to umowa.
Nie uważam, że umowa to umowa, skoro tylko jedna strona na początku zna wartość danych rzeczy, których dotyczy – odparł Dalinar.
Elander dużo wiedział i mało nam powiedział – zaczął Kejn – i musieliśmy go mocno ciągnąć za język.
„O! - pomyślałem - nawet Kejnowi jak da się mu czas i spokojnie pomyśli, otwierają się oczy.” Już nie bronił tak elfa z zaciętością jak niecałe dwadzieścia minut wcześniej.
Przegłosowaliśmy sprawę. Kejn, Dalinar i ja byliśmy za tym, że za same informacje mu tego nie oddamy i szukamy Łaskotka dalej na własną rękę. Igo chciał oddać zgodnie z umową.
Wiecie, że odmowa niesie pewne ryzyko – oznajmił Igo – Może próbować odebrać to siłą.
Wtedy będziemy się bronić – powiedział kapłan
A ja dodałem:
Będzie to wtedy dowód, że ta księga na pewno mu się nie należy.
Zatem postanowione – rzekł Dalinar.
Minęło kilka chwil w milczeniu.
- Bracia – kontynuował Dalinar – jestem zbudowany tym, jak stawiliśmy czoła dotychczasowym przeciwnościom losu. Widzę, że nikt z nas nie zmarnował tych siedmiu lat i coraz bardziej wierzę, iż dowiemy się kto stoi za upadkiem naszej rodziny. Przed snem, bo widzę wszyscy jesteśmy poważnie ranni, pomódlmy się do Vergena, by zesłał na nas moc leczenia za zasługi w walce.
Siedzieliśmy i dyskutowaliśmy sobie o tym, co wynieśliśmy z wieży. Dalinar stwierdził, że jeśli magiczny miecz ma jakieś ciekawe właściwości, powinien zostać u Kejna, skoro walczy mieczem.
No, a jak kiedyś znajdziemy jakieś gacie zostawimy je mi – zażartowałem, jako że zgadzałem się z opinią Dalinara - Więc następna koszula dla mnie – domagałem się – Ta ma tu rozcięcie – wskazałem na pierś.
Jeśli ten czarny kamień, to kamień Amuru – mówił kapłan – to Igo mógłby go do ciebie dostroić. Przydałby ci się, skoro nie nosisz zbroi.
Dzięki Igo, że dowiaduję się od Dalinara o istnieniu takich przedmiotów. Pytałem o to już z trzy miesiące temu i to dwa razy!
Igo nawet nie zauważył, że do niego mówię.
- A wy się potem dziwicie, że waszym zdaniem nic nie mówiłem, nic nie pytałem, jakie elfy?! I tak jest cały czas. Ale zostawmy to już. Dosyć się dziś nawkurwiałem.
Igo badał uważnie zarówno czarny kamień, jak i złoty wisior z czerwonym kamieniem. Kejn dopytywał co jest na zwoju. A mnie powoli dopadało znużenie. Z zamkniętymi oczami słuchałem tego co mówi Igo.
- Ten wisior moim zdaniem jest magiczny. A czarny kamień to kryształ Amuru. Dosyć rzadki, potrafiący osłonić przed wieloma obrażeniami, zapewne drogi.
Kejn wysypał też zawartość sakiewki i brzęknęło o siebie trzydzieści złotych monet.
Są dwie drogi z tym jak postąpić z tymi przedmiotami. Albo dać je komuś zidentyfikować albo zainwestować w ten czar, abym ja mógł identyfikować dla nas – powiedział Igo. Sam czar to cena jakichś 20-30 ambardów, zależy od kogo uda się kupić. Dodatkowo każda identyfikacja to koszt około 10 ambardów na składnik, którym zazwyczaj jest dobrej jakości perła. Jeśli komuś to zlecimy, to cena to składnik plus tyle ile ten ktoś policzy sobie za usługę.
Myślę, że jako drużyna warto zainwestować – powiedział Dalinar.
Słuchałem ich dyskusji, o tym, że jednak kryształ Amuru dla mnie to kiepska rzecz, ze względu na to jak działa. Słyszałem propozycję Kejna o wymianie go na jakieś zaklęcia, ale mój umysł, wymęczony całym dniem, umykał w objęcia płytkiego snu, z którego raz po raz wyrywały mnie podniesione głosy braci, którzy jak zwykle o coś się spierali. Kiedy już skończyli w środku lasu dzielić przedmioty, identyfikować je oraz wymieniać na inne, Igo z Kejnem rozwinęli pergamin. Okazało się, że w środku był zawinięty drugi. Jak się okazało były to czary „Cisza” i „Teleportacja”. Poprosiłem braci, żeby zbudzili mnie nad ranem, abym mógł pomedytować. Wartę sobie odpuściłem, ale medytacji nie.
