Kronika

Kroniki IX: Historia rodziny von Trakk

Wiem, że naprawdę długo nie pisałem, ale po wydarzeniach na cmentarzu zaczęło się dziać naprawdę wiele. I nie mówię tu tylko o tym co miało nastąpić później, ale o mnie samym. Poranne medytacje coraz częściej zamieniały się w sesje dziwn...

18.04.2026 • Prosiak • Tsume de Vries • Kroniki rodziny de Vries

Wiem, że naprawdę długo nie pisałem, ale po wydarzeniach na cmentarzu zaczęło się dziać naprawdę wiele. I nie mówię tu tylko o tym co miało nastąpić później, ale o mnie samym. Poranne medytacje coraz częściej zamieniały się w sesje dziwnych wizji i transów, które absorbowały mnie na tyle, że na pisanie zwyczajnie nie było czasu. W wizjach widziałem mnichów, których nigdy nie poznałem, a mimo to byli mi znajomi. Widywałem, że robili rzeczy, których nigdy nie ujrzałem podczas pobytu w klasztorze. Bogini dawała mi znaki, że czas wyrwać się z okowów tego czego mnie nauczyliście i zacząć myśleć bardziej kreatywnie. Co jakiś czas widziałem mnichów kroczących przez płomienie lub walczących z monstrami, których nie raniła broń, a oni rozszarpywali te stwory gołymi rękami. Widziałem też mnicha biegnącego po jeziorze oraz mędrca, który w pojedynku z magiem odbił dłonią jego błyskawice. Z czasem dochodziło do mnie, że moc Bogini i Ki to nie jakiś matematyczny wzór. Osoba, która jest w stanie osiągnąć doskonałą jedność ze wszechświatem, staje się kreatorem.

Mimo tak wielu wydarzeń, odkąd opuściłem klasztor, ani razu nie pominąłem porannych medytacji. Czułem, że moja więź z Boginią oraz przepływ Ki są silne jak nigdy dotąd. Zatem przepraszam mistrzu, ale uznałem, że tak wyraźne znaki od bogini na pierwszym miejscu stawiają mi za cel doskonalenie swoich umiejętności nad pisaniem do Ciebie. Kiedy to zrozumiałem, zacząłem koncentrować się na tym co już potrafię – nie było to łatwe, ale w końcu się udało. Wzywałem moc Ki szybciej i pewniej niż dotychczas, zauważalnie poprawiłem znane już techniki oraz zacząłem próby formowania Ki w nieznane mi kierunki. W fascynacji nowymi darami od Bogini, prawie zapomniałem, że równowaga w życiu jest niezmiernie ważna. Wszak sam powtarzałeś:

„I dobro powinno być dobrze wyważone! Czasami drzewa łamią się pod ciężarem owoców.”

Cóż, w tak młodym wieku starałem się od was przyjąć tak wiele mądrości, że casami zwyczajnie mi niektóre słowa umykają. Brakuje mi doświadczenia i spokoju ducha, aby wcielać je w życie automatycznie, a właściwie nawet nie tyle wcielać, co aby stały się częścią mojego życia. Dlatego, też postaram się odnaleźć równowagę między tym co boskie, a tym co ludzkie. Zgodnie z moimi przemyśleniami na ten temat wracam do pisania do Ciebie.

Na spokojnie w karczmie dyskutowaliśmy, czy aby za pomocą zdobytych z domu medyka klejnotów, nie spróbować się skontaktować z Kościejem, wszak był paserem. Jednak postanowiliśmy porzucić ten pomysł i na razie trzymać się planu pracy dla Camaralczyków. Jak na razie zdobywanie uznania w ich szeregach szło nam zgodnie z planem. Zadanie, aby dowiedzieć się kto wykrada zwłoki z grobowców znamienitych rodów, wykonaliśmy na tyle dobrze, że nawet dostaliśmy całkiem pokaźną premię. A jak wiadomo w związku z tym, że:

„Lepsze jest wrogiem dobrego”,

postanowiliśmy trzymać się ustalonego planu.

