Mistrzu, ta noc była dziwna. Coraz wyraźniej było czuć, że to miejsce mocno na nas wpływa. Sapałem niespokojnie, a w mojej głowie pojawiały się niepokojące, złe wizje. Nie były konkretne, po prostu po przebudzeniu wiedziałem, że były mroczne i złe. Kojarzę, że znowu słyszałem w głowie głosy. „Zabij ich, zabij”, „Skocz ze skały! No skacz!”. Niezbyt wyraźnie, ale po przebudzeniu pamiętałem tylko jeden konkretny sen.
Byłem w świątyni, powietrze było dziwnie ciężkie, jak nigdy przez siedem lat mojego pobytu w klasztorze. Czułem obecność naszej Pani.
- Podejdź – usłyszałem Twój głos z ciemności.
Podszedłem zatem i ujrzałem Cię siedzącego w pozycji zwiniętego lotosu.
Czytałem Twoje pamiętniki. Dlaczego przerwałeś? - Uświadomiłem sobie wtedy, że znów zaniedbałem regularne relacje z moich poczynań.
Ahh nie mów… to oczywiste. W końcu zrozumiałeś pierwszy stopień, chociaż po swojemu. Dlatego nauczyłeś się czytać – uświadomiłem sobie, że pierwszy raz czytam Twoje Ki mistrzu właśnie w tym momencie.
Pamiętasz motto mistrza Aihana? Żeby dobrze czytać, musisz nauczyć się pisać. Od dziś zatem nie jesteś już uczniem, tylko kōhai, młodszy wtajemniczony.
Bogini przemówiła – uniosłeś twarz, lecz zamiast Twojego oblicza ujrzałem twarz ojca. Zakręciło mi się w głowie, upadłem, lecz zamiast uderzyć o podłogę czułem, że spadam. Dłoń Roberta wydłużyła się nienaturalnie, by mnie pochwycić. Odruchowo chwyciłem ją. Poczułem palący ból i puściłem. Runąłem w przepaść. Spadałem długo w przerażeniu, nadal słysząc Twój głos.
Wielką moc wyczuwam. Związana jest ona z naszym przeznaczeniem. Tam gdzie zmierzasz szukaj zatem znaku Wężowej Dłoni z półksiężycem zbratanej. Pani mówi, że tylko ty zrozumiesz przesłanie, gdzie masz się potem udać. Tam wielką tajemnicę poznasz i jej się przysłużysz.
Z końcem Twych słów uderzyłem o ziemię, czułem jak upadek gruchocze mi kości, kręgosłup i czaszkę. Było to dziwnie przyjemne uczucie.
Zdołałem jeszcze usłyszeć:
- Bogini przemówiła – po czym zmarłem, a ból dłoni wyrwał mnie ze snu. Był to ból z realnego świata, a na mojej ręce widnieje od tego czasu wypalony znak.

Okazało się, iż nie tylko ja miałem dziwne sny. Lecz opowiem wszystko od początku.
Rano, kiedy wszyscy już wstali, Igo zauważył oparzenia na mej dłoni.
Co ci się stało?
Obudziłem się z czymś takim – odparłem zgodnie z prawdą.
Zaraz ci to opatrzę – zadeklarował Kejn.
Nie trzeba – odparłem, jakaś wewnętrzna potrzeba kazała pozostawić mi ranę samą sobie.
Ja też miałem dziwny sen i rano obudziłem się z poparzonym palcem – powiedział Igo. W miejscu, gdzie nosił zazwyczaj pierścień od Roberta, widniał zaczerwieniony okrąg – Śniło mi się kilka rzeczy, między innymi pierścień rodziców. W śnie sparzył mi palec, a gdy się obudziłem, poparzenie było prawdziwe.
Jeśli już o tym mówimy, to od dobrych kilkunastu godzin, kiedy to okrążamy dolinę, ja czuję się co najmniej dziwnie – zaczął Kejn – włącznie z tym, że słyszę głosy, a widzę, że nic nie mówicie. Nie nie mówiłem, bo bałem się, że uznacie mnie za wariata. Ja również miałem sen. Śnił mi się ojciec, który opowiadał coś o zniszczeniu krain elfów. Mówił, abyśmy skończyli to co on zaczął, gdyż zostaliśmy wybrani. Sen skończył się w momencie, w którym Anton przebijał mu włócznią pierś.
Anton? – zapytał zdziwiony Igo.
Anton, nasz stryj – odparł Kejn.
Ja też miałem sen związany z rodziną – powiedział mag – Tsume, czy tobie też się śniło, że coś się pali i obudziłeś się poparzony?
Nie – odpowiedziałem.
To co tobie się śniło Igo? – zapytał Dalinar.
Mi się śnił pożar, lecz był bardzo nierealny. Robert i Julia stali w płomieniach i normalnie rozmawiali, jakby nie zauważali pożogi. Zwróciłem uwagę na jeden szczegół rozmowy. Julia zapytała coś o brata ojca, a ojciec zapytał coś w stylu „ale który brat?”. Tak jakby prócz Antona był jeszcze inny.
Nie wiem ile na ile można wierzyć tym snom, lecz nigdy nie słyszałem, aby Robert miał jeszcze jednego brata. Choć nie wykluczam, że to możliwe. Wszak o istnieniu Antona dowiedziałem się też niejako przez przypadek i też słysząc rozmowę rodziców, kiedy jeszcze żyli. Zaintrygowało mnie to bardzo.
Mnie się śniło, że w trakcie rozmowy z ojcem spoglądałem na swoją dłoń i chodził po niej taki ognisty żuczek – powiedział Kejn – Kiedy się obudziłem nadal był na mojej ręce, lecz uciekł.
Wspólnym elementem naszego snu jest ogień – powiedział Igo.
Mi się ogień nie śnił – powiedziałem.
Ale jesteś poparzony – trafnie ocenił mag.
Ale pojawił się w niej Robert – dodałem - Z tym że mówił o moim miejscu w świątyni, a nie o sprawach rodzinnych. Jakby mój mistrz przemawiał jego ustami.
Jako że sam nie rozumiałem jeszcze przekazu, nie chciałem powiedzieć zbyt wiele, nie wszystko co związane z klasztorem może trafić nawet w tak zaufane uszy.