Noc minęła spokojnie, tak jak i nasz późniejsza podróż do Gadarty. Do karczmy zawitaliśmy późnym wieczorem. Ja poszedłem spać, oni coś mówili o wizycie u Mundo, gorących kąpielach i koszuli dla mnie. Z wielkim wysiłkiem, walcząc z sennością powiedziałem:
- Zwykła, lniana, chłopska, żeby mi wizerunku nie psuła.
W nocy miałem sen, że sołtys chciał mi podarować piękną, niebieską koszulę. Wyrzuciłem go za drzwi, krzycząc „Chłopska ma być! Chłopska! Lniana!” Dziwny sen.
Rano bracia zapewnili mnie, że będzie doglądał mnie Mundo, a oni wyruszają rozmówić się z elfem. Wszystkie cenne przedmioty, wraz ze srebrną księgą zostawili ze mną w pokoju. Po śniadaniu wyruszyli.
Czas dłużył mi się nieco, ale większość przespałem, a część przegadałem z Mundo, który to, wdzięczny za pomoc Anicie, naprawdę przykładał się do opieki nad moją osobą. Rankami pozwalałem sobie na dłuższe medytacje niż ostatnimi czasy, co pozwalało rozluźnić obolałe ciało i ból stawał się znośniejszy. Czwartego dnia, podczas porannej medytacji, udało mi się na chwilę zlikwidować ból. Może zlikwidować to za dużo powiedziane, bo byłem go świadom, lecz panowałem nad nim, a nie on nade mną. Bogini pozwalała tym, którzy naprawdę tego chcieli, czerpać z różnych źródeł mądrości. Nawet tych przepełnionych palącym bólem.
Pod wieczór czwartego dnia wrócili.
Jak się czujesz? – zapytał Kejn.
Ogólnie lepiej, rany chyba na dobre się zasklepiły i przynajmniej nie boję się gwałtowniej ruszyć, aby nie rozerwać szwów, ale w ogólnym rozrachunku nadal jak gówno. Na czym stoimy? - dopytywałem.
Ustaliliśmy, że przyniesiemy mu zwoje na polanę, a on powie nam gdzie jest Łaskotek.
Czekałem na ciąg dalszy, ale Dalinar milczał.
Jak to powie nam gdzie jest Łaskotek?! Przecież umówiliśmy się, że to za mało za tablice. - Czułem, że rany znowu mnie bolą.
No tak – sprostował kapłan – dostaniemy jeszcze mikstury lecznicze.
Ile?! Skrzynię, wóz? – dopytywałem.
Raczej jedną lub może kilka, ale ta jedna może uleczyć z każdej rany, nawet takiej gdy powinieneś zaraz umrzeć. Myślę, że to przedmioty warte wymiany. Rozmowa nie przebiegała tak jakbyśmy tego chcieli, jako że z jakiegoś powodu Elander zaskoczony był tym, że chcemy pojmać Łaskotka. I proponował nam rozmowę z nim na neutralnej ziemi, gdzie będziemy sobie mogli porozmawiać. Dodatkowo średnio spodobało mu się, że ośmielamy się jeszcze coś chcieć poza tym.
Zapytaliście może co go skierowało na taki pomysł? Przecież jasno przedstawiliśmy intencje. - Dopytywałem.
No właśnie nie wiemy.
Nie było mnie tam, a nieobecni nie mają głosu, ale uważam, że mieliśmy o wiele lepszą pozycje do negocjacji, bo jestem przekonany, że jemu bardziej zależy na tej księdze, niż nam na informacji o Łaskotku.
Też tak uważam – powiedział Dalinar.
To jakim kurwa cudem – nie wytrzymałem – wynegocjowaliśmy dwie rzeczy!? Gówno i nic. To chyba najgorsze negocjacje, jakie mogły się zdarzyć.
No, trzeba jasno przyznać, że coś mocno poszło nie tak – skwitował Igo.
To chociaż oddajmy mu to, jak sprawdzimy, czy jego informacje są prawdziwe – proponowałem.
Tsume, ustaliliśmy już tak i nie zmieniajmy tego po raz któryś. Trudno, trzeba to przełknąć.
Nie, nie trzeba – rzekłem - skoro to taki krętacz, to olejmy go i sami poszukajmy tego Łaskotka, a on dostanie gówno.
