Minęły jeszcze dwa dni i kiedy to jedliśmy w norze śniadanie, do naszego stolika podszedł Torsten.
Cześć chłopaki, jak zdrowie? - zapytał.
A dobrze, tylko już nam się powoli nudzi – odpowiedział Dalinar.
Torstenie. Mamy pytanie – kontynuował - Skąd pochodzi Camaral? Bo nie ukrywamy, że jesteśmy pod jego wrażeniem.
Domyślam się – uśmiechnął się Torsten - Szef pochodzi z dalekiego południa, był tam podobno wodzem jakiegoś plemienia, stąd te wszystkie tatuaże i emblematy. To tradycja, którą do teraz pielęgnuje. Ale zostawmy ten temat. Szef jest z was zadowolony i przekonał się, że możemy dać wam kolejne zlecenie. Na południu stąd są dwie osady, Gadarta i Roskanna. Grasuje tam pewien przestępca, jest to herszt bandy zwanej Żmijową Watahą, nazywa się Łaskotek. Macie mi przynieść jego głowę. Pamiętacie mam nadzieję nasze zasady, że za żywego nie płacimy ekstra. Mam tu też coś co może się wam przydać.
Torsten wyciągnął w naszym kierunku kawałek papieru.
- To jest jego rysopis. Dostaliśmy go od Grododzierżcy. Zapoznajcie się z tym.

Bandyta ten staje się powoli solą w oku barona Friedricha von Baumanna. Działa na jego terenach. Gadarta to mała osada, znana głównie z wyrębu drewna. Znajduje się około 12 dni drogi od Mar-Margot. A jeśli chodzi o tę drugą osadę, no to tutaj sprawa jest troszeczkę inna. Roskanna to bardzo duża wieś, można by nawet rzec, że małe miasteczko. Żyje z rolnictwa i znajduje się na granicy ziem barona. Łaskotek nawywijał w tych okolicach dużo, aż pewnego dnia przesadził i w okolicach Gadarty zabił kapłana. To przesądziło o jego losie. Ocenia się, że banda może liczyć pięciu, może dziesięciu ludzi. Musicie być też czujni, bo lokalna ludność może go wspierać. Aczkolwiek te tereny są mocno patrolowane przez siły barona i to może być tylko plotka, nikt nie chce narażać się baronowi.
Skąd przydomek Łaskotek? I jaka jest nagroda? - dopytywał Dalinar.
Cóż, podobno lubi „połaskotać” tych, których weźmie w niewolę, zanim skonają, a nagroda to 50 złotych ambardów. Gdybyście mieli jakąś mapę, zaznaczę wam te miejscowości.
Igo wyciągnął nasz nowy nabytek, a Torsten popatrzał na mapę z uznaniem, wyciągnął pióro i zaznaczył mniej więcej lokalizacje dwóch wiosek barona.
To jak, bierzecie to zadanie?
Oczywiście – odparliśmy wszyscy prawie jednocześnie.
Tu macie dodatkowo 2 złote ambardy na wydatki związane z podróżą. A i jeszcze jedno. Zostawcie sobie ten rysopis i jeśli będzie trzeba użyjcie go jako dowodu, że pracujecie na zlecenie Mar-Margot. No to powodzenia i kupcie na targowisku trochę soli – zaśmiał się – może się wam przydać. Bywajcie i owocnego polowania.
Po wyjściu Torstena, znudzeni ostatnimi dniami, od razu wzięliśmy się za przygotowania do wyprawy. Zakupiliśmy prowiant dla siebie i koni, uzupełniliśmy zapas pochodni i oliwę do latarni, a Dalinar zakupił solidny płócienny worek pełen soli, wystarczająco duży, by zmieściła się w nim głowa człowieka. Igo stwierdził, że warto w drodze jeść czasem trochę lepiej, żeby być w formie. Zakupił książkę kucharską, kociołek i troszkę przypraw.
W mieście z dnia nadzień pojawiało się więcej wojska, czuć było atmosferę nadchodzących corocznych kampanii ku chwale Delidii. Czuć też było coraz większy smród tego brudnego miasta. Z ulgą przyjmowałem fakt, iż lada chwila opuścimy to cuchnące bagno.
I tak następnego dnia ruszyliśmy w drogę. Szlak, ze względu na porę roku, był już mocno uczęszczany, mijaliśmy wozy kupieckie, a nawet małe karawany, co jakiś czas pojawiali się także konni patrolujący szlak. W kierunku Mar-Margot zmierzały też grupy najemników, wojów, rycerstwa, a nawet podchmieloną grupę krasnoludów, którą najpierw było słychać, a później widać. Krasnoludy cały czas śpiewały, a najczęściej powtarzanym słowem w tej przyśpiewce było złoto, złoto, złoto. Było czuć, że zbliża się nieustannie czas kolejnych podbojów.