Ja sen pamiętam, jakby to wydarzyło się naprawdę – powiedział Kejn – Był piękny dzień, przyszedł do mnie Robert i opowiedział mi pewną legendę. On usłyszał ją ponoć od jakiegoś wiekowego elfa. Tyczyła się odległych czasów i jakiejś rasy, czasów przed nastaniem mojej rasy. Byli to jacyś olbrzymi, którzy pływali po wszystkich morzach tego świata. Lecz jakaś zaraza sprawiła, że wymarli. Robert powiedział coś na kształt tego, iż zostawili nas samych, lecz z drogocenną wiedzą, którą próbujemy zrozumieć. Nie sprecyzował kogo zostawili. Może ludzi, może elfów, a może wszelkie rozumne istoty. Zapytał mnie jeszcze, czy wiem dlaczego „On” nas tak nienawidzi. Kim był ten „On” też pozostaje dla mnie zagadką. Wspomniał też o zniszczeniu przez tego kogoś dawnych krain elfów Lerdeonu, Galaduun oraz Okraceonu. Tak jak orientuję się, że Lerdeon i Galaduun to krainy elfów, nie mam pojęcia czym jest Okraceon. Być może także terytorium elfów, o którym nie słyszałem. Na koniec Robert powiedział, że musimy skończyć to co on zaczął. Tak jak jego ojciec wybrał jego, tak on wybiera nas. Sen się skończył, bo po tych słowach Anton przebił go włócznią.
Być może Anton jest jakoś zamieszany w wydarzenia w naszym kasztelu – zgadywał Dalinar.
Ty Tsume poznałeś Antona lepiej niż my wszyscy – powiedział Igo – My raptem zamieniliśmy z nim kilka zdań, kiedy zabierał cię do klasztoru.
Nie był zbyt otwartym człowiekiem – powiedziałem – Mówiłem wam już zresztą o tym. Nigdy nie wspominał nic o tym, że istnieje jakaś inna rodzina. Igo, ty orientujesz się w heraldyce, czy mówi ci coś ten symbol, który mam na dłoni? - zapytałem.
Nie wiem niestety co to oznacza, lecz widziałem kiedyś taki symbol na pergaminie w pokoju Vernira – odpowiedział mag.
Więc może to być związane w jakiś sposób z Robertem, Vernirem, jak i moim zakonem – odparłem.
A tobie też się coś przyśniło Dalinarze? - dopytywał Igo.
Tak, też miałem bardzo realistyczny sen. Też śnił mi się Robert, który siedział prawdopodobnie w świątyni Vergena. Ojciec opowiadał historię trolli. Z tego co zrozumiałem, bo Robert nie mówił tego wprost, istoty te kiedyś żyły w krainie zwanej Vakkr, którą rządził Wieczny Król-Bóg, który nie był jednak prawdziwym bogiem, a istotą pokroju Oze Dakhe. Trolle wyznawały go. W tamtych czasach trolle posiadały jeszcze mądrość i zdrowie, natomiast miały zepsute serca i pałały złem. Później pojawił się prorok z wielkiej rzeki, z tego co się już dowiedzieliśmy, to prawdopodobnie Oze Dakhe. I rozpoczęła się wojna pomiędzy Oze Dakhe, a Królem-Bogiem. Król-Bóg przegrał tą batalię, a na trolle spadła klątwa. Utraciły dawną mądrość i zdrowie i zamieniły się w istoty, które było nam dane oglądać w dolinie. Robert dodał jeszcze, że „koło losu się kręci”. Losy tych istot się zmieniają, gdy fałszywi bogowie dochodzą do głosu. Mam wrażenie, że jego kolejne słowa odniosły się do naszej obecnej sytuacji. „Grozi wam niebezpieczeństwo, które pradawne jest. Krocz ścieżką wiary, aby nie popaść w szpony proroka. Ruszaj z głową do góry, tak jak cię nauczyłem.”
Być może chce nas ostrzec, choćby przed tymi dziwnymi podszeptami, które słyszałem – powiedział elf – Nie będę ukrywał, że to miejsce źle na mnie wpływa.
Ja, jako kapłan, też odczuwam wrogą mi aurę.
Czy jesteś w stanie zlokalizować skąd dochodzi? – zapytał Kejn.
Nie – odparł Dalinar – Jeśli to jest istota tak potężna, że może na szamanów zsyłać jakieś dary, to jest wszechobecna. Ja, kiedy przygotowuję się do walki, nie sprawiam sam, że moja skóra staje się odporna na ciosy. To na moją prośbę sam bóg udziela mi takiego daru. Więc nawet jeśli Oze Dakhe bogiem nie jest, to jest na tyle potężny, że potrafi gromadzić wyznawców i zsyłać im coś na kształt boskich darów.
W trakcie rozmowy zaczął padać deszcz, a dolinę spowiła mgła. Mimo iż lato było w pełni, wiatr na tej wysokości przeszywał do kości. Po rozmowie zgodnie stwierdziliśmy, że nasze sny, jakkolwiek nie byłyby dziwne, nie przybliżyły nas do celu ani o krok. Igo przytomnie stwierdził, że mimo, iż sny miały wspólne mianowniki, jak ogień, czy Robert, to nadal tylko sny. Ruszyliśmy zatem, aby zgodnie z planem zobaczyć dokąd prowadzi zachodni trakt. Deszcz spowodował, że skały stały się jeszcze bardziej zdradliwe i nasze tempo spadło. W końcu udało nam się dojść za załom, który wcześniej przysłaniał nam widok. Trakt wił się poniżej w kierunku zachodnim, po kilkuset metrach ściany wąwozu zaczęły się obniżać i zaczęły pojawiać się drzewa. Wraz z odległością las gęstniał, aż w końcu teren opadł do poziomu szlaku. Trakt ciągnął się jak okiem sięgnąć na zachód przez góry.
Tsume, rozumiem, że chciałeś dowiedzieć się czy nie ma tu drugiej osady trolli – powiedział Igo – i jak widać, ciągnie się to daleko i nic nie widać, więc chyba czas zawracać.
Traperzy mówili nam, że tylko oni handlują z trollami, to gdzie do kurwy nędzy prowadzi szlak dla wozów? – zapytałem.
Może góry to naturalna granica od południa – rozważał mag – i traperzy nawet nie wiedzą, że po drugiej stronie trolle prowadzą wymianę z kimś jeszcze.