Tsume, naprawdę nikomu z nas nie widzi się pałętanie wśród wieśniaków, bóg wie ile szukając Łaskotka bez gwarancji, że na niego trafimy. Chcemy go odszukać, wsadzić jego łeb do wora, zawieźć do Mar-Margot i mieć to z głowy.
No dobrze, też nie chcę tu spędzić bóg wie ile, ale skoro leżę przykuty do łóżka i będę tak leżał jeszcze z dwa tygodnie, to może zamiast siedzieć na dupie ruszcie poszukać informacji o Łaskotku, to może pomoc elfa będzie zbędna.
Muszę iść do zielarza – oznajmił Igo – Macie jeszcze coś mądrego do powiedzenia?
A idź i zamieszkaj tam kurwa – rzuciłem - My nigdy nie mamy nic wystarczająco ciekawego do powiedzenia.
Postaramy się dowiedzieć czegoś na własną rękę - powiedział Dalinar.
Mam nadzieję, że poszukiwania będą owocne i kij w oko elfowi.
Może udamy się do tych jaskiń? – zaproponował Kejn.
Możemy, ale najpierw przepytamy ludzi – zgodził się Dalinar.
Nazajutrz moi bracia wyruszyli szukać informacji o Łaskotku na własną rękę. Znów pozostało mi spędzić sporo czasu w samotności. Zapał moich braci wygasł już koło południa. Rozważali czy przeszukać Ciemne Jary, a może udać się do Roskanny. A może za namową Igo, który twierdził, że jesteśmy blisko pojmania Łaskotka, bo wystawi go elf, siedzieć na dupie, pić piwo i odpoczywać. Wizja przeszukiwania jarów nie przemawiała do mnie, ale było to i tak lepsze niż siedzenie na dupie i robienie nic. Natomiast moje myśli kręciły się koło Roskanny i podzieliłem się swoimi przemyśleniami.
- A co, jeśli to co sugerował elf jest prawdą i Łaskotek faktycznie szkodzi tylko Kościołowi i ludziom barona?! Czy nie byłaby to dla niego doskonała okazja, zaczaić się gdzieś w Roskannie na czas turnieju Pierwszych Żniw? Skoro wiadomo, że może być tam obecny nawet baron, a na pewno już jacyś jego wysłannicy.
Czasem nie nadążałem za moimi braćmi. Dzień wcześniej deklarowali działanie łącznie z wypadem do jaskiń, a kolejnego dnia Dalinar był już przekonany, że poczekanie na informacje od elfa to najlepszy pomysł. O dziwo nawet Kejn mnie poparł i twierdził, że czekając tylko marnujemy czas.
A tak czysto teoretycznie Dalinarze - zapytałem – Cofamy się w czasie. Jest pierwszy dzień, w którym tu przybyliśmy, nie ma żadnego jebanego elfa, zwyczajnie nie istnieje. Co robimy, aby odszukać Łaskotka?
No na pewno przepytujemy ludzi, jeśli to nic nie da, czekamy, aż Łaskotek napadnie i wyśledzimy go z miejsca napadu.
On napada kilka razy w roku, to pomijam. Przepytamy ludzi, zgadzam się, alety przepytałeś dotychczas karczmarza…
No tak bym zrobił, gdyby nie było elfa, ale jest, więc..
Poddaję się. Rozmowa z wami to jak gonienie własnego ogona, z tym że ja sobie jedyny sięgam, bo jestem na tyle rozciągnięty.
Minęły trzy dni, w czasie których to Dalinar dużo czasu poświęcał mojemu zdrowiu. Kilka razy dziennie powierzał moje zdrowie Vergenowi, a i ja wspomagałem go modlitwą. Na szczęście Bogini w swej mądrości pozwala także, abym, jeśli uważam to za słuszne, dziękował bytom, które są z niej zrodzone. Z zewnątrz wyglądałem jak nowo narodzony, pomijając paskudną bliznę, zdobiącą mój tors. Natomiast Dalinar zalecił jeszcze dzień odpoczynku, by mieć pewność, że i pod skórą bliżej żywotnych części ciała, wszystko jest na tyle mocne, abym mógł wyruszyć w drogę.
