Igo rozświetlił pomieszczenie, abyśmy zorientowali się gdzie w ogóle się znajdowaliśmy. Okazało się, że prócz odnogi korytarza, w której staliśmy, naprzeciwko była druga. Tunel, na pierwszy rzut oka, nie wyglądał na stworzony rękami ludzi, lecz na naturalny, skalny korytarz. Dalinar podniósł głowę Camarala i szybko udaliśmy się w głąb tunelu, z którego wyczułem powiew, aby nie zdradzić światłem swojej pozycji. W oddali, z góry słyszeliśmy już nawet rżenie i tętent kopyt koni. Poszukiwania ruszyły na całego.
Przeszliśmy tunelem i kilkanaście metrów dalej, usłyszeliśmy coś, co mogło być szumem rzeki. Szliśmy, a odgłos nasilał się i faktycznie za jakiś czas doszliśmy do szerokiej na około metr rzeki, która płynęła prostopadle do tunelu, którym przyszliśmy. Koryto rzeki było około pół metra niżej.
Nie podoba mi się ten kierunek – oznajmiłem – O ile można ufać Nubrimusowi, powiedział, że wyprowadzi nas stąd tunel. Pomijam już kurwa fakt, że nie raczył nas poinformować, że są dwa. Ale wyraźnie użył słowa „tunel”, nie wspominał o odnogach i rzekach. Może dobrze by się było wrócić?
Też tak myślę – poparł mnie Dalinar.
Zawróciliśmy i po kilku minutach byliśmy znowu pod wejściem do studni. Nie było słychać odgłosów u góry, ruszyliśmy więc drugą odnogą. Mieliśmy wrażenie, że korytarz cały czas skręca po lekkim łuku w prawo, a po kilkuset metrach zaczął opadać dosyć mocno w dół. Po kolejnych kilkudziesięciu metrach nachylenie zwiększyło się jeszcze bardziej. Podjęliśmy decyzję, że jednak ostrożnie zejdziemy dalej. Posuwaliśmy się teraz znacznie wolniej. Kejn szedł pierwszy. Kawałek dalej z boku dostrzegliśmy bardzo wąskie przejście, prowadzące w górę.
Do kurwy nędzy – warczałem – Dlaczego ten mag nie powiedział nam, że to jakiś jebany labirynt!
Wydaję mi się, że idziemy dobrze – uspokajał mnie Igo – Zeszliśmy w dół. Pewnie teraz, idąc do góry, wyjdziemy na powierzchnię już poza posiadłością hrabiego de Robespierre. Kejn prowadź.
Po kilku metrach, w oddali, w bocznej ścieżce, która nagle się pojawiła, zobaczyliśmy delikatną, fioletową poświatę. Kolor kojarzył mi się z przeklętą kostką Nubrimusa. Moja pierwsza myśl była taka, że jebaniutki już na nas czeka. Na szczęście się myliłem. Dotarliśmy do naturalnej, niewielkiej jaskini, porośniętej, dające takie światło, grzybami. Stanęliśmy, nie wiedząc czego się po nich spodziewać. Po chwili odezwał się Igo:
- Możemy wejść. To „purchawka fioletowa”, bardzo rzadki grzyb, ale jest jadalny i nie stanowi zagrożenia.
Weszliśmy do jaskini, ale nie było z niej przejścia dalej. Już mieliśmy wracać, kiedy Kejn dostrzegł coś na środku jaskini. Był to szkielet w pordzewiałej zbroi. Kejn obszukał ciało. W zasadzie szkielet. Do paska przywiązana była sakiewka, a kiedy po nią sięgnął, rozpadła się i na ziemię wypadło kilka srebrnych i złotych monet. Były starsze niż wybijane obecnie, bo widniał na nich wizerunek poprzedniego Grododzierżcy Mar-Margot. Pod kolczugą miał srebrny wisior w kształcie czaszki, z czerwonymi, małymi rubinami w miejscu oczu. Nie wiem skąd, ale kojarzyłem ten symbol. Był to znak jednej z przestępczych organizacji, działających chyba głównie na terenie Celebornu. Igo zabrał wisior i schował. Wróciliśmy do głównego korytarza. Ruszyliśmy dalej, ale po kilku minutach droga opadła w dół pod bardzo ostrym kątem. Nie było szans, by Dalinar i Igo dali radę tamtędy zejść. Dodatkowo nikłe światło kryształu nie wystarczyło, aby zobaczyć jak daleko ciągnie się spadek.
- Kurwa, kurwa! - znów złorzeczyłem – Nubrimus coraz bardziej mnie wkurwia. Tam rzeka, tu jakaś wspinaczka. Co to kurwa ma być?! Mam ochotę wbić mu nos do mózgu!
Mimo że moi bracia się nie odzywali, na ich twarzach rysowała się irytacja
Tędy nie zejdziemy!
Cicho – powiedział nagle Kejn – coś słyszałem.
Zamilkliśmy, a elf nasłuchiwał.
- Dałbym sobie rękę uciąć, że usłyszałem z dołu jakieś słowa. Lecz teraz jest cicho. Podpal mi strzałę Igo – powiedział Kejn, wyciągając ją z kołczana.
Z palca Igo wystrzelił niewielki płomień i strzała zajęła się ogniem. Elf wymierzył i strzelił w dół. Obserwowaliśmy ukształtowanie terenu.
Stromizna miała dobrze ponad dziesięć metrów, a na dole wchodziła w jakąś większą jaskinię.
- Nie ma szans, abyśmy tam zeszli – powiedział Dalinar – Ale wam się uda. Weźcie kryształy i zobaczcie czy ci się nie przesłyszało Kejnie.