Na prośbę Igo, przed rozbiciem wieczornych obozowisk, próbowaliśmy z Kejnem coś upolować, ale bez większego powodzenia. Dopiero trzeciego dnia, kiedy nasz nocleg przypadł na małą wieś, Igo zakupił kilka ryb i przyrządził dla nas pierwszą potrawę. Mimo że mag dopiero stawiał swoje pierwsze kroki i daleko rybom było do karczemnego jedzenia, była to miła odmiana od monotonnego prowiantu.
Podróż przebiegała spokojnie, a wraz z oddalaniem się od Mar-Margot, coraz rzadziej mijaliśmy nawet małe wioski czy gospodarstwa. Po dziesięciu dniach dojechaliśmy do rozwidlenia, na którym widniały dwa stare drogowskazy. Jeden wskazywał na Gadartę, drugi na Roskannę. To był ostatni moment, aby zdecydować, gdzie udamy się w pierwszej kolejności. Przy rozstaju zbudowana była wiata i wyznaczony kamieniami krąg na ognisko. Przy szlaku czasem pojawiały się takie miejsca. Jako że dzień dobiegał końca, postanowiliśmy spędzić tę noc tutaj. W końcu z Kejnem udało nam się upolować bażanta. Zadowolony Igo z ochotą zabrał się do przyrządzania ptactwa.
Kiedy mag skubał ptaka, ustaliliśmy, że aby uniknąć ewentualnych pytań po co wybieramy się do jakichś małych wiosek, jesteśmy najemnikami podążającymi za zarobkiem do miasta Galam-dur, leżącego w Pasie Pogranicza. Tam zawsze był popyt na miecze do wynajęcia. Tuż przed zmrokiem podjechały do nas trzy wozy i jeden z kupców zapytał, czy nie będzie przeszkadzać nam ich obecność. Oczywiście nie mieliśmy nic przeciwko, po pierwsze to raczej normalne w takich miejscach, a po drugie wiedzieliśmy, że zbliżamy się do terenów, na których operuje Łaskotek i w grupie było bezpieczniej. Parobkowie sprawnie wyprzęgli konie oraz zajęli się zbieraniem opału.
Po pewnym czasie do naszego ogniska przysiadł się jeden z kupców i zagaił.
- A skąd panowie jedziecie, z południa, czy północy?
Odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą, że z północy.
Kupiec ten zmierzał z towarami z Roskanny i ostrzegł nas przed grasującym na tym terenie Łaskotkiem. Jego obecnością tłumaczył też ilość parobków oraz najętą ochronę. Według jego słów Łaskotek dowodził dużą bandą, 20 a może nawet 30 złoczyńców. Kupiec zaczął się rozwodzić na tym, że teraz jest lepiej, bo w ostatnim czasie kościół podarował baronowi ziemię Ramun i Roskanna nie leżała już zapomniana na granicy jego włości.
Dopiero po chwili do mnie dotarło, że przecież wuj Anton, znalazł tablice z tekstami o Śpiącej Bogini właśnie na ziemiach Ramun. Czy to przypadek, że znalazłem się w tym miejscu, czy sama Bogini skierowała moje kroki w te okolicę? Zastanawiałem się nad tym przez chwilę, ale nic nie przychodziło mi do głowy.
Dowiedzieliśmy się też, ze kilka godzin stąd jest przeprawa promowa na rzece Gadarce i pewnikiem zarządzający promem Zygfryd, będzie wiedział więcej na temat Łaskotka. Podzielił się też z nami informacją, że Łaskotek w okolicy Gadarty zabił inkwizytora, czym rozgniewał pana barona. „Być może to była kropla, która przelała kielich i wyznaczono za niego nagrodę w Mar-Margot” - pomyślałem. Zagadywaliśmy też czy przypadkiem nie ma nagrody za Łaskotka. Kupiec odpowiedział, że słyszał plotki, iż tak, ale najlepiej zapytać bezpośrednio lorda Heinricha von Baumanna, kuzyna barona Friedricha, który ma posiadłość niedaleko Roskanny. Kupiec powiedział nam też, iż sołtys Roskanny to jego kuzyn i polecił nam, jeśli się tam zjawimy, zawitać do Oberży Pańskiej, ufundowanej przez samego barona. Ponoć serwowali tam znakomite dania. Podziękowaliśmy za rady i kupiec wrócił do swoich ludzi. Zjedliśmy bażanta. Jedno jest pewne, Igo soli nie żałował.
Po kolacji zaczęliśmy dyskutować jakie podjąć następne kroki. Rozważaliśmy wszystkie za i przeciw, aby udać się do Lorda i zapytać, czy jest tu na miejscu też nagroda za Łaskotka i czy możemy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. I jak to zrobić, aby Lord nie uznał, że chcemy go oszukać, wszak i tak mieliśmy dostać nagrodę od Grododzierżcy. Postanowiliśmy, że rano udamy się do Roskanny. Po około 4 godzinach las z lewej strony ustąpił miejsca łąkom, a jeszcze później łąki zaczęły zastępować pola uprawne i rzadko rozsiane gospodarstwa. Wraz ze zbliżaniem się do celu naszej podróży, liczba gospodarstw zwiększała się i gdzie okiem nie sięgnąć widać było pola oraz pasące się krowy. Po pewnym czasie dojechaliśmy do naprawdę dużej miejscowości. Torsten nie przesadzał, iż Roskannie niewiele brakuje do małego miasteczka. Zabudowa znacznie różniła się od Białej Osady, gdzie się wychowaliśmy. Tu domy były blisko siebie zgromadzone wzdłuż głównej drogi oraz odchodzących od niej odnóg. Prawdopodobnie większość chłopów mieszkała tutaj, a na pola dojeżdżali. Być może właśnie to skupisko domów przywodziło na myśl małe miasto, a nie typową wieś.