Korzystając też z chwili wolnego czasu, postanowiliśmy zastanowić się nad tajemniczą tabliczką, odnalezioną w grobowcu rodziny von Trakk. Czym dłużej się zastanawialiśmy nad liczbami i symbolami widniejącymi na tabliczce, tym większą mieliśmy ochotę poznać skrywaną w tym tajemnicę. Jednak wyniki rozwiązania matematycznego zapisu 8x3x6/2 były dla nas nic niewartą wiadomością. Zgodnie uznaliśmy, że potrzebujemy większej ilości danych, które mogłyby nas naprowadzić na to co ten wynik oznacza. Zastanawialiśmy się czy nie jest to tylko część układanki i po prostu brakuje nam jej dalszych kawałków, oczywiście zakładając, że tabliczka w ogóle skrywa jakąś tajemnicę. Aby się o tym przekonać postanowiliśmy przeszukać pozostałe dwa groby. W sumie co do jednego byliśmy pewni: trzy prostokąty nad zadaniem musiały symbolizować trzy groby. Decyzja zapadła – mieliśmy ponownie spenetrować grobowiec von Trakków, uznaliśmy jednak za rozsądne udać się tam dopiero za jakiś czas. Jako iż nie było powodów do kłamstw, Kejn w zeznaniach opowiedział strażnikom o dziurze w płocie oraz o tym jak dokładnie przebiegał proceder wynoszenia zwłok. Obawialiśmy się wzmożonych patroli, które mogły chcieć się upewnić, że kradzieże więcej nie mają miejsca, a szajka została skutecznie zniechęcona.

Postanowiliśmy zagospodarować ten czas na odpoczynek, zabawę oraz załatwienie drobnych spraw. Igo wraz z Kejnem udali się do konowała, który podał elfowi antidotum w celu uregulowania rachunku oraz jeśli byłby skłonny do odsprzedania receptury na ową miksturę. Natomiast my z Dalinarem postanowiliśmy zorientować się ile mogą być warte zdobyte przez nas klejnoty. Odwiedziliśmy dwóch poleconych jubilerów, jeden oferował nam 16 drugi 20 złotych ambardów. W Bakaraku ustaliliśmy, że 20 złotych ambardów to uczciwa cena i postanowiliśmy rozstać się z błyskotkami. U konowała natomiast Kejn zakupił 4 porcje antidotum, jako że cena za przepis wydała się im zaporowa. Za zdobyte środki opłaciliśmy kartografa, który miał dla nas wykonać mapę Wyżyny Karabaku, a ja w końcu dorobiłem się wierzchowca.

W końcu nastał ten wieczór, kiedy ponownie udaliśmy się z wizytą na cmentarz. Zaopatrzeni w latarnie i koce, aby było czym zasłonić okna w mauzoleum, ruszyliśmy w drogę. Pod osłoną nocy zakradliśmy się pod grobowiec von Trakków. Weszliśmy do środka, zasłoniliśmy kocami okna i rozpaliliśmy latarnie. Naszym oczom ukazały się trzy groby, a obok środkowego na ziemi leżała strzaskana płyta nagrobna, która spadła kiedy Kejn poprzednim razem ją odsuwał. Waga płyty zaskoczyła go i gdy nie mógł już jej utrzymać spadła i potrzaskała się. W sarkofagu bez wieka leżał rycerz w pełnej zbroi, na jego piersi leżał miecz skierowany klingą w dół, na szyi zaś wisiała złota tabliczka na której wygrawerowany był herb rodziny von Trakk, czyli gryf i stojący dęba koń, oraz trzy prostokąty i tak frapujące nas działanie matematyczne. Kejn delikatnie podniósł przyłbicę zmarłego i gwałtownie odskoczył. Nachyliliśmy się, aby zerknąć do środka i jak można było się spodziewać, w środku hełmu była widoczna czaszka. Jednak nie to wywarło takie wrażenie na Kejnie. Widok budził grozę, ponieważ czaszka nie miała zwyczajnego koloru, była czarna. Na pierwszy rzut oka wyglądała jakby była osmolona, lecz po dokładnym przyjrzeniu się, mieliśmy niemal pewność, że dziwny kolor nie został spowodowany przez płomienie. Igo podszedł do czaszki ze sztyletem i spróbował zdrapać nalot - okazało się, że kość i w środku jest poczerniała. Mag obrócił wiszącą na szyi szkieletu tabliczkę i naszym oczom ukazał się napis „Skazany na mrok wiecznej nocy…”.