Tak też zrobiliśmy. Jeden świecił, a drugi z nas schodził do w miarę wygodnego miejsca i oświetlał drogę drugiemu. Po pewnym czasie udało nam się bezpiecznie dotrzeć na dół. Tym razem i ja przez moment usłyszałem coś jakby zaśpiew, dochodzący z przodu. Trwało to dosłownie kilka sekund. Przytłumiliśmy światło kryształów dłońmi i powoli, ostrożnie ruszyliśmy przed siebie. Panowała teraz całkowita cisza. Po dosłownie kilkunastu metrach, duża jaskinia, do której zeszliśmy, ponownie zwężała się do mniejszego chodnika i ku naszemu zdziwieniu, w skale po lewej stronie, zobaczyliśmy solidne, stare, okute, dębowe drzwi, z dużym zamkiem. Kejn podkradł się i zerknął przez dziurkę od klucza. Po chwili podszedł do mnie i powiedział.
Nic nie widać, lecz przez chwilę kogoś usłyszałem. Potem cisza.
Ruszajmy kawałek dalej – powiedziałem.
Szliśmy dalej, po czym korytarze znów się rozdzielały w różnych kierunkach.
- Nie ma sensu tu błądzić – stwierdziłem – Chodźmy kawałek prosto i jak nie będzie wyjścia, wracamy.
Przeszliśmy dosłownie kilka metrów, kiedy w nasz nos uderzył nieprzyjemny zapach zgnilizny.
Wracamy – powiedziałem – nie wiadomo co tu się wyprawia. Jest to zapewne ciekawe miejsce, ale nie na ten moment. Zwłaszcza wiedząc, że po powierzchni grasuje jakaś dziwna istota.
Jaka kurwa istota? - zdziwił się Kejn.
No tak, nie było wam kiedy nawet powiedzieć, ciągle jesteśmy w biegu. Kiedy z Igo śledziliśmy Camarala, usłyszeliśmy urwany krzyk bólu. Zainteresowało nas to i na chwilę zboczyliśmy między żywopłoty. Jakaś istota, wyglądająca jak kobieta, w sukni balowej, nachylała się nad leżącym mężczyzną. Nie wiem czy go zabiła, lecz jego krzyk świadczył o tym, że nie miała dobrych zamiarów. Chyba nas usłyszała, bo obróciła się w naszym kierunku. Miała przerażające, czerwone ślepia, po czym dosłownie w jednej sekundzie, szybko jak wiatr, zniknęła w ciemności. Wracamy.
Kiedy ponownie dochodziliśmy do starych drzwi, gdzieś w oddali zza nich było słychać jakieś śpiewy. Stanęliśmy z uszami przyklejonymi do drzwi i usłyszeliśmy strzępy chyba jakiegoś rytuału. Powtarzały się słowa:
- O panie! - potem głos troszkę cichnął i po chwili znów głośniej – Wzywamy cię!
Takie wezwanie usłyszeliśmy kilka razy i szybko ruszyliśmy do braci, którzy czekali na nas w tym samym miejscu, gdzie się rozstaliśmy.
- Martwiliśmy się. Gdzie wy tak długo byliście? - Zapytał wyraźnie zdenerwowany Igo.
Streściliśmy im więc co odkryliśmy. Wyraźnie ich to zdziwiło.
- Dalinarze – powiedział dodatkowo Kejn – Tsume opowiedział też o istocie, którą z Igo widzieli na górze, a zwyczajnie do teraz nie było czasu o tym rozmawiać.
Informacje zaskoczyły kapłana, lecz nie było czasu się nad tym rozwodzić. Postanowiliśmy wrócić do podziemnej rzeki, do miejsca skąd zawróciliśmy na początku, sądząc, że to niewłaściwa droga.
Kejn wyraźnie stawał się coraz słabszy i musieliśmy mu pomagać. Widać było, że walka z Camaralem dała mu mocno popalić. W pewnym momencie stanąłem i zwróciłem się do Dalinara:
Możesz go jakoś wspomóc? Bo daleko tak nie zajdziemy.
Mogę, lecz chciałem to zrobić już w bezpiecznym miejscu – odparł kapłan – Jeśli mu teraz pomogę, nie będę wstanie wyprosić Vergena o żadne łaski, gdyby przyszło nam tu jeszcze walczyć.
Myślę, że trzeba to zrobić, bo zaraz staniemy i nie zajdziemy nigdzie – rzekłem, a Dalinar zgodził się ze mną i pogrążył się w modłach.
Kejn chyba poczuł się lepiej, bo gdy ruszyliśmy dalej, elf dawał sobie radę sam.
Dotarliśmy w końcu do rzeki. Kejn szedł pierwszy, aby to on dyktował tempo i nie musiał nas gonić. Zdecydowaliśmy, aby udać się w górę rzeki, bo stamtąd czuliśmy powiewy powietrza. Woda była zimna i sięgała nam niemal do pasa. Po pewnym czasie koryto było szersze i woda opadła nam do kolan, co ułatwiło przeprawę. Szliśmy tak jeszcze kilkanaście minut i zobaczyliśmy przed sobą jasną poświatę, którą dawał tej nocy księżyc. Kiedy podchodziliśmy do wylotu, usłyszeliśmy też rżenie koni. Z ulgą wyszliśmy na powierzchnię.
Ku naszej radości Nubrimus dotrzymał słowa. Czekały na nas cztery konie, wraz z kompletnym ekwipunkiem. Wprawdzie konie nie były nasze, lecz chyba niczego nie brakowało z naszych rzeczy.
Dalinar patrzył na głowę Camarala i powiedział posępnym głosem:
Mam zamiar wzywać jego ducha co tydzień przez pół roku. Będę gnębił tego skurwysyna.
Duchy tego nie lubią? - zapytał Kejn.