Roskanna leży na Głównym Szlaku Północnym, który prowadzi z Ambardu aż do Galam-dur, potężnej twierdzy w Pasie Pogranicza i jest ważnym punktem przerzutowym między południem, a Mar-Margot. Jak już wcześniej wspomniałem, Roskanna to najdalej wysunięta na wschód osada rodowych ziem von Baumannów i graniczy z krainą Ramun – obecnie w pełni kontrolowaną przez barona, który otrzymał ją jako lenno od Kościoła. Tak samo jak Białą Osadę.

W wiosce było widać wielu prawdopodobnie kupców ładujących towary na swoje wozy, w oddali widoczny był mały zameczek, prawdopodobnie posiadłość kuzyna barona von Baumanna. Na wschód jak okiem sięgnąć rozciągały się pola. Zapytaliśmy wieśniaka o Oberżę Pańską i z dumą powiedział, że to w centrum i wskazał nam drogę. Oberża faktycznie robiła wrażenie, była naprawdę duża i solidnie wykonana, niejedno miasteczko mogło zazdrościć takiego budynku. Przed gospodą było pusto, a w środku zastaliśmy dosłownie dwóch ludzi, prawdopodobnie kupców. Widocznie albo było to miejsce przeznaczone właśnie dla kupców i ceny odstraszały wieśniaków lub zwyczajnie większość mieszkańców pracowała właśnie w polu. Karczmarz podniósł wzrok i zakrzyknął:
Witajcie, witajcie! Zapraszam, jestem Ron, karczmarz w tym przybytku.
Witaj karczmarzu, podaj jadła i napitku.
Ależ oczywiście, mam wyborne lokalne piwo.
A pokój znajdzie się ? - zapytał Kejn.
A no znajdzie, ale musiałbym wstawić przystawkę.
Przystawkę? W takie dużej karczmie nie ma wolnych pokoi?
Mamy dużo kupców, taki okres, ale jakoś was upchnę. A na ile dni pokój?
Narazie do jutra, a potem się pomyśli.
A wy nietutejsi, na kupców nie wyglądacie. Jedziecie z południa, czy z północy?
Z północy.
Przepraszam za moją ciekawość, ale w jakim celu odwiedzacie naszą miejscowość?
Ależ nie ma problemu – odpowiedział Dalinar – zawsze warto porozmawiać. Zmierzamy na południe, może dołączymy do armii Delidii i szczęście się do nas uśmiechnie i uda nam się nieco wzbogacić.
Mhm... jak tak pana zobaczyłem - karczmarz wskazał palcem na Igo - to pomyślałem, że do Pana Hugo w odwiedziny się wybieracie.
Nie, nie planowałem odwiedzać pana Hugo. A kto to jest? - zagaił Igo
A taki trochę dziwny człowiek. Mieszka poza granicami Roskanny i bada różne rzeczy – zamyślił się chwilę – uczony, można by rzec. Pomaga nam czasem w różnych sprawach. Pogodę dobrze nam przepowiada, co pomaga w uprawie roli. Na zachodzie, w zasadzie już w lesie, ma swoją rezydencję i od kilku lat tam mieszka.
A co tu słychać? Może można tu jakoś zarobić, jakieś problemy lokalne rozwiązać? - dopytywał Dalinar.
Ja to w sumie nie wiem, lepiej pytać sołtysa Wilhelma lub nawet udać się do Ain-Anlou, rezydencji Lorda Heinricha… Wy panie to pewno jakiś rycerz, od razu poznałem po tej maczudze – gospodarz wskazał na Dalinara.
Wybuchnęliśmy niekontrolowanym śmiechem.
Taki z niego rycerz jak z jego włóczni maczuga – odparł Kejn.
Dobry żart, ambarda wart... – skwitowałem ja.
A cóż to za śmiechy - usłyszeliśmy za sobą.
Obróciliśmy się i zobaczyliśmy mężczyznę w błękitnej tunice, na której wyszyte były symbol kobiety i wagi - od razu rozpoznaliśmy znak Delidii. Szata była doskonałej jakości, człowiek ten miał około 50 lat, a wyróżniały go rozpuszczone, sięgające prawie pasa włosy.
Wybacz mości kapłanie, że zakłóciliśmy twój spokój. Nie wiedzieliśmy, że tak zacna osoba jest wśród nas – powiedziałem.
Właśnie wszedłem – powiedział łagodnym głosem – dopiero co wszedłem.