Kupcy są pazerni – powiedział Dalinar – i zawsze znajdą sposób, aby się wzbogacić, nawet jeśli to handel z trollami.
Chciałem tylko upewnić się, że nie ma tu drugiej wioski trolli i tyle – odparłem – Macie rację, zawracajmy. I musimy postanowić co dalej. Bo jeśli założymy, że nie ma drugiej wioski, to nasz cel musi być w tej dolinie.
Jestem w kropce i nie mam żadnego pomysłu – rzekł Igo – I mam wrażenie, że wy też.
Ja uważam, że musimy znaleźć miejsce, w którym będziemy mogli rozpalić ogień, ogrzać się i wysuszyć ubrania – powiedziałem.
Ale co to da – zapytał Dalinar – Będziemy kilka godzin drogi dalej i nadal nic nie będziemy wiedzieć.
Da to tyle, że nie będziemy marznąć w mokrych ubraniach, nie pochorujemy się i nie wyczerpiemy – odparłem.
Z jeden strony zgadzam się z Tsume, z drugiej, skoro nie mamy pomysłu jak ugryźć temat, warto by było poobserwować jeszcze dolinę – powiedział Igo.
Tak i znajdą nas po tygodniu zmarłych z głodu – skwitował Kejn.
Nie mam zamiaru tu siedzieć tygodnia – bronił się mag.
Ale obserwacja to długotrwały termin, jeśli się chcesz dowiedzieć czegoś konkretnego – odparł elf.
Mam pewien pomysł – powiedział Igo – Nie jest może idealny, ale innego i tak nie mamy. Pod ochroną nocy moglibyśmy wykraść jednego niewolnika i dowiedzieć się co gdzie jest.
Pomysł jest nawet, nawet – powiedział Kejn – Tylko trzeba się zastanowić jak to zrobić.
Mógłbym rzucić czar „pajęczy chód”. Moglibyśmy zejść w najmniej oczekiwanym, najtrudniejszym miejscu i tak samo wyjść z niewolnikiem – zaproponował Igo.
Niby tak, tylko nie wiemy kto tam jest, czy nie będzie to zabobonny wieśniak, który nawet nie zrozumie co do niego mówisz i zwyczajnie ci nie uwierzy – powiedziałem.
No tego to już się nie dowiemy, jeśli nie spróbujemy – powiedział mag.
Ale dlaczego upierasz się przy używaniu „pajęczego chodu”? – dopytywał Dalinar.
Myślę, że rozumiem o co mu chodzi – powiedziałem – Chce zejść w najmniej spodziewanym miejscu, najbliżej baraków. Trolle nie będą strzegły pionowej skarpy.
Dokładnie – poparł mnie Igo – W dodatku skrócimy czas ucieczki i zminimalizujemy szansę wytropienia nas, gdyby jednak coś poszło nie tak.
Ja bym to zrobił od strony tego lasu z południowej części doliny, lecz martwi mnie przedzieranie się przez rzekę – powiedział Kejn.
Tylko jak cię wypatrzą, to jesteś w dupie - powiedział Igo – Więc czy jesteśmy za moim planem?
A o co chcesz takiego porwanego zapytać? - zaciekawił się Dalinar.
O to czy w tych jaskiniach są jakieś inne pomieszczenia, niż te służące do wydobycia, czy coś może tam przechowują, czego bardziej pilnują - odparł mag – Nie wiem, niech po prostu opowie jak to wygląda od środka.
Ile razy możesz rzucić ten czar? - zapytał Kejn.
Maksymalnie cztery razy, ale chciałbym jeden mieć w zapasie – powiedział Igo.
Jak długie ma działanie?
Około trzech minut – odpowiedział elfowi mag – lecz to nie problem, bo poruszasz się bardzo szybko. Można by to porównać do truchtu, tyle że po pionowej skale.
Mi się ten pomysł podoba – odparłem – Ja nie widzę innego rozwiązania, ani nie wiem jak wam pomóc.
Żeby było to jasne – tłumaczył mag – ja nie chcę wpaść w sam środek stada niewolników, tylko obrać jednego, najlepiej w miarę młodego i sprawnego.
Cóż, wydaję mi się – zacząłem – że musimy zatem wrócić się na skarpę, za barakiem niewolników, od północy. Tam Igo sam będziesz musiał ocenić wedle swoich magicznych umiejętności, co będzie najlepsze. Bo sam wiesz najlepiej, na co dokładnie cię stać. Nasze pomysły mogą nie pokrywać się z twoimi możliwościami. Ale na ten moment mamy ponad godzinę do zmroku i nadal uważam, że musimy się ogrzać i wysuszyć ubrania.
Jeśli mam się przygotować do rzucania tych czarów, to faktycznie to się przyda – zgodził się ze mną Igo.
Zaczęliśmy oddalać się od traktu i od osady. Wierzyłem, iż w nocy, przy takiej pogodzie, trolle nie wypatrzą dymu i będziemy sobie mogli pozwolić na rozpalenie ognia. Kilkanaście minut przed zapadnięciem zmroku udało mi się znaleźć nawis skalny, który dawał nam ochronę przed deszczem. Szybko zabraliśmy się za gromadzenie opału. Drewno było mokre i mocno dymiło, lecz byliśmy daleko od doliny, a do tego noc była bezksiężycowa. Ciepło ogniska odbijało się od skały za plecami i w końcu mogliśmy się pozbyć mokrych ubrań. Rozwiesiliśmy je na kijach od namiotów. Gdy ogień rozpalił się na dobre, nasze ciała przenikło przyjemne ciepło. Igo w blasku ogniska studiował swoje czary. Zdecydowaliśmy się na pojedyncze warty, ostatnia doba naprawdę dała nam w kość.
Ranek przywitał nas promieniami słońca, pogoda wyraźnie się poprawiła, co przyjęliśmy z ulgą. Ubraliśmy podsuszone ubrania. Podczas porannej medytacji rozważałem nad naszymi wczorajszymi snami. Lecz nic nowego nie wywnioskowałem. Czując, iż zbliżają się niebezpieczne momenty, chciałem pozostać w równowadze. Porzuciłem zatem te rozważania.