Kiedy my przyglądaliśmy się wnętrzu mauzoleum, Kejn zaczął badać pozostałe dwa sarkofagi. Igo oświetlił napis na jednej ze ścian „To jest rodzinny grobowiec rodu von Trakk, który zamieszkiwał te ziemie od wielu pokoleń. Niech bogowie maja ich w swojej opiece”. Po pewnym czasie elf poinformował nas, że zbadał lewy grób i nie zauważył żadnych zabezpieczeń. Napisy na płycie informowały, że jest to grób Lothara von Trakk, prawdopodobnie ojca rycerza ze środkowego grobu. Ostrożnie ściągnęliśmy płytę. W środku zobaczyliśmy pochowanego rycerza, również we wspaniałej zbroi, lecz znacznie bardziej nadgryzionej zębem czasu. Pierwsze co rzuciło się w oczy to brak tabliczki na szyi. Igo podniósł delikatnie przyłbicę i naszym oczom ukazała się normalna czaszka, naruszona po prostu zębem czasu. We trójkę zaczęliśmy przeglądać wnętrze grobu w poszukiwaniu czegokolwiek co mogło posłużyć nam za wskazówkę do rozwiązania zagadki. W tym czasie Kejn sprawdzał ostatni grobowiec. Niestety nie znaleźliśmy nic co przykułoby naszą uwagę. Po pewnym czasie elf oznajmił, że ostatni grobowiec jego zdaniem też nie zawiera pułapek. Był to grób przodka o tym samym imieniu, czyli Lothara von Trakk, tym razem jednak dziadka. I tak jak w poprzednich grobach ujrzeliśmy pochowanego rycerza. Mimo tego, że zbroja była mocno zardzewiała, widać było, że to zbroja jakby z innej epoki. Dziś nikt już nie kuje tego typu pancerzy. Ku naszemu rozczarowaniu i ten grób nie przyniósł oczekiwanych przez nas podpowiedzi. Brak tabliczki oraz naturalny kolor kości dziadka był sporym rozczarowaniem.

Po chwili wymownego milczenia Igo stwierdził, że stan w jakim znajduje się szkielet Vando von Trakka kojarzy mu się tylko z jakąś klątwą. Nie do końca umiał to uzasadnić, ale podczas studiowania magii zapewne przeczytał to i owo o różnych klątwach i urokach. Zaproponowałem, aby zamknąć grobowce i zwróciłem uwagę na jedno słowo z inskrypcji. „’Skazany’ być może rycerz nie zginął wcale chwalebnie w bitwie. I faktycznie za jakieś czyny został skazany na klątwę, która sprawiła, że jego zwłoki wyglądają tak nietypowo” - pomyślałem.

Igo zamyślił się szukając czegoś w zakamarkach swej pamięci.

  • Nie pamiętam dokładnie o co chodzi, ale teraz coś mi świta, gdzieś czytałem o tym, że Vando zginął w jakiś mało chwalebny sposób. Nawet ojciec opowiadał mi o tym rodzie. Coś tajemniczego spotkało go na jednej z wypraw. Teraz jak pomyślę, jestem pewien, że on nie zmarł w na polu bitwy! Przyjechał tu schorowany i umarł w Mar-Margot. Myślę, że musimy odwiedzić siedzibę jego rodu i tam poszukać dalszych poszlak.

Wszyscy zgodziliśmy się, że to dobry pomysł, jednak Kejn miał pewne obawy.

  • Jak wytłumaczymy zainteresowanie tym rodem i jaki będzie miał ktoś interes w tym, aby cokolwiek nam powiedzieć?

  • Nad tym zastanowimy się już w karczmie – odparłem - Czas posprzątać po sobie i się wynosić.

Igo zaproponował, aby zabrać tabliczkę, lecz wizja klątwy lub choroby stanowczo odrzuciła nas od tego pomysłu. Zdecydowaliśmy zatem, że musi wystarczyć nam jej szkic. Opuściliśmy grobowiec i udaliśmy się na spoczynek. W drodze powrotnej Igo poinformował nas, że około 3 km na wschód od miasta mieści się mały zameczek, który kiedyś należał do rodu von Trakk i dobrze by było tam zacząć poszukiwania. Aktualnie był siedzibą innego rodu i trzeba będzie wymyślić jak skłonić aktualnych właścicieli do podzielenia się z nami wiedzą o poprzednich właścicielach.

Dalinar przedstawił nam z grubsza plan jaki obmyślił. Mieliśmy się udać do posiadłości, a Igo miał się przedstawić jako badacz lokalnej historii, który utknął w martwym punkcie przy rodzie von Trakk i chciałby rzucić nowe światło na swoje badania. W norze, bo od pewnego czasu tak zacząłem nazywać miejsce, które aktualnie służyło nam za dom, pozwoliliśmy sobie na sen do południa. Kiedy zeszliśmy na posiłek karczmarz wypalił:

  • Gdzie się podziewaliście. Torsten was szukał. Macie stawić się u niego wieczorem w Bakaraku.

Odpowiedzieliśmy, że się zjawimy.