Kapłan położył rękę na moim ramieniu i rzekł:
Delidia ma mnie w swojej opiece i myślę, że ciebie też. Uczcijmy to minutą ciszy – kapłan pochylił głowę i pogrążył się w cichej modlitwie. Po ukończeniu modlitwy zapytał.
Co was sprowadza do naszej wioski?
Szukamy zajęcia – odparł Kejn.
To dobrze, to dobrze, tak trzeba, trzeba pracować. Przybywacie z Mar-Margot?
Zmierzamy na południe, aby nająć się jako najemnicy i wspomóc wojska Delidii w toczących się tam walkach – gładko skłamał Dalinar.
Udajcie się do sołtysa – rzekł Kapłan – będzie miał dla was zajęcie. Krążą tu banici, których trzeba zlikwidować ku chwale Delidii. Sołtys wszystko wam opowie, gdyż mnie niewiele zajmują takie sprawy.
Kapłan błyskawicznie opróżnił kielich z winem i zwrócił się do karczmarza.
Ronie, idę na obchód wioski.
Dobrze mistrzu Irjonie – skłonił się wyraźnie poddenerwowany.
Ku chwale Delidii – rzucił kapłan i wyszedł.
Zaproponowałem karczmarzowi wino, a on z ochotą przystał na tę propozycje. Opowiedział nam co nieco o osadzie. Kapłan Irjon to duchowy opiekun wsi, jedyny kapłan w mieszczącej się tu świątyni, którą miejscowi wybudowali własnymi siłami. Prócz tego we wsi były jeszcze dwie karczmy, wspomniana już rezydencja maga Hugo Ontario oraz budynek straży Lorda, w której na stałe stacjonowało sześciu żołnierzy. Prócz tego wspomniany wcześnie folwark Aia-Anlou, w którym mieszkał Lord wraz z rodziną i gdzie część mieszkańców odpracowywała pańszczyznę. Reszta budynków to domy i spichlerze. Karczmarz potwierdził też, że trzy miesiące wcześniej banici napadli wysłannika Grododzierżcy, który był z wizytą u Lord Heinricha i zginęło trzech ludzi. Ponoć też banici podpalali uprawy, lecz na mieszkańców wioski nigdy nie napadli. O więcej informacji kazał wypytywać sołtysa.
Wnieśliśmy nasze rzeczy do pokoju i zaproponowałem, aby udać się do Hugo, gdyż intrygowały mnie słowa, że jest badaczem, a sąsiedztwo ziem Ramun dawało mi nadzieję na pozyskanie jakichś ciekawych informacji. Ku mojemu zdziwieniu Igo w ogóle nie przejawiał chęci spotkania maga. Tutejsze wino chyba było mocniejsze niż myśleliśmy i Igo w wyraźnie dobrym nastroju sugerował z głupawym uśmieszkiem, aby nie oddalać się zbytnio od karczmy i dzbana. Powiedziałem, że w takim razie wybiorę się tam sam. Kejn chciał iść ze mną, lecz poprosiłem, aby odpuścił i oznajmiłem, że chcę udać się tam sam.
Ale dlaczego sam?
Nie wiem, mam takie przeczucie – odparłem.
Aa jak mucha do gówna – wypalił Kejn.
Może i tak – odpowiedziałem – czy muchę pyta ktoś co ciągnie ją do gówna?
Instynkt – powiedział Kejn.
Dokładnie.
Dowiedziałem się od karczmarza jak dostać się do rezydencji maga, osiodłałem konia i udałem się we wskazanym kierunku. Nie było to daleko, po kilku minutach spokojnej jazy przez las, ukazał mi się mur rezydencji. Na końcu ścieżki w murze widniała brama ze zdobioną kołatką w kształcie psa. Zszedłem z konia i zakołatałem. Chwilę później odskoczyłem zaskoczony od bramy, bo głowa psa poruszyła się, a z jego ust wydobył się metaliczny głos.
- Kim jesteś? Po co przychodzisz?
Przedstawiłem się i powiedziałem, że przychodzę do pana Hugo.
- Pana nie ma w domu - ponownie odezwał się głos - przyjdź później.
No cóż, nic tu po mnie, pomyślałem, trzeba będzie wrócić później. Kiedy już miałem odchodzić pomyślałem, że jeśli ów mag ma cokolwiek wspólnego z zakonem, to zostawię mu znak, który na pewno rozpozna. Wyciągnąłem noż i tuż przed bramą zacząłem malować symbol. Kątem oka dostrzegłem coś na ziemi. Podszedłem zainteresowany i zgłupiałem. W ziemi widoczne było odbicie stopy, ale znacznie większej niż ludzka i znacznie wyraźniej odbitej. Grubo ponad metr dalej kolejny ślad. Coś co tędy przeszło musiało być wysokie, duże i ciężkie. Dodatkowo znalazłem ślady psów i człowieka. Obojętnie co poszło w las, nie miałem ochoty spotkać się z tym sam. Pośpiesznie zawróciłem więc do karczmy.