***Polana menhir jest tu
starożytna moc
Dziwne wskazówki są tu***
Oczekiwałem na przebudzenie braci w idealnej harmonii. Zaburzyłem ją trochę, pociągając ostro z bukłaka. Kiedy poczułem działanie alkoholu, skoncentrowałem się na tym, aby nie wpływało to na moją percepcję i postrzeganie świata. Wiem, że muszę nauczyć się doskonale to kontrolować, a w razie potrzeby szybko zwalczyć upojenie. Niektórzy doświadczeni mnisi potrafili usunąć mocą Ki z organizmu każdą truciznę, która nie zabiła ich od razu. Uznałem więc, że z alkoholem poradzę sobie bez problemu. Oczywiście jak z każdą medytacją, trzeba zrozumieć jak rozprowadzić Ki do odpowiednich organów ciała. Będę musiał nad tym popracować. Intryguje mnie też lepsze kontrolowanie swojego snu. Ostanie czasy pokazują, że zbyt często wraz z moimi braćmi podróżujemy zbyt zmęczeni. Kiedyś może kosztować nas to życie.
Po coraz mniej smacznym posiłku, wyruszyliśmy ponownie na wschodnią część otaczających dolinę skał. Lepsza pogoda i znajomość terenu sprawiła, że na miejsce doszliśmy około dwie godziny po południu. Podczołgaliśmy się do klifu i obserwowaliśmy obóz. Niewiele później zaobserwowaliśmy ciekawą sytuację. Do mostu od strony zachodniej podjechało dwunastu konnych, bez wątpienia ludzi. Ubrani byli w dziwne, skórzane ubiory. Przywieźli ze sobą trzy, zakratowane wozy pełne ludzi. Po chwili na most weszło dziesięciu Dahijczyków wraz z czterema niewolnikami uzbrojonymi w pałki. Przybysze rozmawiali chwilę z Dahijczykami, po czym uścisnęli sobie ręce. Otworzyli klatki na wozach i popchnęli ludzi w stronę trolli. Czterech niewolników z pałkami zaczęło im coś tłumaczyć, po czym zaprowadzili ich do baraków. Minęło kilkanaście minut i od strony budynków, do mostu podeszło kilkunastu niewolników, niosących jakieś worki. Konni zapakowali je na wozy i odjechali. Tak też rozwiały się moje wątpliwości dotyczące zachodniego traktu.
Poczekałbym do zmroku – powiedział Kejn – Zszedłbym w dół i w miarę możliwości pooglądał to z bliska. Ocenię jaką mamy szanse na wydostanie jakiegoś niewolnika. Samo wyciągnięcie tu niewolnika jest na tyle trudnym zadaniem, że warto by było się przed tym rozeznać.
Jest w tym wszystkim jeden problem – powiedział Igo – na razie trolle o nas nie wiedzą, lecz jak cię nakryją, to nawet jeśli zdołasz ujść z życiem, poinformujesz ich o tym, że ktoś tu węszy, co utrudni albo nawet uniemożliwi nam dalsze działania.
Pozostaje jedno pytanie – powiedziałem – Czy jak uda nam się kogoś z stamtąd wydostać, nie zorientują się, że kogoś brakuje?
Dziś trzeba zaobserwować, czy ktoś ich liczy – powiedział mag.
Poczekamy do zmroku i zdecydujemy – rzekł Dalinar – Choć już teraz skłaniam się do tego, aby kogoś wyprowadzić z baraków, wypytać go i wtedy Kejnie poszedłbyś na rekonesans. Nie ryzykujemy zbyt wczesnego odkrycia, a twoje szanse będą większe, bo nie będziesz szedł całkiem w ciemno.
Może faktycznie to lepszy pomysł – odparł Kejn.
Pod wieczór, z kopalni znów wyszedł cały pochód ludzi. Wydawało nam się, że w takiej zbieraninie ludzi, kiedy obmywają się w wodzie, jedzą, wchodzą różnymi grupkami do baraków, nie ma możliwości, aby ktoś doliczył się braku jednego. Czasem ktoś podchodził pod klif od strony północnej, dopiero wtedy zauważyliśmy, że były tam wykopane doły kloaczne, gdzie niewolnicy załatwiali swoje potrzeby.
Dalinar wskazał ręką w ich kierunku.
- To byłoby dobre miejsce, aby się w nocy na kogoś zaczaić. Na pewno wychodzą za potrzebą, a raczej nie mają możliwości, aby tamtędy uciec, więc wątpię, aby byli pilnowani podczas srania.
Ruszyliśmy ponownie wokół doliny, aby dojść w dogodne dla nas miejsce.
Po zmroku w dalszym ciągu obserwowaliśmy obozowiska i faktycznie dwoje ludzi wyszło z baraku i udało się załatwić swoje potrzeby. Nie towarzyszył im żaden troll. Po chwili wrócili do budynku. Obserwowaliśmy dalej, po kilkunastu minutach z baraku ponownie wyszły tym razem cztery postacie. I znów załatwiły swoje potrzeby i powróciły do budynku.
Muszę tam zejść zaczaić się za tymi starymi beczkami – wskazał ręką Igo – i poczekać aż wyjdzie tylko jeden. Większa ilość będzie problemem.
Ja zamocuję tu jeszcze linę – powiedział Kejn – Aby w razie problemów zrzucić ją na dół.
Igo zostawił większość rzeczy i rzucił czar. Po czym zręcznie, przyklejony do ściany, począł schodzić w dół. Po chwili zniknął nam w mroku. Czas ciągnął się okropnie, lecz brak jakiegoś zamieszania w osadzie pozwolił nam przypuszczać, iż mag czeka na odpowiedni moment. Po ponad dwóch godzinach zobaczyliśmy wspinającą się po ścianie postać. Nie był to Igo. Szybkość wspinania dowodziła, iż osoba była pod wpływem zaklęcia „pajęczy chód”. Rozluźniłem się, wszystko wskazywało na to, że plan wypalił. Po chwili wdrapał się do nas młody mężczyzna. I ściszonym, wystraszonym głosem mówił:
- Jeszcze Tiara, moja narzeczona i ten wielki pan, który mnie uratował.
Po minucie naszym oczom ukazała się młoda kobieta, a chwilę po niej pojawił się Igo. Odeszliśmy z dala od urwiska, aby móc spokojnie porozmawiać.