Zdecydowanie nie. Nawet jak są do ciebie dobrze nastawione i przychylne twojej sprawie – wyjaśnił kapłan – W wypadku Camarala, będzie to dla niego niesamowitą męką.
Czy nic nam nie grozi? - zapytał elf
Grozi – odparł Dalinar.
To może jednak nie baw się jego kosztem – odparłem – Wezwij go raz, wypytajmy o rzeczy, które nas interesują i daj sobie spokój.
Nie – odparł kapłan – Jebaniec ma wiedzieć, że mnie zdenerwował.
Znając Dalinara wiedziałem, że raczej przemawiało przez niego faktycznie zdenerwowanie. Uważałem, że gdy się uspokoi, nie pozwoli sobie szastać darami Vergerna, żeby dręczyć Camarala po śmierci. W tamtym momencie mówił to jednak ze śmiertelną powagą.
Wraz z Igo ściągnęliśmy wytworne dworskie ubrania i przebraliśmy się w nowe ubrania podróżne, które znaleźliśmy w jukach. Jako że moje wytworne ubranie mocno ucierpiało podczas walki z Camaralem oraz przeprawianiu się przez podziemne korytarze, rzuciłem je Dalinarowi mówiąc:
- Zawiń w to głowę tego skurwiela. Ne zabrudzisz sobie juków.
Kapłan zapakował czerep i wsadził go do juków. Byliśmy gotowi do drogi. Udaliśmy się przez las w kierunku południowym, gdzie wydawało się nam, że powinien przebiegać główny trakt wiodący z Mar-Margot do Celebornu.
Oddalmy się ile możemy do świtu – powiedziałem – Potem muszę zagłębić się w medytacje. Wprawdzie starałem się łączyć z Boginią w kostce, lecz brak normalnego cyklu dobowego, mimo mej dyscypliny, zaburzył codzienne rytuały, a walka wyczerpała moje zasoby Ki.
Mi też przyda się odpoczynek i modlitwa – przytaknął Dalinar.
Gdy prawie świtało, zacząłem wypatrywać dobrego miejsca, gdzie moglibyśmy bezpiecznie odpocząć i nie rzucać się w oczy. Rozbiliśmy obóz i chcąc nie chcąc pozwoliliśmy sobie na niewielkie ognisko. Był wyjątkowo mroźny poranek, a Dalinar nie mógł obdarzyć nikogo z nas błogosławieństwem zapewniającym ciepło. Igo, mimo zmęczenia, wartował pierwszy. Kejn błyskawicznie zapadł w sen w rozłożonym namiocie, a kapłan modlił się w skupieniu. Ja pogrążyłem się w medytacji. Po jakimś czasie zmieniłem Igo, później Dalianar zastąpił mnie, a na końcu wartę przejął Kejn. Późnym popołudniem, poprosiłem elfa, by wybrał się ze mną na polowanie. Wytropiłem sarenkę. Kejn szedł bezszelestnie za mną, aż w końcu udało mi się go doprowadzić na strzał z łuku. Strzelił znakomicie i po dwóch godzinach wróciliśmy do obozu ze zdobyczą. Oprawiłem zwierzę. Szło mi to jeszcze dosyć opornie, ale w końcu Igo mógł zacząć pracować nad zdobytym mięsem. W kociołku przygotował gęsty, tłusty gulasz, a na prowizorycznym rożnie upiekł na dalszą drogę solidne kawały mięsiwa. Mimo tego, że brakowało wielu warzyw i przypraw i tak po czasie spędzonym w kostce, jedzenie smakowało wyśmienicie.
Gdy Igo doglądał posiłku, dyskutowaliśmy o tym, o co zapytać ducha Camarala. Dalinar po raz kolejny wyjaśnił nam, aby przy formułowaniu pytań w tym wypadku założyć, że duch jest naszym wrogiem i nie będzie chciał nam pomóc. Co więcej, że będzie chciał odpowiadać jak najbardziej pokrętnie. Jak to my, dyskutowaliśmy długo o tym o co pytać zmarłego. Gdy w końcu ustaliliśmy wszystko, Dalinar poczynił przygotowania, wyciągnął głowę z juków, położył ją na ziemi, przykląkł i zaczął się modlić. Następnie rozpalił kadzidło i okadził miejsce wokół głowy. Po chwili zaczął wzywać Camarala. Wiedzieliśmy, nauczeni doświadczeniami z kamiennej wierzy w Kostce Xantów, że to trochę potrwa, więc siedzieliśmy z dala w milczeniu i cierpliwie czekaliśmy. Ognisko nagle gwałtownie przygasło, znikąd pojawiła się mgła, a z lasu usłyszeliśmy przeciągły jęk bólu i usłyszeliśmy całkiem materialne kroki. Gałęzie strzelały komuś pod nogami, szeleściły łamane pożółkłe paprocie. Brzmiało to jakby z naprzeciwka przedzierało się przez gęstwinę kilka osób. Przez chwilę pomyślałem, że może to patrol z zamku de Robesepierre, lecz szybko okazało się, że to nie patrol. Z lasu wyłoniła się paskudna istota. Kształtem przypominała olbrzymiego pająka, lecz jego odnóżami były nogi i ręce różnych ludzi. Część w zbrojach, kilka w ozdobnych szatach, niektórzy w łachmanach. Zamiast pajęczej głowy, widniała długa, giętka szyja, na końcu której widzieliśmy widmową głowę Camarala. Mimo iż postać była niematerialna, czuliśmy jej fizyczną obecność. Postać ciągnęła coś za sobą, a właściwie nie tyle ciągnęła, co raczej sama była odciągana. Do jej ciała w wielu miejscach przytwierdzone było coś w rodzaju widmowych lin, które jakby chciały z powrotem wciągnąć ją do lasu. Wspominałem Ci mistrzu, jak nieprzyjemne były moje doznania w płonącej wieży? To było nic w porównaniu z tym co czułem w tamtym momencie. Zawładnęły mną obrzydzenie i pogarda do tego człowieka, jeszcze większe niż czułem do niego za życia. Przyznam się też bez wstydu, że czułem strach i troskę o Dalinara. Wiedziałem, że nie będzie to dla niego łatwa konfrontacja. Camaral stanął kilka kroków przed kapłanem i chciał iść dalej. Jego twarz wyrażała wściekłość, kiedy zorientował się, że liny trzymają go zbyt mocno i jest uziemiony. W tej chwili, jakby było mało grozy tego czego właśnie doświadczaliśmy, z ziemi, gdzie położył ją Dalinar, uniosła się odrąbana głowa Camarala i osiadła na widmowej szyi.