Kiedy wszedłem do karczmy, moi bracia siedzieli przy piwie i widocznie mieli już w czubie.
- Tsume - zawołali z uśmiechami na twarzy.
Dosiadłem się do nich i rzekłem:
- Faktycznie pan Hugo to ciekawa persona. Mieszka na odludziu w środku lasu, w nazwijmy to dworku ogrodzonym murem. Pierwszą rzeczą jaka rzuciła mi się w oczy jest to, że ktoś ma kołatkę do bramy, mimo że dom stoi 10 metrów od niej. Kto niby miałby ją usłyszeć. No ale skoro jest kołatka, to zakołatałem. I kołatka zaczęła do mnie mówić, zapytała o cel wizyty, po czym kiedy skończyłem mówić odparła „pana nie ma, przyjdź później”.
Moich braci wyraźnie to rozbawiło, bo wybuchli gromkim śmiechem.
Na odchodnym, rzuciła mi się w oczy jedna ciekawa rzecz, dosłownie chwilę przed moim przyjściem, z tego domu wyszło coś do lasu.
Ale czemu mówisz coś? - zapytał Kejn.
No bo nie widziałem nigdy, żeby człowiek miał stopę dwa razy większą od mojej, a ja mam całkiem spore stopy. Dodatkowo żaden człowiek nie zostawia tak wyraźnych śladów, jakby ważył dwa razy tyle co Graham.
Czyli to były ślady na ziemi – dopytywał Kejn.
Ciężko to nawet nazwać śladami, to były solidne wgłębienia w ziemi, jakby przeszło tamtędy coś dużego i naprawdę bardzo ciężkiego. Prócz tego znalazłem kilka psich tropów oraz zwykłe ślady jednego człowieka. Dlatego też postanowiłem wrócić do was.
Nooo i dobrze zrobiłeś – chwalił mnie Igo jeszcze bardziej zadowolony z życia, niż w momencie kiedy opuszczałem karczmę – mamy tu piwko, napij się!
Pójdę tam wieczorem.
Ale po co będziesz łaził gdzieś po ciemku? - zapytał Igo.
No bo nie załatwiłem tego co miałem załatwić.
Czyli czego? – dopytywał mag.
No nie wiem – odparłem.
No to jak nie wiesz czy załatwiłeś czy nie? – chichrał się Igo.
Celna uwaga – dodał wyraźnie rozbawiony Dalinar – może miałeś pogadać z kołatką?
Zauważyłem, że chyba wszystkim piwo wchodziło lepiej niż powinno.
Dobra mam takie pytanie, pijecie dalej i sramy na sołtysa, czy gadamy z nim?
Nie no, czekamy na sołtysa – odpowiedział oburzony elf, ale głupkowato się przy tym uśmiechał.
W tym tempie możemy nie dotrwać do powrotu sołtysa – odparł rozbawiony Dalinar.
No to co walimy do ryja jak wieprze czy co? - dopytywałem.
No to co, nie idziesz do maga?
Nie no, chce wiedzieć czy walicie, czy nie, bo jak tak, to nie idę do maga tylko walę z wami. Wiadomo, że nie pójdę napruty w trzy dupy, bo kołatka mnie nie zrozumie. Po dwunastu dniach w podróży w sumie można by było się uchlać.
Ja bym się nawalił jak świnia, a potem kogoś zlał - zadeklarował zbyt rozentuzjazmowanym głosem Kejn.
A tak z innej beczki, co zrobiliście w wiadomej sprawie, podczas kiedy mnie nie było?
Noooo – zaczął Igo – dużo dyskutowaliśmy. No i ustaliliśmy, że śpisz na dokładce i w sumie to tyle.
Dostawka mi nie przeszkadza, bardziej mnie interesuje czy zmieści się tam jakaś dziewczyna i czy w ogóle jakieś są?!
Jak narazie przychodzą same brudne chłopy – śmiał się Kejn
Karczmarzu! - zawołałem,
Tak?
Tego wina dobrego dajcie dzban – rzekłem.
A że tak zapytam, są tu jeszcze jakieś inne rozrywki dla ciała i nie chodzi mi o karty i kości – porozumiewawczo powiedział Dalinar.
- Wiem o co wam chodzi, ale to musielibyście się udać do południowej karczmy.
Piliśmy dalej i kiedy po jakimś czasie podszedł do nas Ron, zapytaliśmy czy jest już może sołtys. Ron wskazał nam na jednego chłopa, który siedział niedaleko nas, lecz jego stan był już znacznie gorszy od naszego.
Spóźniliśmy się – powiedziałem i wszyscy wybuchnęliśmy gromkim śmiechem.
Spróbujemy jutro – odparł wesoło kapłan.
Nie no, strategię mamy dobrą, trzeba przepijać fundusze póki są.
Dopiero chwilę później zauważyliśmy, że gwar w karczmie zmalał i stopniowo pustoszeje. Zawołaliśmy karczmarza.
Gdzie wszystkich wywiało?