Osiodłaliśmy swoje konie i wyjechaliśmy w kierunku dawnej siedziby rodu von Trakk. Z radością opuszczaliśmy miasto, które z powodu coraz cieplejszych dni było po prostu nie do zniesienia. Smród rynsztoków, wszędobylskich żebraków i bezdomnych stawał się wręcz namacalny. Wyjechanie więc za bramy miasta potraktowaliśmy jak zbawienie. W drodze ustaliliśmy ostateczną wersję, aby nie było niedomówień. Igo jest badaczem, a my dbamy o jego bezpieczeństwo. Uznaliśmy, że bez potrzeby nie będziemy się odzywać i będziemy odgrywać swoje role. Po pewnym czasie naszym oczom w oddali na wzgórzu ukazała się wspaniała warownia. Efekt ten zmieniał się wraz z odległością, którą pokonywaliśmy. Warownia swoje czasy świetności miała dawno za sobą. Mury domagały się remontu, a jedna z wieżyczek była częściowo zawalona. Fosa był wyschnięta i zarośnięta plątaniną krzaków i chwastów. Nigdzie nie było widać rusztowania, ni robotników. Ród de Rische, który przejął twierdzę von Trakków, był zwyczajnie zbyt biedny, aby w wystarczającym stopniu dbać o tą wspaniałą zapewne kiedyś twierdzę. Kiedy przejechaliśmy przez bramę w środku nie było lepiej. Wszędobylskie kury, srające gdzie popadnie, głębokie błoto potęgowało tylko smutny widok.

Ze strażnicy wyszedł do nas żołdak i rzekł:

  • Witajcie szlachetni panowie a wy do kogo?

  • Do rodziny de Rische - odpowiedział Igo.

  • Pan de Rische jest zajęty, kogo zapowiedzieć?

  • Igo z Celebornu w sprawach naukowych, a moi kompani wspomagają mnie w podróży.

  • Poczekajcie panie, jako że nic mi nie wiadomo o waszym przybyciu, poinformuję pana zamku.

Przyszło nam czekać dobre pół godziny, a kiedy zaczynaliśmy się już niecierpliwić, w naszym kierunku zaczął zmierzać młody mężczyzna, w eleganckim stroju, z mieczem u pasa. Strażnik wskazał w naszym kierunku. Z każdym krokiem jego eleganckie ciżmy traciły swój kolor i pokrywały się coraz większą warstwą błota.

  • Witajcie panowie, jestem Hernest de Rische, właściciel tego zamku.

  • Witaj panie, jestem Igo z Celebornu, a to Kejn, Dalinar oraz Tsume.

Szlachcic skinął głową.

  • W czym mogę panom pomóc?

  • Prowadzę pracę naukową na temat miejscowych rodów w ramach pracy w Górskim Gryfie – odparł Igo - Chciałbym dowiedzieć się czegoś o rodzie, który tu kiedyś mieszkał, czy możemy chwilę porozmawiać?

  • Ależ oczywiście. Nie wiedziałem, że jesteście panie magiem.

Obrócił się w kierunku zamku, machnął na nas ręką – Zapraszam panowie do środka, nie będziemy stać w błocie.

Szliśmy, a Igo mówił:

  • Sprowadziły mnie panie tu dwie sprawy. Jedna to badanie rodu, który kiedyś zamieszkiwał ten zamek oraz oczywiście historia twojego znamienitego rodu, który przecież zamieszkuje te ziemie od wielu lat.

Miło było słuchać jak Igo łechcze ego podupadającego szlachcica. Na wzmiankę o swoim rodzie wyprostował się i uśmiechnął.

  • Oczywiście zapraszam, zapraszam.

Weszliśmy do obszernej sali, która tak jak wszystko w tym zamku dawała świadectwo, że gospodarzowi się nie przelewa. Nasz ojciec nigdy nie dopuścił by do takiego nieładu, nie mówiąc już o swobodnie chodzącym po sali drobiu.

  • Siadajcie panie tu, a wasza służba – wskazał na nas - niech siądzie z boku. Wina! - krzyknął do służącego.

Igo został uraczony znakomitym winem pontarskim, a nam po pewnym czasie doniesiono piwo w drewnianych kubkach. Gospodarz zaczął opowiadać o planach dotyczących jego córki, którą za rok chciał wysłać właśnie do Górskiego Gryfa. Dopytywał czy Igo mógłby wystawić rekomendację dla niej. Igo zachęcał jak najbardziej do rozwijania talentu córki i zapewnił, że wspomni o niej Archibaldowi, kimkolwiek uw był. Gospodarz wydawał się być z tego faktu bardzo zadowolony, podchwycił szybko temat i zaproponował, że wezwie skrybę, aby Igo mógł podyktować rekomendację, a on odpowie na jego pytania. Historia jego rodu naprawdę mnie nie interesowała, nastawiłem uszu dopiero wtedy, gdy padło nazwisko de Vries – okazało się, że ojciec Hernesta de Rische był wasalem naszego ojca. Opowiedział smutną historię o tym jak pożar strawił nasz dom oraz o tragicznej śmierci całego rodu. Igo pociągnął temat i dowiedzieliśmy się, że włościami interesowała się potem rodzina de Morres. Dalszy słowotok opiewający jego rodzinę obchodził mnie jak zeszłoroczny śnieg. Nastawiłem ponownie uszu, kiedy na dobre zaczął opowiadać o von Trakkach. Według jego słów, ród ten popadł w niełaskę kościoła. Kiedy robiło się interesująco, a Igo zaczął się dopytywać, oznajmił, że nie wie o co poszło. Władyka nagle zwrócił się do jednego ze zbrojnych obecnych w sali.