Głowa otworzyła skrwawione powieki i z jej ust wydobył się głos:
Dlaczego mnie wezwałeś?
Jesteś tu, by odpowiedzieć na me pytania – odparł z pewnością w głosie Dalinar – Więc bez ociągania się podaj mi nazwisko i imię zleceniodawcy podpalenia dworu de Vries.
Dlaczego zadajesz tak karkołomne pytania – zawarczał duch – Nie znam odpowiedzi na nie. Daj mi spokój!
Gdzie ukryłeś swoje kosztowności na czarną godzinę? - ponownie zapytał kapłan.
Duch porozglądał się, wodząc długą szyją na lewo i prawo, spróbował ruszyć w stronę Dalinara, lecz liny aż szarpnęły go do tyłu, po czym odparł:
Kto by myślał o kosztownościach w takiej sytuacji. Nic nie ukryłem. Wszystko ma Zambin. Daj mi wreszcie spokój.
Powiedz mi czy kontrolowałeś Nubrimusa za pomocą kryształu? - niewzruszony pytał ze spokojem kapłan.
Ten pies. Ten pies musiał mi być posłuszny. To było wspaniałe uczucie – tym razem liny naciągnęły się pozwalając Camaralowi podejść dwa kroki do Dalinara.
Gdzie jest przetrzymywany sołtys Białej Osady zwany Ragnem?
A dlaczego miałbym o tym wiedzieć? - zapytał duch i zawarczał.
Wiem, że byłeś zamieszany w to porwanie – podniesionym głosem mówił Dalinar – Jesteś w mojej mocy, odpowiadaj!
Całe pajęcze ciało aż ryło ziemię, chcąc zerwać liny i dorwać kapłana, lecz po chwili Camaral zapytał:
Uwolnisz mnie jak ci odpowiem?
Tak – zapewnił kapłan.
Twierdza Długiej Nocy – odparła zjawa. Po tych słowach głowa Camarala opadła na ziemią, a widmowe liny wciągnęły ducha z powrotem w głąb lasu.
Dosłownie chwilę później mgła rozstąpiła się, a płomienie ogniska znów mocno tańczyły, dając sporo ciepła. Chyba wszyscy odetchnęliśmy z ulgą, nie zdając sobie nawet sprawy, że wstrzymywaliśmy oddechy. Do tego chyba nie da się przyzwyczaić.
Co to kurwa było? – powiedział mocno zszokowany Kejn.
Duch Camarala – odparł Dalinar.
To był kurwa duch Camarala? - powiedział z niedowierzaniem Kejn.
Cóż, nie wiemy gdzie trafił po śmierci i co zgotowali mu Bogowie – odparł spokojnie kapłan.
Najważniejsze jest to – powiedział Igo – że mamy potwierdzenie słów Nubrimusa i wiemy gdzie przetrzymywany jest Ragn. Twierdza długiej nocy to specjalne więzienie, należące do kościoła Delidii. Znajduje się na wyspie na Jeziorze Wielkim, na południe od Celebornu. Słyszałem co nieco o tym miejscu. Trafiają tam najgorsi przestępcy, najczęściej polityczni. Mówi się, że jeszcze nikt nie stamtąd nie wyszedł, pewnie dlatego, że ludzie, którzy tam trafiają, nie żyją zbyt długo. Ponoć nie można się nawet zbliżyć do tego miejsca bez zgody kościoła. Wydaje mi się, że dostanie się tam jest niemożliwe. To nie jest zwykłe więzienie. To miejsce tortur i pozyskiwania ważnych dla kościoła informacji. Niestety nie wróży to nic dobrego dla Vernira.
Przez chwilę w ciszy trawiliśmy te raczej mało optymistyczne wieści. Igo w milczeniu nakładał parujący gulasz.
Co dalej z głową? - zapytałem – Mimo jej stanu widać, że to głowa czarnoskórego. Jeśli dorwie nas z nią jakikolwiek patrol, jesteśmy w dupie.
Myślę, że trzeba ją zakopać w jakimś miejscu, które w razie potrzeby będziemy mogli odszukać – powiedział Dalinar.
I co z Nubrimusem? – zapytał Kejn.
A co ma być? Spotkamy się z nim, porozmawiamy. Jak na razie wywiązał się ze swych obietnic – odparłem – Zobaczymy jak rozmowa się potoczy.
No ja nie gwarantuję, że nie skończy ze sztyletem w plecach – od niechcenia powiedział Kejn.
Kurwa z jakim sztyletem w plecach – krzyknął Igo, a ja go poparłem – Przecież wszystko co zrobił było poza jego wolą. Nie mamy w nim wroga.
No ja tylko mówię, że nie gwarantuję – odparł Kejn – Nie wiemy jak potoczy się sytuacja.