Dziękujemy wam za ratunek – podnieconym głosem mówił mężczyzna – Kim wy jesteście, zbawcy nasi? Uciekajmy czym prędzej. Uciekajmy.
Spokojnie – odparł Dalinar – i na ucieczkę przyjdzie pora.
Czy przysłał was mój ojciec?
Nie, to poważniejsza sprawa – odparł kapłan.
Tam są kobiety, dzieci – spanikowanym głosem mówiła kobieta – to barbarzyńcy. Oni wszyscy zginą!
Uspokójcie się i ciszej – skarcił ich Kejn – Bo nas wydacie.
Dwoje młodych ludzi nieznacznie się uspokoiło i ściszyło głosy.
Jak się nazywacie. – zapytał Igo.
Ja jestem Adam, a to moja narzeczona Tiara. Oni nas porwali kiedy podróżowaliśmy z karawaną mego ojca. I sprzedali tym trollom do niewoli. To stało się tak nagle. Nagle napadli nas z lasu i dołączyli do innych. Potem wieźli długo przez góry i tu już zostaliśmy – szybkim, nerwowym, lecz już przyciszonym głosem odpowiadał Adam.
Długo tu jesteście? - zapytał Kejn.
Jakieś cztery miesiące.
To dobrze – odparł Igo – Jesteśmy grupą, która potrzebuje informacji, co tu się dokładnie dzieje. Dlatego musicie nam opowiedzieć wszystko o tym miejscu. Jak funkcjonuje ta wioska, ilu jest trolli, co jest w budynkach, wszystko co wiecie.
Nie wiem od czego zacząć – odparł Adam – jest ich naprawdę bardzo wielu. Oni mają kopalnię.
Mają przywódcę? – dopytywał elf.
Tak, nazywają go prorokiem. Wyznają jakieś pradawne bóstwo, składają mu krwawe ofiary. Ja pracowałem w kopalni, a teraz zostałem odesłany do warsztatów.
Jak rozległe są te kopalnie? – zapytał Dalinar.
To jest cały kompleks, to jak labirynt. Ja pracowałem w kopalni na dwóch poziomach.
Narysuj nam rozkład – powiedział Kejn.
Nie dam rady, to bardzo dużo chodników, nawet ja nie znam wszystkich.
Co oni tam wydobywają? - zapytał Igo.
Kamień słoneczny – odparł Adam.
Czy te korytarze służą tylko do kopania? - kontynuował mag – Czy są tam inne pomieszczenia? Składują coś, mieszkają, mają jakąś świątynię?
Słyszałem, że są, ale ja tam nigdy nie byłem. Kiedy się wchodzi do środka, skręca się w prawo i jest taka machina, którą opuszczają nas na różne poziomy. A gdyby iść prosto, to są pomieszczenia, w których mieszkają. Słyszałem, że mają tam swoje legowiska. Jest wiele poziomów, to jak mrowisko. Ja pracowałem tylko na dwóch... wiele jest zalanych... to istny labirynt.
Czy można się tam dostać inaczej niż tą machiną? - pytał kapłan.
Można też drabiną.
A czy jest inne wejście? - zapytałem.
Nic mi o tym nie wiadomo. Lecz podobno kopalnie są połączone z ich legowiskami.
Czy wejście do kopalni pilnowane jest nocą? - dopytywał Dalinar.
Tak, zawsze troszkę w głąb od wejścia, na tym rozstaju, jest ich dwóch – powiedział mężczyzna – Ponoć niżej są też poziomy, gdzie ucztują szamani. Kilku ludzi czasem jest tam dopuszczonych, aby sprzątać, lecz ja tam nigdy nie byłem. Oni tam jedzą tych, którzy umrą. Oni pożywiają się nami! – z przerażeniem opowiadał Adam.
A słyszałeś coś o jakiejś świątyni? - pytał Dalinar.
Tak, to ten zadaszony budynek na zewnątrz. Nazywają go Komnatą Odrodzonego Boga. Składają tam z nas ofiary.
A czy zjechał tam kiedyś troll? - zapytał Igo.
Nic mi o tym nie wiadomo.
A czy ty dziewczyno możesz coś do tego dodać? - zapytał Kejn.
Moja przyjaciółka Natien, ona im usługiwała, mówiła że piekli ludzi i ich jedli... To straszne – i rozpłakała się.
Igo dał im jedzenie i wodę, młodzi ludzie podziękowali i zaczęli zajadać z apetytem. My odeszliśmy dalej, aby w spokoju porozmawiać.
I co myślicie? - zaczął Igo – W samej osadzie nie ma nic, co mogłoby być miejscem, którego szukamy. Takie coś może znajdować się gdzieś w jaskiniach, lecz to jest jak pakowanie się w paszczę lwa.
No, w kierunku ich legowisk nie ma nawet się co kierować – powiedział Dalinar - Lecz w samych kopalniach nie powinno już być trolli.
Nawet jeśli udałoby się nam tam dostać, jeśli się o tym dowiedzą, zwyczajnie odetną nam jedyną drogę i tam zginiemy – słusznie zauważył Igo.
Kiedy tak rozmawialiśmy, podszedł do nas Adam.
Mogę na chwilę? - zapytał – Już się trochę uspokoiłem. Mam wrażenie, że czegoś tu szukacie. Ludzie mówią, że jest tu ukryty skarb, którego strzegą. Ponoć chroni go bestia, w Komnacie Odrodzonego Boga.
Jak często trolle składają ofiary? - zapytał Dalinar.
Czasem co tydzień, a czasem co dwa.
Mi się wydaje – zaczął Kejn – że ta jaskinia, gdzie mieszka potwór, jest jakoś połączona z kopalnią. Może jest to odgrodzone jakąś kratą, czym czymś takim, ale to na mój gust nie jest osobna dziura.
Też mi się tak wydaje – powiedziałem.
Teraz sobie przypomniałem – ciągnął mężczyzna – To coś, co tam jest ukryte i strzeżone przez tą bestię, nazywają sercem boga. To szalone.
Idź teraz do narzeczonej i dajcie nam w spokoju się naradzić – wydał polecenie Igo i Adam odszedł w kierunku kobiety.
Wydaje mi się, że musimy zejść do leża tego potwora – zaproponował Dalinar.
Chcesz wchodzić do leża potwora? - zapytał z niedowierzaniem Kejn.