No jak to gdzie? Na wieczorną modlitwę – odparł.
Na wieczorną modlitwę w takim stanie? - zdziwił się Kejn.
No cóż życie chłopa nie jest łatwe – odparł z powagą karczmarz.
Ponownie tego wieczoru wybuchnęliśmy śmiechem.
Minęła może godzina, kiedy drzwi karczmy otwarły się z hukiem i do karczmy zaczęli się schodzić wszyscy ci, którzy wyszli na modły. I jeśli wcześniej wydawało nam się, że wieśniacy dużo piją, to byliśmy w błędzie. Dopiero teraz pokazali swoje możliwości. My też popuściliśmy wodze fantazji i następnego ranka wstaliśmy na ostrym kacu.
Zjedliśmy dobre śniadanie, zapijane wyśmienitym piwem i zaproponowałem, abyśmy poszli razem do Hugo.
Ale po co? – dopytywał się Igo.
Choćby po to, żebyście zobaczyli kołatkę, jest naprawdę świetna.
I rozumiem, że jak nam otworzy masz mu coś do powiedzenia, a nie będziemy tam stali jak idioci? - nie dawał za wygraną mag.
Jeśli nie zrozumie mojego przekazu, to jest szansa, że będziemy tam stali i wyglądali jak idioci, więc jeśli nie odpowiada ci stanie i wyglądanie jak idiota, możesz nie iść.
Zdecydowaliśmy się udać wszyscy do Hugo. Chłopi zbierali się na pola. A my, uznawszy, że po wczorajszym wieczorze spacer dobrze nam zrobi, udaliśmy się do posiadłości maga piechotą. Kiedy podeszliśmy pod bramę, zauważyłem, że mój rysunek jest nienaruszony. Pokazałem im ślady w ziemi, tym razem prowadziły w stronę bramy. Wskazałem im ręką na kołatkę i powiedziałem.
- Teraz patrzcie na to.
Zakołatałem i po chwili pies się odezwał:
Kim jesteś? Po co przychodzisz?
Jestem Tsume z Ramun – i wypowiedziałem jedną z formuł zakonu, którą używamy, aby dać komuś znać kim jesteśmy - A strzała padła niedaleko od jabłoni.
Nie rozumiem, nie znam takiego. Kim jesteś? Po co przychodzisz? – odpowiedziała metalicznym głosem kołatka.
Może zapytaj o właściciela – zaproponował Kejn.
Nie mam już takiej potrzeby.
Możesz powiedzieć mi co chciałeś tym osiągnąć? – denerwował się Igo.
No przecież mówiłem, że możemy wyglądać jak idioci i właśnie tak wyglądasz.
Rozszerzyłem ręce w teatralnym geście i krzyknąłem:
- Taaa dammm!
Bracia śmiali się z Igo i kiedy mieliśmy już odchodzić, usłyszeliśmy szczęk, a brama za nami się otwarła i zobaczyliśmy człowieka otoczonego psami. Były to potężnie zbudowane psy, sięgające mu niemal do pasa. Człowiek głaskał jednego po głowie. Był dobrze ubrany.
Przepraszam, ale nie bardzo rozumiem, czy przychodzicie na pewno do mnie? Nazywam Się Hugo Ontario.
Witam nazywam się Tsume z Ramun, widocznie pomyliłem pana z kimś innym. Nie będziemy zatem pana niepokoić.
Właśnie wybieram się na przechadzkę po lesie.
Bardzo ładne psy – zagaił Kejn.
Tak, to moi ulubieńcy.
Z oddali było słychać szczekanie. W posiadłości było ich więcej.
O widzę, że pan jest jakimś hodowcą – ciągnął Kejn.
Tak, zgadza się. Hoduję tę rasę. Są to Czarne Mastify.
Te psy, to tak do polowania, czy bardziej do towarzystwa? - dopytywał elf.
To bardzo dobrzy towarzysze, inteligentna rasa.
A ile kosztuje taki pies? – zapytał Dalinar.
Nie, nie. To tylko na moje potrzeby. Nie sprzedaję ich, bardziej zajmuję się pomaganiem tutejszej ludności. Potrafię przepowiadać pogodę, a w pracy na roli bywa to nieoceniona pomoc.
Wnioskując po pana kołatce – powiedział Kejn – jest pan magiem.
Tak, jestem czarownikiem. A wasza godność?
Dalinar, Kejn i Igo z Celebornu – odrzekł elf.
O, z Celebornu. To daleko.
No cóż – kontynuował Dalinar – dużo podróżujemy i usłyszeliśmy o panu od karczmarza, a Tsume błędnie jak już mówił, skojarzył pana z inną osobą, przepraszamy za najście.
Ależ nic się nie stało, naprawdę.
Chwilę po tych słowach zza bramy wyszedł kamienny posąg i stanął koło maga. Posąg miał około 2,5 metra i, mimo że był z kamienia, poruszał się bardzo sprawnie.
A cóż to za ustrojstwo – jęknął Kejn.
A, to Numer Trzy. Tak jak mówiłem, wybieram się na spacer, a Numer Trzy jest moim towarzyszem.