Nie rób nic głupiego bez naszych ustaleń – szybko powiedział Dalinar – Ja też, mimo że mam do niego uraz, nie mam zamiaru przez twoje nieprzemyślane decyzje, wylądować na wieczność w jakiejś pierdolonej kostce!
Dobra, będę trzymał nerwy na wodzy – powiedział elf.
Miałem nadzieję, że tak zrobi, bo z Kejnem to różnie bywa.
Noc spędziliśmy na odpoczynku. Każdy z nas potrzebował tego po ostatnich dniach. Rano zjedliśmy resztę gulaszu, a podpieczone mięso spakowaliśmy na podróż. Droga do szlaku zajęła nam dwa dni, a po drodze szerokim łukiem omijaliśmy wioski i zabudowania. Dyskutowaliśmy troszkę o tym czy wracać do Mar- Margot. Przed udaniem się na tę feralną misję, Igo dowiedział się o możliwości wglądu do tajnej biblioteki zwanej Archiwum Lumen i wszyscy wiedzieliśmy, że to może być jedyne źródło informacji na wiele frapujących nas pytań. Lecz zdawaliśmy sobie sprawę, że niesie to za sobą ogromne ryzyko. Byliśmy znani przez większość Camaralczyków i na pewno nikt nie przyjąłby nas z otwartymi ramionami. Ostateczną decyzję co do tego, czy tam wracać, czy nie, mieliśmy podjąć po rozmowie z Nubrimusem.
Podążaliśmy szlakiem w kierunku karczmy „Smocza Tarcza”. Na jednym z rozstajów, dostrzegliśmy drogowskaz, mówiący, że do Mar-Margot mamy trzy dni. Postanowiliśmy, że będzie to dobry punkt orientacyjny, aby schować w lesie głowę Camarala. Usypaliśmy na głowie kopiec z kamieni i ruszyliśmy w dalszą drogę, a po kilku godzinach dotarliśmy do celu naszej podróży. Nim dostrzegliśmy karczmę, usłyszeliśmy pijackie okrzyki, śpiewy oraz odgłosy świętowania, a gdy podjechaliśmy bliżej, zobaczyliśmy duży zajazd. Prócz samej gospody, obok stały dodatkowe dwa budynki z pokojami, osobna łaźnia oraz całkiem duża stajnia. Było też sporej wielkości klepisko, na którym stały wozy. Cała okolica roiła się od wojskowych różnej maści. Od żołnierzy w barwach Mar-Margot, po różne kompanie najemnicze, głównie z Karhanu. Większość z nich zalana była w trupa, kilku leżało nawet na trakcie kilkadziesiąt metrów od zajazdu. Niektórzy jakimś cudem wdrapali się na dach mniejszego budynku, skąd wznosili bełkotliwe toasty:
- Za Ambard!
Domyśliliśmy się, że to żołnierze, którzy wracali z wyprawy na Pas Pogranicza, z podbitego Dukhaj. Jak widać niektórzy postanowili zatrzymać się w tym miejscu na dłużej.
- Rezygnujemy tu z dziwek – powiedziałem – Będą mocno przechodzone.
Podjechaliśmy do stajni, która mimo rozmiarów była prawie pełna i daliśmy stajennemu srebrną monetę, aby zajął się naszymi końmi.
W okolicach zajazdu sporo też było rozstawionych wozów kupieckich, których właściciele handlowali z żołnierzami i innymi przyjezdnymi.
Karczma była pełna i nie wyglądała lepiej niż na zewnątrz. Dziwki nie miały tu łatwego życia. Tak samo skulony w rogu minstrel, który próbował coś śpiewać, lecz co chwilę w jego kierunku latały obelgi pijanych żołnierzy. W gospodzie było też sporo rannych, ofiar kolejnej kampanii wojennej Ambardu. Ci, mimo amputowanych rąk, czy nóg, pili na umór tak samo jak pozostali.
Podeszliśmy do karczmarza, a ten od razu powiedział:
Pokoju nie będzie.
A to szkoda – powiedział elf – chcieliśmy odpocząć kilka dni, bo w długiej podróży jesteśmy.
A to wy nie z nimi? – wskazał głową w stronę sali.
Nie, nie – odparł Dalinar – my przejazdem.
A to jak na kilka dni i nie jesteście z nimi, to pokój się znajdzie – odparł gospodarz – Tyle, że w drugim budynku. Pasuje?
Jak najbardziej – odparł Igo.
Doba z końmi sześć srebrnych od głowy.
Zapłaciliśmy z góry za pięć dni. Gospodarz wyglądał na zadowolonego. Zamówiliśmy jedzenie, piwo i kąpiel w łaźni. Udaliśmy się do pokoju, a po chwili przyszedł niewolnik z jedzeniem i piwem.
- Wieczorem zaprowadzę panów do łaźni – rzekł.
Na nasze szczęście, budynek, w którym zamieszkaliśmy, gospodarz przeznaczył dla kupców i nie było tu pijanych wojskowych. Wieczorem skorzystaliśmy z łaźni i udaliśmy się na spoczynek. Postanowiliśmy nie rzucać się w oczy i czekać na Nubrimusa. Jedynie Kejn pochodził i popytał przejeżdżających kupców czy nie mają na sprzedaż strzał i uzupełnił zapasy. Wybrałem się z elfem też kilka razy do lasu, aby nauczyć go podstaw tropienia. Tak mijały nam dni w oczekiwaniu na maga.
Minęły cztery dni i Nubrimus się nie pojawił. Piątego dnia dalej nic.
Dajmy mu jeszcze trzy dni – powiedział Igo – może usunięcie kryształu zajęło mu dłużej niż przewidywał.
Albo nie żyje – powiedziałem.
Albo nas wyruchał – powiedział Kejn.
Czekaliśmy dalej.