Następnego dnia rano, mimo iż minął dopiero tydzień od walki, nie czułem już, że jeszcze dwa dni temu leżałem przepełniony bólem. Aby upewnić się, że wszystko jest w najlepszym porządku, po porannej medytacji, wykonałem, na tyle na ile pozwalało miejsce w karczmie, kilka sekwencji ciosów i kopniaków. Nic mnie nie bolało, moje rozciągniecie i szybkość pozostawiały trochę do życzenia, ale po tygodniu bez ruchu to było normalne. Wystarczy kilka dni poruszać si trochę więcej i wszystko będzie na swoim miejscu. Rano zaopatrzyliśmy się u karczmarza w prowiant, uzupełniliśmy zapasy pochodni oraz oliwy. Dobrałem też zawiniątko pełne hubki do rozpałki. Kiedy siodłaliśmy konie, podeszła do nas kobieta, a po chwili rozpoznaliśmy w niej Anitę. Stała o lasce, ale i tak wyglądała o niebo lepiej, niż gdy trawiła ją gorączka.
Przepraszam, że dopiero teraz, ale wcześniej sił nie miałam chodzić. Winnam wam podziękowania panowie – wyciągnęła w kierunku Dalinara sakiewkę.
Nie trzeba – Dalinar cofnął dłoń – Nie robiliśmy tego dla pieniędzy, mam nadzieję, że odnajdziecie z Mundo wspólną przyszłość i te pieniądze przydadzą się wam bardziej niż nam.
Bardzo dziękuję – łzy stały jej w oczach – To chociaż przyjmijcie to. Zrobiłam własnoręcznie. - I podała nam drewniane korale.
Podziękowaliśmy. Moi bracia schowali korale do sakw, ja natomiast powiesiłem je na szyję. Moim zdaniem pasowały do lnianej, chłopskiej koszuli. Anita odeszła opierając się o laskę, a my wyruszyliśmy w drogę. Konno do polany z ołtarzem dojechaliśmy może z dwie godziny po południu. Dowiedziałem się, że umówili się z elfem za tydzień, dwa lub trzy od ich wizyty. W zależności od tego, kiedy wstanę na nogi. W związku z tym, że tydzień przypadał jutro, rozłożyliśmy obozowisko tam gdzie uprzednio.
Noc przebiegła spokojnie, ranek przywitał nas ładną, czerwcową pogodą. Około południa, z przeciwnej strony polany, wyszedł Elander. Ubrany był w strój, w którym spotkaliśmy go za pierwszym razem, z jednej strony przez ramię przełożony miał łuk, na drugim niósł torbę. Kiedy go zobaczyliśmy, ruszyliśmy w stronę kamienia na środku polany.
Witaj Elanderze – zaczął kapłan.
Cieszę się, że przybyliście dotrzymać swojej części umowy. A jak ty się czujesz Tsume?
Dzięki mocy Vergena już dobrze.
Mogę zobaczyć... – Ale zanim elf skończył zdanie, Dalinar powiedział „Oczywiście” i wyciągnął srebrne strony.
Dobrze - powiedział elf i aż błysnęło mu w oku. Podszedł do ołtarza i z torby wyciągnął dwie sakiewki.
Tu jest to co wam obiecałem. W jednej z nich znajduje się mój najcenniejszy eliksir, który nazywam Eliksirem Życia. Uleczy każdą ranę, wyciągnie z agonii. Oczywiście jeśli w osobie tli się choć iskierka życia. Osobie nieprzytomnej wystarczy wylać go na ranę. W drugiej sakiewce jest kilka pomniejszych eliksirów, tamują krwawienie, leczą rany oraz znajduje się tam antidotum na prawie wszystkie trucizny. Wybierzcie jedną sakiewkę plus informacje o Łaskotku.
W kwestii Łaskotka, gdzie możemy go spotkać? - zapytał Dalinar.
Czy mógłbyś... – Wskazał elf na kamień, a Dalinar położył na nim srebrną księgę. - Jest taka tawerna, nazywa się „Syrenka”. Na północ stąd przy rzecze, często zatrzymują się w niej flisacy. Z tego co wiem Łaskotek dosyć często uzupełnia w niej zapasy i tam go można spotkać. A teraz zastanówcie się co do sakiewek – wziął zwoje i zaczął odchodzić – Drugi worek zostawcie na kamieniu. Życzę wam powodzenia w waszych dalszych działaniach.
I tobie powodzenia elfie, oby wiedza w tych książkach pozwoliła zmienić bieg historii - odparł Dalinar.
Zdecydowaliśmy, że weźmiemy eliksir życia. Z informacji, których udzielił nam elf wynikało, że najlepiej będzie nam udać się do miejsca przeprawy promowej, którą obsługuje Zygfryd z synem i stamtąd ruszyć wzdłuż rzeki na północ. Siłą rzeczy tego jeszcze wieczoru ponownie byliśmy w Gadarcie. Karczmarz nie musiał długo czekać, aż znowu wynajęliśmy pokój. Spać poszliśmy wyjątkowo wcześnie, każdy z nas chciał już być na miejscu i pchnąć sprawę do przodu, bo trwało to już zdecydowanie za długo.