  • Czy służący, który służył von Trakkom nadal żyje?

  • Tak panie. Olgo żyje. Wprawdzie jest przygłuchy, ale żyje. Sprząta właśnie stajnie – odpowiedział żołnierz.

  • Wezwij zatem tego służącego.

Odczekaliśmy chwilę, po czym do sali wszedł skryba ze zwojem i podał go Igo.

  • Zerknijcie panie czy forma rekomendacji jest poprawna .

Mag przejrzał dokument, wyciągnął pióro, nakreślił kilka zdań i złożył zamaszysty podpis. Lord de Rische wydawał się bardzo zadowolony.

Chwilę później do sali wszedł starszy mężczyzna, w butach pokrytych błotem. Jego nędzny ubiór oraz włosy przyozdabiało siano.

  • No Olgo, opowiedz tu o swoim poprzednim panu – rzekł władyka.

Od służącego dowiedzieliśmy się, że von Trakkowie żyli z wojaczki. Valdo awansował nawet do pozycji generała i na dalekim wschodzie niósł „sztandar światła” Delidii. Z ostatniej wyprawy wrócił w chorobie, żaden medyk nie potrafił mu pomóc. Od tego czasu ród zaczął podupadać. Na wyprawę wyruszył z trzydziestoma najlepszymi rycerzami, a wróciła tylko garstka i wszyscy już nie żyją. Wspomniał, że jego pan popełnił jakiś grzech względem Delidii i kościół odwrócił się od rodziny von Trakk. Plotki były takie, że klątwa Delidii na niego spadła i choroba się rozwijała. Wszyscy zmarli w przeciągu roku, a tylko jego pan walczył z nią siedem długich lat. Skóra zaczęła się łuszczyć, a potem czernieć. Olgo mówił bardzo nieskładnie, miał problemy z pamięcią. Cały majątek poszedł na lekarzy i czarowników, lecz nic to nie dało. Po śmierci został pochowany przez kuzynów, którzy sprzedali tą warownie i rozjechali się po świecie. Pachołek nie miał nic więcej do dodania, więc został odesłany.

Igo dopytywał jeszcze o jakieś rodowe księgi, lecz dowiedzieliśmy się, że przed przejęciem zamku przez ród de Rische, wysłannicy kościoła ogołocili zamek ze wszystkich ksiąg i zapisków poprzedniego właściciela. Jeśli te zapiski się ostały, to mogły być w posiadaniu jednej ze świątyń Delidii w Mar-Margot. Z dużym prawdopodobieństwem będą one w tak zwanej Pierwszej Świątyni. Po nad wyraz kurtuazyjnym pożegnaniu udaliśmy się do nory.

W drodze powrotnej namawialiśmy Igo, aby iść za ciosem i udać się do wspomnianej świątyni. Miałem wrażenie, że maga wręcz przeraża wizja, aby udać się w to miejsce i próbować dalej grać rolę badacza. Argumentowaliśmy, że zwyczajnie jest to ciekawa historia i w czasie kiedy nie pracujemy dla Camaralczyków, mielibyśmy interesujące zajęcie. Jednak Igo pozostał na nasze argumenty głuchy i przyznał się otwarcie, że ma taką awersję do kapłanów Delidii, że najzwyczajniej w świecie tego nie zrobi.

Wieczorem udaliśmy się do Bakaraka. Karczma jak co wieczór była pełna. Rozejrzeliśmy się, lecz Torstena nigdzie nie było. Podeszliśmy do karczmarza, a ten tylko krótko oznajmił nam, że szef czeka na nas w dolnej części karczmy. Skierowaliśmy tam swoje kroki, jak zwykle zanim dopuszczono nas do środka, musieliśmy zostawić broń. W środku jak co wieczór przygrywał bard, a gości zabawiały skąpo ubrane kobiety. Dostrzegliśmy Torstena przy dużym stole. Kiedy tylko przekroczyliśmy drzwi spojrzał w naszym kierunku i dał znać ręką, abyśmy podeszli.