Numer Trzy przywitaj się z gośćmi.
Cisza. Posąg stał niewzruszony.
Przepraszam, tego go jeszcze nie nauczyłem – powiedział po chwili mag z uśmiechem na twarzy. Specyficzny żart.
To mój wynalazek, golem.
Igo, nie chciałbyś takich wynalazków? – zapytał Kejn.
Igo aż zaświeciły się oczy.
Chciałbym, ale to może być niebezpieczne.
Jak mniemam też jesteś panie czarownikiem? - zagadnął Hugo Ontario.
Tak – odparł Igo.
Górski Gryf?
Tak, studiowałem w Górskim Gryfie.
Miło poznać, może mogę was zaprosić wieczorem na herbatę lub coś mocniejszego?
Czyli przez moją pomyłkę spotkało się dwóch magów? - zapytałem.
Ano tak wyszło. To rzadkość w tych czasach – rzekł Hugo.
Jeśli faktycznie pan nas zaprasza i nie będziemy się narzucać, to z chęcią przyjmiemy pana zaproszenie – odparł Igo, a oczy błyszczały mu nadal.
No to cóż panowie, zapraszam was po zachodzie słońca, a ja teraz udam się na spacer.
Pożegnaliśmy się, a mag ruszył w kierunku lasu. Golem, z gracją nie pasującą w żaden sposób do kamiennego pomnika, ruszył za nim. Oszołomieni tym widokiem ruszyliśmy do gospody. W drodze Igo zastanawiał się jak z nim rozmawiać i czy próbować wypytać o interesujące nas rzeczy. Ja jak najbardziej byłem za, bo nic nie dzieje się bez przyczyny, mimo że chciałem go spotkać z innego powodu, to może to właśnie samo nasze spotkanie było tym przeczuciem. Kejn dopytywał co mnie w takim razie do tego miejsca tak wabiło. Wytłumaczyłem, że kiedy w karczmie mag został nazwany dziwakiem, a potem badaczem, zaintrygowało mnie to, że jest tu od kilku lat, że mieszka blisko ziem Ramun, a to przecież tam Anton znalazł tablice, które oddał mojemu klasztorowi. Miałem nadzieję, że ta osoba zwyczajnie jest sojusznikiem mojego klasztoru. Następnie rozmowa zeszła na temat samego maga i co myśli o nim Igo. Brat powiedział nam, że aby stworzyć takiego golema, potrzeba niemałego doświadczenia w arkanach magicznych, lat pracy i doskonalenia swoich umiejętności. Zaintrygowany tym co zobaczyłem, poprosiłem, aby Igo opowiedział mi trochę więcej o magii. Miałem wrażenie, że Igo niezbyt chętnie rozmawia na ten temat. Zaczął od słów, że mimo iż jesteśmy braćmi, magia to specyficzna dziedzina owiana swoimi tajemnicami. W zasadzie podczas rozmowy nie dowiedziałem niczego nowego, oprócz tego, że magia może pomóc w walce.
W Karczmie poprosiliśmy karczmarza Rona, że gdybyśmy przypadkiem nie zauważyli sołtysa wchodzącego do karczmy, żeby dał nam niezwłocznie znać, bo chcemy z nim zamienić kilka słów zanim znów się upije. I tak przeczekaliśmy do popołudnia. Mimo tłoku bez problemu wypatrzyliśmy sołtysa i zaprosiliśmy go do naszego stolika, racząc kuflem piwa.
Sołtysie, mieliśmy przyjemność dwa dni temu poznać twojego kuzyna na szlaku i polecił nam, aby z wami porozmawiać.
Aaaa kuzyn Zigo, słucham, słucham.
Jesteśmy najemnikami i szukamy pracy.
Nie, nie. My tu mamy milicję chłopską i sami radzimy sobie z problemami, musielibyście popytać w karczmie południowej, bo tam często są burdy.
Sołtysie, Zigo powiedział nam o innym problemie, o niejakim Łaskotku.
Ano tak, są z nim problemy, ale to musielibyście pana Heinricha pytać, co ja tam wiem... Nagrodę Lord wyznaczył, ale co i jak, to nie wiem… Znikąd się ten bandzior pojawił i zaczął grabić i pola palić. Pewnikiem po lasach Gadarty się kryje, bo u nas ostatnio spokój, a ponoć tam napada. Tam lepsze tereny dla zbója, lasy gęste i nieprzystępne. Słyszał żem, że ponoć czasem kogoś wypuszczą, co by rozpowiadał o nich jacy to straszni są. Ze dwa miesiące temu był tu taki kupiec, kuzyn tego co go napadli. Ponoć kupiec wraz ze zbrojnymi do Mar-Margot jechał i ich dorwali. Żołnierzy zabili, a kupca wzięli na spytki, mocno go poobijali i w lesie wypuścili. Kupiec ten jest z Javaru, to takie miejsce przy rzece Gadarce, gdzie spławia się drewno z Gadarty i wyżej położonych osad. Jakieś cztery dni drogi stąd.