Szóstego dnia pobytu, późnym popołudniem usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Otworzyliśmy. W drzwiach stał młody mężczyzna, w znoszonym ubraniu podróżnym, który przez ramię przewieszoną miał skórzaną torbę. Wokół niego rozchodził się charakterystyczny zapach konia.
Panowie Kejn, Igo, Dalinar i Tsume? - zapytał.
Tak – odparliśmy.
Jestem posłańcem Towarzystwa Kupieckiego Karabaku. To dla was – wyciągnął w naszym kierunku glejt i stał w drzwiach.
Słuchaj – powiedziałem – Jeśli to dobra wiadomość, dostaniesz od nas kilka srebrników. Natomiast jeśli to zła wiadomość, utniemy ci głowę.
Posłańcowi ze strachu aż rozszerzyły się oczy.
To ja już pójdę – powiedział szybko i zaczął się zwijać.
Czekaj, żartowałem tylko – i wsadziłem mu w dłoń kilka monet dziękując.
Młodzieniec podziękował i odszedł.
Dalinar rozwinął glejt, lecz przerwałem mu i powiedziałem:
Igo, rzuć zaklęcie.
Jakie? - zdziwił się kapłan.
Wykrywające czy nikt nas nie podsłuchuje – powiedziałem poważnie.
Dalinar i Kejn wybuchnęli głośnym śmiechem.
- No to ci wyszło Tsume – powiedział, śmiejąc się Dalinar, lecz po chwili się opanował i zaczął czytać na głos:
Przez ostatnie trzy dni zastanawiałem się czy powinienem was zabić, wydać inkwizycji, czy też nigdy się nie odezwać. Mam nadzieję, że nie będę tego żałował, ale wybrałem jeszcze inny wariant. Wszystko to zapewne przez te głupie, tesijskie zabobony, którymi cała moja rasa żyje od pokoleń. Nie plam swego honoru, gdyż nie dostąpisz zaszczytu ujrzenia Śpiącej Bogini. Spłacaj długi za życia, abyś nie musiał ich spłacać po śmierci. Bzdury, które mamy zapisane w sercach od narodzin do śmierci. Żaden ze mnie Tesijczyk, bliżej mi do Thuleńczyka, ale właśnie te zasady spowodowały, że się złamałem. Nie po raz pierwszy zresztą.
Wiele lat temu jako przestępca kościelny zostałem wydany na pastwę łowców nagród. Koniec końców wpadłem w łapy Camarala, który przywiódł mnie przed oblicze mego byłego pana Ahito-tan’a. Ten, chcąc mnie ukarać i poniżyć, oddał mnie na usługi tego dzikusa z Iktii, dodatkowo łamiąc moją wolę przy pomocy Kamieni Zniewolenia, specjalności kapłanek grupy Czarnej Łzy. Dopiero dzięki wam odzyskałem wolność. Tak. Jestem wolny, a dodatkowo Kostka Xantów wróciła do ich thuleńskiego ucznia. Nie byłem pewny czy Kamień Wędrowca, który mi przynieśliście, pozwoli pozbyć się wszytego w okolicę mego serca kryształu – wydatnie temu pomogła śmierć Camarala. Właśnie ta wdzięczność spowodowała to, że się odezwałem.
Ale dość już o mnie. Niech moja wdzięczność ma w końcu jakąś namacalną wartość.
Z królestwem Mar-Margot jestem związany o tyle o ile musiałem przez te lata, ale nawet ja słyszałem o sprawie rodziny de Vries. Grododzierżca, Kościół oraz Towarzystwo Kupieckie ogłosiły swoje własne dochodzenia, ale jak się domyślacie potraktowano to jako nieszczęśliwy wypadek. Robert, bo chyba tak się zwał, był szanowanym człowiekiem, zasłużonym żołnierzem i wiernym, a także bogatym poddanym. Nie miałbym powodu, żeby zaprzątać sobie tym głowę, gdyby nie trzy sprawy, które opisuję poniżej:
- Cztery lata temu Camaral dostał dziwne zlecenie. Ponoć sam Orak-Ar interesował się tą sprawą. Zwierzchnik Ahito-tan’a, niejaki Rufus Ardanni, był osobiście zaangażowany w zlecenie. Camaral wybrał do wykonania tego zadania pewną grupę ludzi, którzy parali się między innymi magią i wiedzą tajemną z zamierzchłych czasów sprzed Zaćmienia. Celem było odnalezienie tak zwanej Sali Kolumnowej, starożytnej świątyni, która według map znajduje się w okolicy Białej Osady, a w której ukryto wiedzę zamierzchłą, z jakiegoś powodu potrzebną Kościołowi. Ponoć miejsce to jest strzeżone przez Zagadkę Menhirów i jakiś zaawansowany mechanizm sześciu obręczy, cokolwiek to znaczy. Uderzyło mnie wtedy jedno zdanie wysłannika świątynnego: „Wiemy, że de Vriesowie strzegli tej świątyni od pokoleń, mimo że w ich zbiorach nie znaleźliśmy nic na ten temat.”
Camaral wydawał się nigdy nie wierzyć w historie o zakazanych świątyniach i starożytnych religiach. Był z pozoru prostym, acz przebiegłym człowiekiem. Ciekawostką jest fakt, że misja się nie powiodła, a niedługo później stanowisko zleceniodawcy Camarala, zajął Ahito-tan, jego protektor. Od tego czasu kariera tego barbarzyńcy nabrała jeszcze większego rozpędu.
- Drugie wydarzenie miało miejsce niecały rok temu, pod koniec zimy. Szpiegowałem dla Camarala u Kościeja. Było to zaraz po przybyciu człowieka, ukrywającego swą twarz pod głębokim kapturem. Powiedział tylko do Camarala „Przeszłość wróciła. Sprawy wymagają interwencji.”