Po niecałych dwóch dniach dotarliśmy do rzeki, w miejscu w którym pływał prom. Tym razem Zygfryd z synem byli po przeciwnej stronie. Igo faktycznie wypatrzył wydeptaną wzdłuż rzeki na północ ścieżkę, lecz stwierdziliśmy, że lepiej zasięgnąć rady przewoźnika, bo nawet nie wiedzieliśmy, po której stronie rzeki jest „Syrenka”.
Zawołaliśmy przewoźnika, który niezbyt śpiesznie przypłynął do nas. Ze względu na młodą godzinę, jeszcze był trzeźwy.
A pamiętam was, panocki. Wprowadzajcie konie.
My tylko chcemy o coś zapytać – rzekł Igo – Jak dostać się do „Syrenki”?
A no wy panocki na kuniach, to tamtą ścieżką z dzień pojedziecie i dojedziecie.
A nocleg tam znajdziemy?
A no w tawernie to się popije i zakąsi i zadupcy, jak kto ma ochotę, a i pokoje tyż majo.
Kejn wsadził mu w rękę dwa srebrniki – To za fatygę.
Ruszyliśmy ścieżką wzdłuż rzeki.
Jaki mamy plan? – zapytał Kejn – Przypuszczam, że to jakaś specyficzna tawerna z podejrzanymi typami, a my rzucamy się w oczy. A nie wierzę, że nie rozeszło się przez tyle dni, że jakaś grupa go szuka.
Plan jest prosty – powiedział Dalinar – Jesteśmy tam przejazdem na turniej, ale co dzień zapijamy i nigdzie nie jedziemy, tylko się ciągle przechwalamy czego tam nie zdobędziemy.
Ale turniej jest w innym kierunku, na południe – zauważyłem – Praktycznie już się odbył.
Jeśli chcemy udawać idiotów – dodał Kejn – To wcale nie musimy udawać. Bądźmy sobą.
Wybuchnęliśmy śmiechem.
No dobra – rzekł Igo – Siedzimy w karczmie, wchodzi Łaskotek i co pojmujemy go?
Ta, zwłaszcza, że może przyjść z dziesięcioma drabami – powiedziałem.
Uważasz, że przyjdzie z dziesięcioma drabami do tawerny?! - dziwił się Igo.
No przychodzą po zapasy, to chyba sam nie popierdala co chwilę po bułkę i kawałek kiełbasy!
Do tego przegapiacie jeszcze jedną rzecz – powiedział Kejn – Skoro się tam regularnie zaopatruje, to prawdopodobnie nie dość, że nie robi szkody w tej tawernie, to jeszcze jest tam znany tolerowany, daje im zarobić i to za nim nagle może wstawić się połowa karczmy.
Słuszna uwaga – pogratulowałem elfowi.
Druga propozycja to nie wchodzić do karczmy – proponował Dalinar – Przyczaić się w lesie, obserwować drogi dojazdowe i czekać.
No to nie jest najlepszy pomysł – tym razem przytomnie odezwał się Igo – Moim zdaniem oni wykryją nas szybciej, niż my ich. Znają te tereny, do tego na pewno są czujni, bo mimo że tawerna może i im sprzyja, nigdy nie wiedzą kto może być w środku. I też na pewno nie przyjdą główną drogą.
Ustaliliśmy, że jednak normalnie wynajmiemy pokój w karczmie i będziemy czekać. A jeśli Łaskotek się pojawi, postaramy się go wytropić. Jeśli będzie po zapasy, niezależnie czy sam, czy z kimś, raczej będzie obładowany. Jeśli będę wiedział, gdzie zacząć szukać, takie wyraźne ślady doprowadzą mnie do niego jak po sznurku.
Po kilku godzinach jazdy wzdłuż Gadarki, naszym oczom ukazała się mała wieś. Nawet trudno było nazwać to wsią, to dosłownie kilka, byle jak zbitych domów i lepianek nad brzegiem rzeki. Dwa rozpadające się mola, pełno ujadających psów,i chudzi chłopi, apatycznie wykonujący swoje prace, polegające głównie na łataniu wysłużonych sieci. Przejechaliśmy tak jeszcze kilkaset metrów, kiedy to z wydeptanej ścieżynki, wjechaliśmy w końcu na szlak, który dochodził do rzeki gdzieś od zachodu i odbijał wzdłuż niej na północ. Jechaliśmy jeszcze ładną chwilę po zmroku. Trakt przy rzece, księżyc prawie w pełni, aż zal było zsiadać z konia. W oddali zamajaczyły nam w końcu światła, dobiegające z okien całkiem dużego budynku. Z tej odległości wydawało się, że światła widać też na wodzie. Jechaliśmy, a las, widoczny od zachodu, zbliżał się coraz bardziej do szlaku, aż w końcu szliśmy między rzeką, a ścianą lasu.