Sołtys wyżłopał kolejny łyk piwa i dokończył opowieść.
- … Ale było też tak, że raz napadli naszego chłopa, Helmuta. Obili go i wypuścili, jak chcecie to go was do niego zaprowadzę. Ponoć Lord płaci w złocie za każda głowę tych rozbójników.
Zdecydowaliśmy odpuścić sobie, zakładając, że biedny chłop powie nam zapewne, że wyskoczyli, pobili i uciekli.
Dopytaliśmy czy o tej godzinie Lord nas przyjmie i uzyskawszy twierdzącą odpowiedź postanowiliśmy niezwłocznie wyruszyć. Folwark był sporego rozmiaru rezydencją, otoczoną murem. Brama była otwarta, a po obu stronach bramy stali strażnicy.
Hola, hola, stać! A wy to kto?
Witajcie panowie – odezwał się Dalinar – przybyliśmy do Lorda. Przysyła nas sołtys i chcemy porozmawiać o lokalnych problemach.
Jakich problemach?
Ponoć macie tu jakiegoś Łaskotka, którego nie potraficie okiełznać – wypalił Kejn.
Tacy mądrzy jesteście? To zapraszamy.
Strażnik prowadził nas do środka. Naszym oczom ukazały się dobrze utrzymane budynki, stajnie, spichlerze oraz inne budynki gospodarcze, sam pałacyk dalej od zabudowań. Folwark robił wrażenie bardzo dużego i przede wszystkim zadbanego. Dało się też zauważyć ogrodników przycinających kwiaty i krzewy. Strażnicy prowadzili nas w kierunku zgrupowania żołnierzy, którzy stali wokół ogrodzonej niskim płotem areny. Na arenie walczyły trzy osoby wyposażone w tarcze i drewniane miecze ćwiczebne. Dwóch z walczących miało na sobie coś w rodzaju munduru, a trzeci walczący od pasa w górę był nagi. Rozebrany mężczyzna walczył równocześnie z dwoma przeciwnikami. Dosłownie chwilę później przeprowadził serie ataków i zgodnie z zasadami tego treningu pokonał dwóch żołnierzy. Kiedy pokonani zeszli, kiwnął ręką w kierunku kolejnych dwóch, którzy najwidoczniej czekali na swoją kolej. Po kilku minutach młody człowiek, jak domyśliliśmy się sam Lord, pokonał oponentów. Zauważył nas. Wtedy podszedł do niego służący z wiadrem, pan obmył sobie twarz, po czym podbiegł drugi sługa i przyniósł białą, elegancką koszulę. Kiedy już się ubrał, podszedł do nas i zapytał:
A wyście co za jedni?
Witaj Lordzie - odpowiedział Dalinar - Przybyliśmy tu, bo usłyszeliśmy w wiosce, że poszukujecie pomocy do złapania Łaskotka i chcielibyśmy dowiedzieć się więcej szczegółów.
Macie w tym doświadczenie? - zapytał lord Heinrich von Baumann.
Mamy - odparł Kejn - tak zarabiamy na życie.
Uuu, więc jak pewnie już słyszeliście, w wiosce kręci się tu taki jeden banita. Jeszcze nie udało nam się go ująć, ale to kwestia czasu. Napada na podróżnych i kupców w okolicy Roskanny i Gadarty, choć ostatnio częściej w tej drugiej osadzie. Pewnie dlatego, że same tereny są bardziej nieprzystępne, a i nasze patrole zaglądają tam rzadko. Słynie z brutalności i zazwyczaj ci, których złapie giną, choć wypuścił kilku. Pewnie po to, by uzyskać rozgłos i siać niepokój. Gdyby udało się go ująć, chętnie zapłacę pięć złotych ambardów za jego głowę i po dwa za każdego jego sojusznika. Ciężko o jakiś punkt zaczepienia. Po drugiej stronie rzeki teren jest bardziej zalesiony i górzysty, być może tam skrywa się w jakichś jaskiniach. Dodatkowo trudno przypisywać mu wszystkie napady, jako że zbójców w tamtych regionach nie brakuje. Szczególnie jest paru butnych mieszkańców Ramun, a raczej było, bo zrobiliśmy z nimi porządek. Wygląda na to, że nie wszystkim podobało się, że mój wuj otrzymał te ziemie we władanie. Być może są jeszcze jacyś, którzy się ostali i będą próbować kolejnych buntów i grabieży.
Czy to prawda, że dopuścili się ataków na kapłanów? - zapytał Dalinar.
Tak, to prawda. Jest to ogromny wstyd dla tych ziem. Stało się to kilka miesięcy temu, ale więcej dowiecie się w Gadarcie. Z jakichś powodów Kościół wysłał w te rejony swojego inkwizytora, a Łaskotek napadł na niego i odesłał jego głowę do Mar-Margot. Jak się domyślacie podpisał tym na siebie ostateczny wyrok.
Podziękowaliśmy za udzielenie wszelkich informacji i wróciliśmy do karczmy.