Z informacji, które mamy, a nie jest ich wiele, wszystko wskazuje na to, że przedmiot, którego szukamy jest tam – odparł kapłan.
A jak się to ma do wskazówek z menhiru? – zapytałem.
Nie wiem, może dowiemy się w środku – zgadywał Dalinar – Co mam ci powiedzieć, że nic tu nie pasuje do zagadki z kamienia?
Dalinar się skłania żeby tam wejść – zaczął Igo – Myślę, że musimy tam podejść i zobaczyć jak to wygląda z bliska. Jak dla mnie kopalnie odpadają całkowicie.
Dyskutowaliśmy nad tym gdzie iść. Kejn z uporem forsował opcję z kopalnią. Ja sam nie wiedziałem co wybrać, lecz po przedstawieniu argumentów Igo i Dalinara, skłaniałem się do ich pomysłu. Dalinar wysnuł teorię, która nas wszystkich bardzo zaskoczyła, choć wydawała się nieprawdopodobna. Jego zdaniem na dole równie dobrze mogło nie być żadnego potwora. Przypomniał nam istotę z Samotnej Wieży, która nie przebywała ciągle w naszym świecie. Być może to coś pojawiało się tylko na okres rytuału. Pożywiało się i znikało z naszego świata. Dawało to nikłą nadzieję na spokojną eksplorację groty.
Chciałbym jeszcze raz porozmawiać z człowiekiem, którego uratowaliśmy – powiedział Dalinar - I zejść tam najlepiej jutro w nocy. Pomysł z eksploracją tej studni nie podoba się nawet mi. Czy chcecie w ogóle zaryzykować?
Tylko jak tam zejdziemy? - zapytałem.
Trzeba zamontować linę – odparł Kejn – I mieć nadzieję, że starczy.
Podeszliśmy do pary, którą uratował Igo. Drzemali w objęciach, przykryci jednym z naszych koców. Dalinar obudził Adama.
Tak... – zapytał zaspany – Ruszamy?
Nie, chciałbym zadać jeszcze kilka pytań – powiedział kapłan – Chciałbym, abyś opowiedział nam o miejscu, w którym składają ofiary. Ile razy widziałeś jak odprawiali ten krwawy rytuał?
Dwa, trzy razy w miesiącu – odparł zaspany mężczyzna.
Jak myślisz, ile metrów opuszczana jest klatka? – zapytał Igo.
Piętnaście, może dwadzieścia.
A czy kołowrót jest głośny? – kontynuował mag.
Nie, raczej nie, porusza się dosyć cicho.
A jak szeroka jest ta dziura i czy widziałeś co jest w środku? - zapytał Dalinar.
Otwór ma kilka metrów, a co jest w dole nie wie nikt z żyjących – odparł Adam.
Mamy taki plan, aby przyszłej nocy iść na przeszpiegi – zaczął Igo – Zostawimy tu część rzeczy, poczekacie na nas całą noc i cały dzień. Jakby się okazało, że nie wrócimy, to ja wam postaram się naszkicować prostą mapę, jak dostać się do obozu traperów.
Jak im naszkicujesz mapę, to uciekną godzinę po tym jak znikniemy – powiedział Kejn.
Ale wtedy niepotrzebnie uciekają na własne ryzyko – skwitował kapłan – Narażając się na trolle, a z nami wrócą na pewno.
My nie trafimy, musimy czekać na was – z przekonaniem i strachem powiedział Adam – Jesteście naszą jedyną nadzieją.
Czy trolle, zanim opuszczą ludzi do tej jamy, wzywają tego demona, budzą go? - dopytywał Dalinar.
Zawsze na początku krążą wokół tego kopca i śpiewają głośno. Smarują się krwią. A ofiarom dają coś śmierdzącego. To zawsze się dzieje około południa. Wcześniej obmywają się w rzece.
Czy widziałeś, aby kiedykolwiek zjechał tam troll? Albo coś tam wrzucał? - pytał kapłan.
Nie, nigdy czegoś takiego nie widziałem. Tylko raz, zaraz jak nas tu sprzedano, widziałem coś, co kapłani Delidii nazywają procesją. Trolle ubrały jakieś ceremonialne szaty i niosły jakąś skrzynię. My podążaliśmy za nimi. Obeszli całą dolinę oraz kilka razy budynekm gdzie opuszczają ludzi. Na końcu położyli skrzynię pod dachem na włazie zakrywającym otwór i kazali się nam rozejść.
Podszedłem do krawędzi i przyjrzałem się, faktycznie otwór zamykał teraz właz. Wcześniej go nie było, widocznie trolle zamontowały go w czasie, w którym obchodziliśmy dolinę.
Ludzie, którzy szli ostatni, widzieli, że potem wzięli ja do jaskiń - kontynuował Adam – Była pięknie rzeźbiona, w różne twarze, podobne do tych jak na słupach, które podtrzymują dach.
To co, plan B? – zapytał Kejn – Chyba wszystko się spierdoliło.
Ludzie mówili, że to ten skarb? Ponoć skarb jest w studni? - dopytywał Igo.
Nie, w skrzyni ponoć są szamańskie członki, które święcili – zaprzeczył mężczyzna.
Dla mnie to wydarzenie nie zmienia oceny – powiedział mag.
Dla mnie też nie – odparłem – Nadal jesteśmy w czarnej dupie.
Jutro to ostateczny termin – rozsądnie zauważył Igo – kończy nam się prowiant, a mamy teraz jeszcze ich pod swoją opieką. Więc albo jutro albo wracamy do traperów.
Ja nie jestem przekonany do tego, aby tam schodzić – odparłem.
To co chcesz zrobić? - zapytał Dalinar.
Nie wiem, choćby wrócić do Hugo i zapytać o tą głowę. Sam nie wiem - odparłem szczerze.
Do tego maga z Roskanny?! - zapytał z elf – Przecież to prawie miesiąc drogi.
Lepiej stracić miesiąc życia niż życie – odparłem – czego nie rozumiecie?
Gdyby to był dzień, to bym się z tobą zgodził – powiedział Dalinar – Ale iść tyle, żeby się na przykład dowiedzieć, że to jest starożytna głowa ludu tych gór? Tego nie przełknę.