Gdy byłem na miejscu to jak zwykle użyłem Kostki, żeby naznaczyć miejsce docelowe, a później obserwowałem i słuchałem. Przyszedł człowiek, zbrojny, stary weteran. Z Kościejem znali się, widać to było. Mówili dziwnym, żołnierskim żargonem, praktycznie dla mnie niezrozumiałym. Zapłacił mu, żeby rozeznał jakiś temat i umówił spotkanie za 2 tygodnie. Nie wiem co było dalej, ale coś poszło nie tak, bo ludzie Camarala zrobili zasadzkę, w której jednak ponieśli spore straty. Tej samej nocy szef zwołał dużą grupę i wyjechali schwytać sołtysa Białej Osady, Ragna. Domyślam się, że sołtys to ten, który przyszedł do Kościeja. Ten, którego szukacie. Niedługo później dom Kościeja spłonął w niewyjaśnionych okolicznościach.
- Miesiąc przed waszą wyprawą na ziemie Dahijczyków do Camarala przybył pewien człowiek. Był ciemnej karnacji, ale nie czarnej. Język, styl bycia, ubiór, pozwoliły mi się domyślać, że to Soelijczyk, pochodzący z krain Lenna Soelji, które należą do Malakusa, jednego z tych dziwnych bogów węży. Był to jedyny człowiek, przy którym wyczułem strach u Camarala. Tak, ten czarny osiłek bał się owego przybysza. Co więcej, najwyraźniej go znał. Podsłuchanie strzępów tej rozmowy bardzo wiele mnie kosztowało – kamień pod mym sercem wił się boleśnie, a skutki tej niesuburdynacji odczuwałem przez kolejne tygodnie. Soelijczyk miał na imię Zahariasz i wypytywał Camarala o Gwiazdę Acheronu, gdzie jest i jak ją zlokalizował. Iktyjczyk powiedział, że w okolicy Mar-Margot znajduje się tajna biblioteka zwana Archiwum Lumen, z której to jego ludzie czerpali przez lata potrzebne informacje, łącząc je z tym co już wcześniej wiedzieli. Camaral mówił, że jego informator podejrzewał, że dwa wieki wcześniej Dahijczycy, trolle z Przeciętego Pasma, mogły odnaleźć mityczną Komnatę Kolumnową, zbudowaną przez Zakon Atolla i w ten sposób wejść w posiadanie Gwiazdy. Co najmniej dwóch badaczy, którzy badali historię rodu Dahijczyków, opisało czarny kamień bardzo dokładnie, co mogło sugerować, że rzeczywiście go posiadają. Iktyjski dzikus wspomniał też, że niedawno, przy jego pomocy, Kościół pojmał interesującego człowieka, który mógł mieć coś wspólnego z Zakonem Atolla i należy działać bardzo szybko, bo oprawcy z Twierdzy Długiej Nocy mogą coś z niego wyciągnąć. Po tej rozmowie długo nie mogłem się pozbierać – byłem zaskoczony tym jak długo Camaral ukrywał tą część swoich działań.
Pięć dni później Camaral przyszedł do mnie i powiedział, że pewien wysoko postawiony człowiek zlecił odzyskanie swojej własności, drogocennego kamienia, owitego starą i potężną magią. Tu opisał Gwiazdę Acheronu, nie podając jednak nazwy przedmiotu. Powiedział, że kamień jest w posiadaniu dahijskich trolli, a moim zadaniem jest wymyślenie zręcznej historii, żeby wyglądała na autentyczną i która skusi potencjalnych śmiałków. Resztę już znacie – historię o Czarnym Kamieniu Sumień i Kosturze Dusz wymyśliłem ja, a Camaralowi spodobała się na tyle, że postanowił ją wykorzystać. Pozostał dylemat wyboru odpowiedniej ekipy – misja była trudna, niebezpieczna i wymagała improwizacji.
W międzyczasie wróciliście wy z głową Łaskotka, a Kościół, gdy zorientował się, że jest fałszywa, wydał na was wyrok śmierci – o czym oczywiście nie mogliście jeszcze wiedzieć. Ahito-tan osobiście przybył do Camarala i nakazał przyniesienie mu waszych głów. Iktyjczyk zaproponował rozwiązanie z Kostką Xant, obiecał, że Tesijczyk będzie mógł zabawić się waszym kosztem, a kiedy się po prostu już znudzi, zabije was. Camaral postanowił upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – stwierdził, że jesteście idealną drużyną, żeby zdobyć Gwiazdę Acheronu, a jeśli wam się nie uda, to najzwyczajniej w świecie znajdzie inną ekipę. Tak czy siak w tamtym momencie byliście już martwi w jego oczach...
Gdy wróciliście z kamieniem, ponownie go zaskoczyliście. Powiedział, że jesteście zbyt dobrzy jak na łowców nagród i z okazji zakończenia współpracy z wami, zleci wam ostatnią misję. Taką, w której będziecie tropić i polować na samych siebie. Ot jeszcze jeden kaprys.
I w ten sposób dochodzimy do końca tej opowieści. Przebiegły Camaral nie mógł podejrzewać, że przez lata powoli wyplatałem się z okowów Kamieni Zniewolenia i skrycie planowałem zrealizować swoje własne zamierzenia, przy waszej drobnej pomocy. Motywu z Kreonem próbowałem kilka razy z różnymi więźniami Camarala, ale byli zbyt głupi, żeby zrozumieć ukryte przesłanie – nie mogłem zaś ryzykować bezpośredniości, bo w przypadku wpadki, moje serce zamieniłoby się w krwawą miazgę.