Budynek, do którego dotarliśmy, niewątpliwie był ową tawerną o nazwie „Syrenka” i zdecydowanie był bardzo dziwaczny. Większa jego część wybudowana była na wodzie, a właściwie na pomostach umiejscowionych na rzece. Budynek nie miał jakiegoś konkretnego kształtu, prawdopodobnie rozrastał się z czasem według potrzeb i co jakiś czas dokładano jakąś dobudówkę, podwyższono piętro. Przy rzece sporo było pomostów, do których przycumowane były tratwy oraz kilka małych statków. Na pomostach było pełno ludzi, pili, śpiewali, rozmawiali. Podobny gwar dobiegał ze środka budynku. Obok tawerny, tuż za szlakiem, stało coś na kształt stajni. Na kilkunastu palach zamontowano zadaszenie, a w środku belki do przywiązania koni oraz miejsce na paszę. Uwiązaliśmy tam nasze konie. W stajni były tylko dwa inne konie, było widać, że głównie ludzie rzeki są gośćmi tej tawerny. Nawet drzwi do niej od strony traktu były małe i ledwo widoczne. Główne wejście z szyldem i figurką syrenki było od strony Gadarki.
Weszliśmy do gospody. Na początku mieliśmy wrażenie, że weszliśmy na zaplecze, bo wejście to nie przypominało innych znanych karczm. Wąski korytarzyk, jakieś drzwi z jednej i drugiej strony, kawałek dalej, po prawej, ewidentnie duża kuchnia, a w niej uwijający się kucharz. Stanęliśmy niepewni, czy dobrze idziemy. Kucharz dostrzegł nas i krzyknął:
- Witajcie podróżni. Zapraszam do środka - i wskazał kolejne drzwi. Doszliśmy do wniosku, że tak jak większość rzeczy w tej karczmie i wejście od strony szlaku powstało dopiero w momencie, gdy ktoś uznał, że ruch lądowy jest na tyle duży, że warto by i tu mieć wejście.
Naszym oczom ukazała się całkiem duża sala, w której było tłoczno, na pierwszy rzut oka około trzydzieści osób. W rogu jakiś muzykant grał na lutni, duża część zebranych w gospodzie śpiewała razem z nim. Gospoda miała jakby dwa poziomy. Główny, na którym właśnie się znajdowaliśmy oraz wyższy, na który wchodziło się schodkami. Lecz nie było to typowe piętro, lecz bardziej antresola w połowie wysokości karczmy. Zdecydowanie była to dziwaczna konstrukcja. Podeszła do nas skromnie ubrana kobieta i zapytała:
Stolik w górnej, czy w dolnej sali? W górnej dla majętnych, w dolnej flisacy – wytłumaczyła widząc nasze niezdecydowanie.
W górnej zatem – rzekł Igo – A pokój się znajdzie?
Duży czy mały?
Taki dla nas – rzekł Kejn
To duży – odpowiedziała kobieta – znajdzie się.
W górnej sali, prócz nas, było tylko ośmiu gości, którzy nie wyróżniali się niczym szczególnym. Większość gospody zapełniali flisacy. Dostrzegliśmy tylko dwóch zbrojnych. Jeden siedział przy barze, miał na sobie kolczugę i toporek przy pasie i co jakiś czas przyglądał się ludziom na sali. Drugi zbrojny siedział w rogu, w skórzanym kaftanie z dosyć pokaźnych rozmiarów pałką przy pasie. Kobieta przyniosła dzban piwa i oznajmiła, że zaraz poda strawę. Po chwili zjawiła się z drewnianymi talerzami, na których leżały parujące ryby.
Pokój uszykuję na górze - I wskazała ręką na kolejne schody, które prowadziły jeszcze wyżej, przypuszczalnie do piętra, gdzie znajdowały się pokoje.
Jeśli można, niech pokój będzie od strony lasu – zasugerował Igo – Od rzeki czasem śmierdzi.
Dobrze panie, będzie od strony lasu.
Po pewnym czasie podszedł do nas karczmarz.
Witajcie, jestem Rimba, gospodarz tego przybytku. Konie ostawiliście w stajni?