W związku z tym, że moi bracia zdecydowani byli, aby to zrobić, postanowiłem oczywiście im towarzyszyć. W nocy zdecydowaliśmy się na pojedyncze warty, aby maksymalnie wypocząć. Rankiem zjedliśmy skromnie, wszystkie zbędne rzeczy zostawiliśmy pod opieką pary ocalałych i udaliśmy się do miejsca, z którego planowaliśmy wyruszyć. Dzień był pochmurny, dolina z rana skąpana była we mgle, lecz na szczęście nie padało. Jako że szliśmy tą droga kolejny raz, bez problemu odnajdywałem drogę pośród skał. Całość zajęła nam raptem kilka godzin. Obserwując dolinę, czekaliśmy na zmrok.
Kiedy zrobiło się ciemno, Dalinar pobłogosławił nas, wzywając imienia Vergena:
***Pobłogosław nas Vergenie
Aby zło gnieżdżące się tutaj
Nie miało nad nami mocy
Spraw aby nie zmógł nas strach
A nasza walka była dobrą walką
Prowadź nasze kroki w mroku
I jeśli taka wola byśmy
w chwale i Twym blasku powrócili***
Zejście w wyznaczonym miejscu problematyczne było tylko na jednym odcinku. Było to około siedmiu metrów prawie pionowego urwiska. Zamocowałem tam linę, lecz po tym jak wszyscy zeszli, wciągnąłem ją do góry, aby nie była widoczna, a sam zeskoczyłem. Kiedy byłaby potrzebna szybka ucieczka, miałem jednym skokiem wskoczyć do góry i spuścić ją pozostałym. Kejn zszedł pierwszy. Kiedy upewnił się, że na dole nie ma ruchu, dał nam znać, że możemy zejść. Udało nam się niepostrzeżenie schować za dużym budynkiem przed wejściem do kopalni. Ponownie elf kucnął i przedostał się pod zadaszony kopiec z kołowrotem. Trzeba się było mocno wpatrywać w ciemność, aby dostrzec elfa. Po kilku minutach Kejn dał znać ręką, że możemy podejść. Ostrożnie ruszyliśmy w kierunku miejsca kultu. Pierwszy raz zobaczyłem to miejsce z bliska. Na czterech wysokich rzeźbionych słupach leżał dach pokryty strzechą. Pod nim znajdowała się podwieszona na linie klatka. Drugi koniec liny zamocowany był do kołowrotu. Właz zakrywający otwór był drewniany, ozdobiony wizerunkami dziwnych twarzy w kolorach niebieskim i czerwonym.
- Pomóżcie mi – powiedział Dalinar, chwytając drewnianą pokrywę.
Wszyscy chwyciliśmy i ostrożnie przesunęliśmy tylko tyle, aby było dosyć miejsca, by się przecisnąć. Z dołu uderzył nas chłód i dziwny kwaśny zapach. Zerknęliśmy w dół, naszym oczom ukazała się tylko ciemność.
Spuścicie mnie kawałek – szeptem powiedział Kejn – Odpalę tam pochodnię i zrzucę na dół, aby nie iść w ciemno. Tu, na powierzchni nie możemy odpalić światła.
Nie możesz zrzucić pochodni, bo na dole może być woda. Opuścimy cię powoli na dół. Jest nas trzech, spokojnie damy radę - powiedział Dalinar.
Kejn przywiązał linę do jednego z drewnianych filarów, ja zrobiłem z końca liny uprząż, tak aby obie ręce miał wolne. Powoli zaczęliśmy opuszczać go w dół. Po około czterech metrach zatrzymaliśmy się do czasu, aż odpalił pochodnię. Okazało się, że otwór nie prowadzi do szybu, a do rozległej jaskini. Nie widzieliśmy nadal jej dna. Ostrożnie zaczęliśmy opuszczać go niżej. W pewnym momencie obciążenie zniknęło, a nam zostało około metra zapasu liny. Licząc ile poszło na uprząż oraz przywiązanie do filara, jaskinia miała około dwudziestu metrów głębokości. Kejn machał nam z dołu pochodnią. Pierwszy zszedł Igo. Drugi zaczął schodzić Dalinar.
- Jak zejdziesz, odsuńcie się od liny – powiedziałem – Mam poparzoną dłoń i nie chcę pogłębiać rany. Zeskoczę, a nie chcę wylądować na jednym z was.
Odczekałem, aż zejdzie kapłan, skupiłem Ki w nogach i skoczyłem. Po dosyć długim locie wylądowałem na dole. Rozejrzałem się.
- Nie wiem czy zwróciliście uwagę jak schodziliście, ale powyżej jest półka skalna, która jest wejściem w głąb jakiegoś korytarza.
Faktycznie, kilka metrów wyżej, na granicy światła z latarni, którą odpalił Igo, dostrzegliśmy wystający skalny pomost. Domyślaliśmy się, że pomost prowadzi w kierunku kopalni. Zatem przypuszczenia moje i Kejna potwierdziły się. Prawdopodobnie to miejsce łączyło się z którymś poziomem kopalni, gdzie niewolnicy wydobywali słoneczny kamień.
Ostrożnie obchodziliśmy jaskinię, która była ogromna. W jednym miejscu dostrzegliśmy naturalny korytarz. Podeszliśmy kawałek dalej, skała kończyła się, a w ziemi widniała duża dziura. Przystanęliśmy nasłuchując. Z otworu w ziemi dobiegało dziwne charczenie. Nagle usłyszeliśmy głośne uderzenie i od strony jamy zaczęło coś wychodzić. Ostrożnie zaczęliśmy się wycofywać w stronę tunelu, który widzieliśmy wcześniej. Coś co wyszło z dziury zaczęło poruszać się szybkim tempem w naszym kierunku. Na granicy światła dostrzegliśmy gigantyczne stworzenie. Istota miała jakieś piętnaście metrów.

Oczy bestii zaświeciły w ciemności. Coraz szybciej szła w naszym kierunku. Staliśmy chwilę, porażeni tym widokiem. Z każdym krokiem, coś przyczepionego do jej karku oraz korpusu zaczynało jaśnieć. Były to jakieś dziwne, niematerialne liny. Wraz ze zbliżaniem się do nas, robiły się coraz jaśniejsze i jakby się naciągały. Nie patrząc już na nic, rzuciliśmy się biegiem do tunelu. Dosłownie chwilę po tym jak w nim zniknęliśmy, wielki łeb potwora, który nie mieścił się w przejściu, raz po raz zaczął walić potężną głową w skałę. Cofnęliśmy się w głąb, aby być poza zasięgiem rogu wystającego z czoła.