Torsten miał towarzystwo. Obok niego zasiedli pozostali porucznicy Camarala, lecz to nie oni wzbudzili nasze zainteresowanie. Pośrodku nich siedział ogromny, czarnoskóry mężczyzna. Był naprawdę wielki, miał dobrze ponad dwa metry wzrostu, a jako że nie miał na sobie koszuli, było widać ogromne mięśnie na rękach i potężnie umięśnioną klatkę piersiową, którą pokrywały przeróżne tatuaże. Jego twarz zdobiły niezliczone kolczyki oraz jakieś patyczki, bądź małe kostki powbijane do nosa i policzków. Kiedy mówił, dostrzegłem, że jego zęby są spiłowane i przypominają ostrza. Obok niego leżała ogromna maczuga i sporych rozmiarów tarcza. Myślę, że samym wyglądem odstraszył niejednego oponenta. Przynajmniej na mnie zrobił kolosalne wrażenie. Jakoś Twoje powiedzenie „Iż nie rozmiar, a technika czyni z Ciebie wojownika” traciło przy nim na wartości…

Obok niego siedział brodaty człowiek, w szacie z kapturem głęboko nasuniętym na głowę tak, że w spowitej półmrokiem sali nie widzieliśmy jego twarzy. Wielki mężczyzna, który jak się domyśliłem, musiał być Camaralem, zerknął na nas i rzekł donośnym, zapewne słyszanym w całej gospodzie głosem.

  • Chodźcie, podejdźcie tutaj. W końcu mogę was poznać! Torsten opowiadał mi o was dużo dobrego, w końcu macie okazje poznać swojego szefa – po tych słowach roześmiał się tubalnie, odsłaniając cały wachlarz spiłowanych zębów.

  • No chłopaki, powiedzcie mi kim wy tam jesteście, co? Czym zajmowaliście się wcześniej?

  • Ostanie lata byliśmy najemnikami w Karhanie - zaczął Dalinar – Pracowaliśmy dla kompanii najemników mistrza Variusa i wykonaliśmy tam dla niego kilka ciekawych zadań. A ostatnio przebywamy w Mar-Margot i doszły nas słuchy o waszej kompanii i że to dobre miejsce, w którym ktoś taki jak my może się dorobić, co zresztą w ostatnim czasie przysłużyło się naszym mieszkom.

Kiedy Dalinar odpowiadał, od stołu wstała Marta, jeden z poruczników Camarala i zaczęła przechadzać się między nami. Jej uroda powalała, mimo że jej wzrok był zwiastunem szybkiej śmierci. Zatrzymała się przy Kejnie chwyciła go za brodę i powiedziała:

  • O ładniutki, ładniutki. - Po czym bezceremonialnie chwyciła go za przyrodzenie.

Torsten rzucił do niej:

  • Daj im spokój – Marta obrzuciła go morderczym spojrzeniem, jednak usiadła z powrotem na swoim miejscu przy stole. Widząc tę scenę Camaral tylko szeroko się uśmiechał.

  • Ty zaś jesteś magiem – rzucił Camaral w stronę Igo - Zawsze dobrze mieć kogoś takiego jak ty w swoich szeregach. Długo macie zamiar zostać w mieście? Jak układa się współpraca?

  • Myślę, że tak – odparł Dalinar – wprawdzie zadanie, które wykonywaliśmy, nie było tym czego się spodziewaliśmy. Myśleliśmy, że będzie więcej okazji, aby komuś przyłożyć, ale na pewno to też było ciekawe doświadczenie. A i zwyczaje panujące u was nam się podobają.

Camaral nieznacznie skinął głową w kierunku Torstena i ten od razu powiedział:

  • Dzięki chłopaki. Za kilka dni się zobaczymy. Będziemy mieli dla was kolejne zadanie. Pogadamy o tym później, a tymczasem miłego wieczoru.

Kiedy wychodziliśmy z karczmy, Kejn oznajmił, że Camaral uznaje nas za niedojdy. Jego czułe, elfie zmysły wychwyciły jak określał nas mianem nieboraczków. Może każdego mierzy swoją miarą, zgadywał elf.

  • Nie widział naszego przyrodzenia - odpaliłem i wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.

Dalinar przytomnie zauważył, że na szacunek i uwagę takiego człowieka musimy sobie zwyczajnie zapracować. I dodał żartobliwie, iż przyciśnięcie go może być nieco problematyczne, nawet gdybyśmy mieli przyciskać go wszyscy równocześnie. Mimo, że powiedział to pół żartem pół średnio, dopiero teraz do mnie dotarło, że koniec misji, której się podjęliśmy jest znacznie dalej niż pierwotnie zakładałem. Nie zniechęciło mnie to w najmniejszym stopniu wszak „Cierpliwość jest cnotą”. W drodze do nory zastanawialiśmy się czy zakapturzona postać obok Camarala to mag Nubrimus. Przyjęliśmy, że tak, jednak były to tylko nasze domysły. W pokoju ustaliliśmy z grubsza plan działania na następny dzień. Po naszych kolejnych namowach Igo zgodził się udać z nami do Pierwszej Świątyni Delidii, a Dalinar zadeklarował, że poszuka informacji w swoim kościele.