W ramach podziękowania zostawiłem dla was coś specjalnego, co pozwoli przeżyć wam nadchodzącą zimę i przeczekać ciężkie czasy, ale musicie się po to pofatygować w pewne miejsce. Kurier TKK dowiezie zapieczętowany list, ale w innych sprawach bym im nie ufał. Pamiętacie waszą pierwszą misję dla nas? Rośnie tam taki duży, biały dąb – szukajcie, a znajdziecie.
p.s. przez najbliższe miesiące unikajcie Mar-Margot, a najlepiej nigdy więcej nie pojawiajcie się w tym mieście – każdy Camaralczyk wie kim jesteście, a wici zostały rozesłane po innych gildiach. Odradzam też inne duże miasta, chyba że te najodleglejsze. Gdybym był wami, to przezimowałbym w Moss Eil, to górnicza osada w odludnym terenie Samotnych Gór – zapuszczają się tam poszukiwacze przygód i tacy, którzy szukają wolności lub przed czymś uciekają. Są tam areny, na których można zarobić trochę ambardów. Znajdziecie tam także przedstawicieli różnego rzemiosła, od kuglarzy, po płatnerzy, magików, czy też wytrawnych wojowników. Tam nikt nie pyta skąd pochodzisz i dlaczego tam jesteś.
Teraz jestem zatem wolny, a my nigdy więcej się nie spotkamy. Żegnajcie zatem bracia… de Vries?
N.
- Cóż. Nadal mamy głowę Camarala – powiedział Dalinar – Ten list troszkę wnosi do sprawy, więc możemy zadać mu nowe pytania.
Kapłan uśmiechał się przy tym paskudnie. Widać było, iż męczenie jego ducha naprawdę sprawia mu satysfakcję, lecz w tamtym momencie ta męka była uzasadniona.
Trzeba by udać się do Mar-Margot na cmentarz – stwierdził Kejn.
Powoli. Pomyślmy zanim udamy się w miejsce leżące trzy dni drogi stąd – powiedział kapłan – Bo nawet nie wiemy co tam jest.
No jak na razie nie mamy powodów by uważać, że coś błahego – powiedział Kejn – Nubrimus napisał, że pozwoli nam to przeżyć na jakimś zadupiu całą zimę.
Faktycznie trzeba się zastanowić, czy warto teraz tam się kręcić – odparłem – Życie w jakiejś górniczej osadzie nie może być drogie. Przeżyjemy do wiosny nawet za to co mamy w sakiewkach.
No może ty – odparł elf – ja jestem spłukany.
Obawiam się – przerwał nasza dysputę o pieniądzach Igo – że ukradliśmy coś, co było własnością Zakonu Atolla i oddaliśmy to ludziom, którzy zdecydowanie nie powinni być w tego posiadaniu. Mam na myśli Czarny Kamień Sumień.
Kurwa – powiedział Dalinar – nie zrobiliśmy przecież tego specjalnie. Zostaliśmy oszukani!
Ja ciągle uważam, że powinniśmy udać się na cmentarz – upierał się Kejn.
Ja w sumie też tak myślę – poparłem Kejna – ale nie od razu. Tam są trzy dni drogi i to pod warunkiem, że nic nas nie zaskoczy. Potem trzy dni będziemy wracać. A mamy zadać pytania Camaralowi. Dalinar mówił, że czas ma duże znaczenie.
Tydzień nic nie zmieni w tej kwestii – sprostował kapłan – Możemy spokojnie udać się po to co zostawił nam Nubrimus. W tym czasie powinniśmy na spokojnie jeszcze raz przeczytać jego list i zastanowić się nad pytaniami do naszego „przyjaciela”.
A gdzie znajduje się w ogóle to Moss Eil? - zapytałem – Wie ktoś z was? Bo ja pierwsze o tym słyszę.
Dokładnie nie wiem – odpowiedział Igo – ale z tego co kojarzę gdzieś u podnóży Gór Samotnych, jednego z pasm Gór Dzikich. To na południowy wschód od Jeziora Wielkiego. Żeby było ciekawiej, to jest szansa, że Twierdzę Długiej Nocy zobaczymy w drodze do tej osady.
Następnego dnia kupiliśmy prowiantu na osiem dni, aby mieć go wystarczająco na dojechanie do cmentarza i drogę powrotną do „Smoczej Tarczy”. Nie chcieliśmy pokazywać się w Mar-Margot. Znaliśmy tamte tereny na tyle, że dokładnie wiedzieliśmy jak objechać miasto i niepostrzeżenie, pod osłoną nocy dostać się na cmentarz. Postanowiliśmy jechać głównym traktem w kierunku Mar-Margot około dwa dni, potem zboczyliśmy ze szlaku i staraliśmy się objeżdżać miasto po dużym łuku. Zgodnie z planem na cmentarz podjechaliśmy pod osłoną nocy. Konie zostawiliśmy w znanym nam zagajniku i na teren cmentarza dotarliśmy przeskakując ogrodzenie. Doskonale kojarzyliśmy dąb, o którym pisał Nubrimus i około północy byliśmy u jego stóp. Obeszliśmy majestatyczne drzewo dookoła, szukając miejsca gdzie mogłoby być coś ukryte. Kejn znalazł niewielką sakiewkę w małej dziupli, pomiędzy grubymi gałęziami. Otwarł ją i wysypał zawartość na dłoń. Były to kamienie szlachetne, na pierwszy rzut oka tuzin małych diamentów. Trzeba przyznać, że Nubrimus miał gest. Postanowiliśmy nie odpoczywać na cmentarzu, ani w okolicy, tylko pod osłoną nocy ruszyć z powrotem, aby być jak najdalej od Mar-Margot. Na rozbicie obozowiska pozwoliliśmy sobie dopiero o świcie w niewielkim zagajniku. Po odpoczynku wyruszyliśmy w dalszą drogę.