Owszem, czy stajenny mógłby je oporządzić?
Nie mamy stajennego, ale poślę pomocnika. Wiecie panowie, rzadko mamy podróżnych z lądu. Na długo panowie ostają? Czy przejazdem?
Długo już podróżujemy i chyba trochę tu odpoczniemy – rzekł Igo.
A skąd, jeśli można zapytać, z południa czy północy?
Z południa – odparł Igo.
To może macie jakieś wieści? Słyszeliście? - Zapytał widocznie podniecony karczmarz.
Ale o czym? - zapytałem.
No o turnieju – jakby ciszej powiedział gospodarz.
Nie, nic nam nie wiadomo.
Bo ponoć zamach był na mości pana barona! To jedziecie z południa i nic nie wiecie? Na szczęście pan baron uniknął śmierci, ale w Roskannie trwa obława. Ponoć jakiś strzelec... To było kilka dni temu, miałem nadzieję, że coś wiecie.
Szczerze mówiąc, tak pochlaliśmy z przewoźnikiem na przeprawie, że nie wiemy nic – odparłem.
Lepiej się ze starym Zygfrydem nie zadawać, bo rozpije i tyle z tego. Gdyby nie jego syn, to już by go nie było. Dwa razy go już z rzeki wyciągał.
Ano, jak na swój wiek to ma zdrowie, dwa dni z nim piliśmy i my leczyliśmy kaca, a on woził ludzi.
A kto zorganizował zamach? - zapytał Dalinar.
Gdybym wiedział – zaśmiał się gospodarz - To bym nagrodę zgarnął. Pono były walki i na tej trybunie, tej no... od honoru i tam niby siedział baron, ale to musielibyście porozmawiać z Arnoldem. Siedzi na dole i pije trzeci dzień. Ale wszystko ponoć na własne oczy widział. Arnold to stary pijak, dlatego pytam tych co z południa ciągną. Błysnęło i nie trafił.
Co mnie obchodzi, że błysnęło. Piwa się trzeba napić – mówiłem jakby podpitym głosem.
A tak pijcie, pijcie, zaraz doniosą trunku.
Kiedy karczmarz odszedł odezwałem się:
Mówiłem, że coś może się wydarzyć na turnieju? Mówiłem nie siedzieć na dupie, tylko szukać na własną rękę?
To już nic nie zmieni – rzekł Dalinar.
Wiem, że nie, ale nigdy mnie nie słuchacie i ma nadzieję, że to się kiedyś zmieni.
Dobra miałeś przeczucie, ja też chciałem tam jechać, a teraz na chwilę się zamknijcie. Posłucham co mówi ten moczymorda – powiedział Kejn.
Elf skupił się i nadstawił uszu, a potem zaczął relacjonować po cichu co usłyszał:
- Arnold twierdzi, że był osobiście z synem pięć metrów od trybuny honorowej i wszystko widział. Ponoć błysnęło i wystrzelona w barona strzała zmieniła kierunek robiąc trójkąt i trafiając w kogoś innego. Mówi, że zapewne to ta jego kochanica, czarownica go ochroniła magicznie. Na Delidię przysięga.
Zapytałem Igo, czy czarodziej mógłby faktycznie tak zrobić – Igo potwierdził.
Elf słuchał dalej, a Arnold opowiadał, że strzała, co wyciągali ją z trafionego rycerza, zamieniła się w węża. A chwilę potem rycerz kopyta wyciągnął.
- A strzała zamieniająca się w węża? – pytałem Igo – No to brzmi już mniej wiarygodnie, ale nie niemożliwie.
Postanowiliśmy z Dalinarem dosiąść się do snującego historie pijaczka.
Dalinar położył dzban na stole i zagaił:
Czy dobrze słyszałem, że to ty panie byłeś świadkiem tych wydarzeń?
A jakże! Jak Delidię kocham.
Arnold łapczywie lał z dzbana, a połowę rozlewał. Był już naprawdę niedaleko od bełkotu.
Opowiedz mi panie od samiuśkiego początku – zachęcał Dalinar.
Ano panie przybyłem na turniej z moją córką.
Już w tym momencie wiedziałem, że wszystkie jego rewelacje są nic nie warte.
I pan baron zaprosił mnie osobiście, abym siedział przed nim. No i były walki na miecze i na topory i było to tak, że w pewnym momencie, kiedy to rycerze bili się na turnieju, jakiś takowy strzelnik był. Gdyby nie ja, to strzała dosięgłaby pana barona. Ale, jak jej tam, ta Kartadia, tak, ta czarownica.
Jak się nazywa? - dopytał Dalinar.