Następnego dnia, z samego rana, nasza trójka wyruszyła do dzielnicy świątynnej, a Dalinar w tylko sobie znanym kierunku. Dzielnica świątynna ogrodzona była murem, a na jej terenie panował zaskakująco duży ruch. Tłumy wiernych i co krok kapłani prawiący kazania. Widzieliśmy też całkiem sporą ilość zbrojnych. Muszę przyznać, że czułem się w tym miejscu nieswojo. Co chwilę mijali nas też kapłani niesieni w lektykach, nierzadko w eskorcie zbrojnych. Widać Igo też poczuł się niezbyt komfortowo, bo nagle powiedział:

  • Myślę, że najpierw musimy udać się do pani Jahiry. Może ona podpowie nam jak zabrać się do tej sprawy. Na pewno jest lepiej zorientowana.

Przytaknąłem mu, a w tym czasie Kejn szepnął do nas konspiracyjnie:

  • Widzicie tamtą lektykę?

Odwróciliśmy się za znikającą za zakrętem lektyką i orszakiem niewolników i straży.

  • Nie zgadniecie kto był w środku. Carmilla!

  • Dalinar się pewnie ucieszy - rzekł Igo.

  • Ja też się cieszę – odparłem – skoro tu jest i żyje, nadal mamy szanse odpłacić jej pięknym za nadobne.

Razem z Kejnem zgodziliśmy się, że udanie się do Jahiry to dobry pomysł, a w drodze do niej postanowiliśmy odwiedzić kartografa i odebrać zamówioną mapę. Nie zawiedliśmy się, mapa Karabaku prezentowała się znakomicie.

Mapa Karabaku

Podziękowaliśmy kartografowi i udaliśmy się do sklepiku pani Jahiry.

Na miejscu inicjatywę przejął Igo:

  • Droga pani, przychodzę z nietypową sprawą. Tym razem nie chodzi o zakupy. Szukam wiedzy na temat pewnej znamienitej rodziny z tych okolic. Wiem, że takie informacje mogę znaleźć w jednej ze świątyń, natomiast nie wiem czy kapłani zechcą dopuścić do nich kogoś spoza kręgów kościoła. Czy mogłabyś nam doradzić jak ugryźć ten temat?

Jahira zmyśliła się i odpowiedziała:

  • Szczerze wątpię. Kapłani zazdrośnie strzegą wszelakich informacji związanych z historią, a co więcej, muszę to powiedzieć z ubolewaniem, często, jeśli dowiadują się, że ktoś jest w posiadaniu tego typu ksiąg, rekwirują je. Co więcej, jeśli nie będziecie mieć jakiegoś znaczącego protektora, kościół zwróci na was swe oczy. Ja, gdyby nie koneksje z Górskim Gryfem oraz z Towarzystwem Kupieckim Karabaku, nawet nie mogłabym marzyć o otwarciu tego sklepu. Więc jeśli za waszymi potrzebami nie stoi ktoś znamienity, kto posiada dobre relacje z kościołem – westchnęła – moja rada odpuścić temat.

  • To może z innej strony – zagaił Igo – może wiesz pani coś, o nazwijmy to, drugim obiegu takich ksiąg?

  • Niestety nie znam nikogo kto zajmowałby się czymś takim. To zwyczajnie niebezpieczne.

  • Chodzi mi dokładnie o ród von Trakk – powiedział mag, a po tych słowach Jahira prawie niezauważalnie drgnęła i jej ton z przyjacielskiej pogawędki zmienił się jakby na bardziej szorstki.

  • Niestety nic nie wiem o tym rodzie, a teraz wybaczcie muszę zadbać o klientów.

Pospiesznie odeszła do dwójki ludzi przyglądającym się czemuś na półkach. Wyszliśmy ze sklepu i zgodnie przyznaliśmy, że na pewno coś wie, lecz prawdopodobnie rozsądek nakazał jej milczeć w tej kwestii, zwyczajnie się bała. Jej zachowanie utwierdziło nas tylko w tym, że za tabliczką musi się kryć jakaś większa tajemnica.

Wróciliśmy do nory, gdzie zrelacjonowaliśmy wszystko Dalinarowi, on natomiast oznajmił, że na tę chwilę nie dowiedział się niczego, lecz ma wrócić po nowe informacje po trzech dniach. Przy tej dyskusji pierwszy raz widziałem tak wzburzonego Dalinara, ponieważ Igo rzucił jakimś ironicznym tekstem o wartości zapisków kościoła Dalinara i ten zwyczajnie odpowiedział mu, żeby ważył słowa, bo tego typu problemy, członkowie jego wyznania rozwiązują w pojedynku. Było widać, że przywiązanie Kapłana do swojej wiary staje się celem jego życia. Rozumiałem go doskonale, mimo to wraz z Kejnem staraliśmy się ostudzić jego gorącą głowę.

  • Igo wyciągnij kij z dupy, a ty bracie ignoruj jego zaczepki, bo na głupotę nie ma lekarstwa – powiedziałem.

  • Zrozum Igo, że ten Kościół jest dla Dalinara czymś ważnym – ciągnął Kejn – i zwyczajnie pomimo swej awersji do wiary uszanuj jego przekonania.

Igo bronił się, że wcale się nie naśmiewał, po prostu tak wyszło. Sytuacja powoli się uspokajała.

Sam po sobie widziałem, że wraz z upływem czasu nasze dotychczasowe priorytety ustępują nowym. Dalinar za priorytet miał służbę Vergenowi, ja Śpiącej Bogini. Być może właśnie zaczynaliśmy rozumieć po co żyjemy. Myślę, że obaj moglibyśmy wpisać się w przysłowie że:

„Dwa najważniejsze dni w życiu człowieka: pierwszy to dzień, w którym się urodził, a drugi to ten, w którym zrozumiał po co.”

Po tej kłótni Kejn proponował, aby jeszcze raz dokładnie zbadać grobowiec, włącznie z wyciągnięciem ciała i zbadaniem czy nie było pochowane tam coś więcej niż tylko tabliczka. Jednak nie uznaliśmy tego za dobry pomysł i postanowiliśmy następne dni wypocząć w oczekiwaniu na informacje dla Dalinara oraz nową misję od Torstena.

Trzy dni później Kapłan udał się do świątyni, lecz na ten moment wrócił z niczym. Kapłani jego zgromadzenia poinformowali go, że mają swojego człowieka w szeregach świątyni Delidii, który za opłatą mógłby poszukać pewnych wiadomości. Dalinar zgodził się na taki układ i znów przyszło nam czekać.

Po kolejnych leniwych dniach oczekiwania Dalinar wrócił z wieściami. Sprawa jest dosyć niebezpieczna. Lata temu rodzina von Trakk została skazana przez Kościół na wymazanie, a wiadomości o Vando von Trakku są pilne strzeżone w specjalnym archiwum. Człowiek ten 20 lat temu, jeszcze za swojego życia, piastował bardzo wysokie stanowisko w armii Ambardu. Był generałem, więc musiała to być wybitna osoba. Informator nie znał dokładnych powodów dlaczego popadł w niełaskę kościoła, prawdopodobnie nie powiodła się jedna z jego kampanii. Wrócił z niej ze zdziesiątkowaną armią i zapadł na dziwną chorobę, zwaną czerniakiem. Czerniak to specyficzna choroba zwana czasem Czerniakiem Króla Kości. Mówi się, że daleko na wschodzie, tam gdzie władają pomioty Plagi, można taką chorobę załapać. Powoduje ona powolną degradację organizmu, a szczególnie kości i zarażeni nią ludzie zazwyczaj umierają w kilka miesięcy. Śmierć jest powolna i bardzo bolesna. Dalinar powiedział nam też, że kościół Vergena może przekupić kolejną osobę, aby dostała się do wewnętrznego archiwum. Koszt był ogromny, bo aż 10 złotych ambardów. Kapłan dodał też, że skoro te wiadomości są tak pilnie strzeżone, to kościół Delidii ma w tym duży interes, aby to ukrywać. Pozyskiwanie tego typu informacji grozi śmiercią informatora, dlatego też cena jest tak wysoka.

Po tych wieściach byliśmy mocno rozgoryczeni, bo ani o krok nie przybliżyło nas to do rozwikłania tajemnicy tabliczki z grobowca.

  • Uważam tak – powiedziałem – zrobiliśmy tyle na ile na ten moment mogliśmy zrobić, nie mamy też tyle pieniędzy, aby wydawać na kolejne informacje. Zaciekawiło nas to i doskonale wypełniło nam wolny czas, ale teraz trzeba odpuścić. Zaraz Torsten da nam nowe zadani, więc i i tak będziemy zajęci. Nie mówię, że sprawę mamy porzucić, wręcz przeciwnie, bo skoro kościołowi tak bardzo zależy na ukryciu tego faktu, być może są to dla kościoła tematy niewygodne i szkodliwe, a my przecież chcemy szkodzić kościołowi.

Zarówno Kejn, jak i Dalinar przyjęli moją propozycję i uznali to za dobry pomysł. Natomiast Igo znów naskoczył na Dalinara, że nie będzie ufał jakimś tajniakom i że dowiemy się pewnie i tak dwóch rzeczy, czyli gówna i nic. Widać kij, który miał wrażony w dupę, dodatkowo miał drzazgi. Nie chcąc się już kłócić, odłożyliśmy sprawę rodu von Trakk na przyszłość.