Karpadia, czy tam Karfadia. Mniejsza o czarownicę. No i zasłoniłem osobiście barona ciałem, a widząc moje męstwo Delidia i ta czarownica sprawiły, że strzała poleciała, zamiast we mnie, w rycerza Leopolda. I osobiście go zabiła. Ot co!
Skąd strzelano? – dopytywał Dalinar, chyba już tylko ze znanemu sobie powodu.
Gdzieś z przodu, jakby ze tego folwarku. Z murów. Osobiście widziałem, że był sam, ale mógł mieć towarzysza. Potem tarczownicy wyprowadzili pana barona, bo ja już swoje zrobiłem, no i zaczęły się poszukiwania i psy i wszystko. A strzała, co ją z rycerza wyjęli, to jak Delidię kocham, w węża się zamieniła i odpełzła.
Dalinar brnął w tę farsę, zastanawiałem się po jaką cholerę.
Chyba już podziękujemy za opowieści – wypaliłem, dając znać Dalinarowi, aby kończył.
Z tej całej opowieści prawdą są tylko trzy rzeczy – powiedziałem – Że był turniej, był zamach i prawdopodobnie ocaliła barona magia. Reszta na chuj biednemu.
Igo zasugerował, żeby w nocy prowadzić obserwacje lasu. Wydawało się nam logiczne, że od tamtej strony może po zaopatrzenie przychodzić Łaskotek. Udaliśmy się do pokoju, a Igo dopytywał o plan działania.
- Moim zdaniem najbezpieczniej będzie wypatrywać, kiedy przyjdą po zaopatrzenie. Nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, dać im odjechać i podjąć ich trop w tym miejscu i z zachowaniem ostrożności wytropić ich obóz.
Ustaliliśmy plan działania na nadchodzącą noc, gdzie postanowiliśmy na zmianę wartować przy oknie. Tej nocy nic się nie wydarzyło. Rankiem karczma była wyraźnie mniej zatłoczona, przez co też, nie mające zajęcia ladacznice, robiły podchody do nas. Zauważyliśmy, że ruch rzeczny jest naprawdę spory. Tratwy i łódki przybijały i odpływały od pomostów. Wokół karczmy było kilka kramów, gdzie właściciele wszystkiego co pływa, wymieniali swoje towary. W tawernie mieścił się też magazyn, gdzie gospodarz przyjmował różne towary. Byliśmy świadkiem rozładunku kilku worków mąki. W gospodzie wypiekano własne pieczywo. Po obiedzie podszedł do nas gospodarz i ponownie zagaił o cel podróży.
Narazie planujemy odpocząć i być może trochę się zabawić - rzekł Dalinar – Jesteśmy już sporo dni w podróży, a nie wiemy kiedy napotkamy znowu karczmę.
A dokąd zmierzacie? Jeśli można wiedzieć. Może zajęcia poszukujecie? Miałbym coś dla was. Widzę, że mieczem to chyba robić umiecie. Mam tu taki mały interesik, mam trzy załogi na swoich usługach, no i przy większych transportach przydatna jest ochrona. Czekam na taką większą dostawę świeżaków, pędzą ich aż z Pogranicza.
Czego? - zapytał Kejn.
Niewolników z Pasa Pogranicza. Kupiłem trochę towaru i mam nadzieję odsprzedać ich z zyskiem w Mar-Margot. Niektórzy nie rozumieją swojego położenia i starają się uciec, bądź stawiać i trzeba by ich w drodze do Mar-Margot przypilnować. U mnie niewolnicy mają być jak baranki, taka jest kolej rzeczy.
A ile byśmy zarobili, że tak zapytam?
Dostalibyście wikt i opierunek i może nawet po złotym ambardzie.
Ile stąd jest do Mar-Margot?
No z trzy dni się płynie, a potem jeszcze kilka dni pieszo – poinformował gospodarz.
I za jednego złotego ambarda mam zadupiać z brudnymi, śmierdzącymi niewolnikami prawie dwa tygodnie? - zapytałem spokojnie.
Przecież to dobry pieniądz jest, no co wy.
To jedź sobie sam – odparłem, a moi bracia tłumili śmiech.
Karczmarzu może potem wrócimy do tej rozmowy – łagodził Igo – On chyba musi ochłonąć.
Co ochłonąć! Jestem skacowany i wolałbym głodować niż za sztukę złota się męczyć z jakimiś brudnymi wieprzami.
Już dobrze panowie, przepraszam – i odszedł.
No nic, trzeba było trzymać się naszego planu i cierpliwie czekać, wszak