Podczas ucieczki Igo stłukł latarnię, ale na szczęście udało się zachować pochodnię. Stwór wydawał wściekłe ryki i tłukł łbem o ścianę. Poświeciliśmy za siebie, tunel prowadził w ciemność. Posiadając tylko jedną drogę, ruszyliśmy ostrożnie przed siebie.
- Musimy udać się tym korytarzem – powiedział Dalinar – Mamy tylko trzy pochodnie.
Po kilku chwilach uderzenia ustały i słychać było tylko chrumkanie. Ruszyliśmy przed siebie. Po kilkunastu metrach tunel rozgałęział się na prawo i lewo.
- Igo, jeśli możesz, rysuj drogę, bo jeszcze brakuje nam tylko tego, abyśmy się zgubili – powiedział kapłan.
Ruszyliśmy chodnikiem w lewo. Chodnik raz zwężał się, po to aby zaraz się poszerzyć. Czasem kilka metrów był tak niski, że musieliśmy iść mocno zgarbieni, by znów się podwyższyć. Po kilku minutach zaczął opadać gwałtownie w dół. Było na tyle stromo, iż musieliśmy ostrożnie stawiać każdy krok. Gdyby ktoś się przewrócił, zatrzymałby się dopiero na jego końcu. Schodziliśmy tak dobre dwadzieścia minut. Tunel co jakiś czas zakręcał ostro w lewo, a po chwili w prawo. W końcu spadek stał się mniejszy, aż wreszcie dno tunelu znów prowadziło mniej więcej w poziomie. Po kilkudziesięciu metrach dotarliśmy do pomieszczenia, które nie było naturalną skałą. Naszym oczom ukazał się kamienny łuk, lecz bez widocznych wrót. Dalsza część była ewidentnie dziełem jakichś istot, bo ściany były ociosane i zdobiły je twarze, podobne do tych, które widzieliśmy na filarach podtrzymujących dach do jamy.
Czyżbyśmy trafili tam, gdzie chcieliśmy dotrzeć? – zgadywał Igo.
No, tylko trzeba się jeszcze stąd wydostać – bez optymizmu powiedział Kejn.
Korytarz ciągnął się jakieś trzydzieści metrów, kiedy to gwałtownie się zwiększył. Był od tego czasu wysoki na pięć metrów i szeroki na ponad cztery. Ponownie doszliśmy do skrzyżowania, gdzie droga znów się rozdzielała w lewo i w prawo. Z lewego chodnika dobiegało światło, a kiedy się wychyliliśmy, kilka metrów dalej na ścianie paliła się pochodnia.
Czyżby ktoś tu przechodził niedawno? – zgadywał Kejn.
Ja bym poszedł w ciemność – zasugerował Igo.
A ja właśnie tam gdzie jest pochodnia – powiedział elf – Chyba chcemy zobaczyć co tam jest i nie mieć nikogo za plecami?
Ja wolę mieć kogoś za plecami, niż wpakować się na trolle. Niech sobie śpią – powiedział stanowczo mag.
Ja bym też poszedł choć kawałek w ciemny korytarz – poparłem maga.
Też wolę mieć ich za plecami, niż w nich wleźć – powiedział Dalinar.
Tak też zrobiliśmy. Dosłownie kilka metrów dalej znów natknęliśmy się na kamienny łuk, tym razem większy od poprzedniego. Naszym oczom rzuciła się kamienna tablica z wygrawerowanym elfim pismem. Kejn począł czytać w blasku pochodni.
Ja, Jhjarnagk, ostatni potomek szlachetnego rodu z księcia Jiunkinnen’a, niosę tu światło, które zgasło w naszym świętym Zzzedizah, gdzie wróg odwieczny zagłady naszego ludu dokonał, prześladując nasz los przez wieki długie od zarania dziejów. Gdy Oze-Dakhe powstanie ponownie, zgodnie z przepowiednią wyjdzie w chwale z Nowej Karnak, aby pokonać praojca i przeznaczenie odwrócić. Przeklinam także na wieki dusze niegodziwców, którzy krew księcia przelali przed Zaćmieniem wielkim i gniewem bogów - Nowa Karnak rzekła mi imiona tych nieszczęśników, których do ósmego pokolenia potomków niniejszym zaklinam. Zatem Nandinie z elfiego rodu La Pass, Gocie z rodu Nathrek, pomiocie Lorsha, Radagaście od demonów bracie i Ziriel przeklęta krwi elfów, niech odrodzony Oze-Dakhe karmi się waszymi duszami po wsze czasy. Tako rzekłem ja, powiernik tajemnicy księcia, ostatni z rodu.
Czy wy coś z tego rozumiecie? - zapytał Igo.
Kompletnie kurwa nic – odparł Kejn – Chodzi o to, że ktoś z wymienionych tych przeklętych, doprowadził do upadku Oze Dakhe. Tak czy nie?
To pisał prawdopodobnie zwolennik Oze Dakhe – stwierdził mag.
Być może przyniósł tu ten Kamień Sumień – zgadywał Dalinar.
Brakuje mi kontekstu – powiedział Igo – Dlaczego ten napis pojawia się przy wejściu do jakiegoś pomieszczenia?
Może to część historii trolli – zgadywał Kejn – a dalej znajdziemy kolejne.
Ruszyliśmy dalej. Po kilku metrach, w świetle pochodni dostrzegliśmy wejście do kilku korytarzy. Przed wejściem do każdego z nich, na podłodze była płyta opatrzona liczbą w stylu elfim.
Chyba mamy odpowiedź co do Zagadki Menhiru – odparłem – Czy jest tu liczba pięć?
Chodźmy w lewo – powiedział Kejn – przed tym tunelem jest piątka.
Chciałbym zauważyć, że kierowanie się liczbą liter w słowach jest mało rozsądne – znowu odezwało się zwątpienie maga.
Ale pasuje – odparł Dalinar – A poza tym nie mamy nic lepszego.
Ruszyliśmy w tym kierunku, licząc że droga doprowadzi nas do kolejnych rozwidleń z liczbami. Kejn ostrożnie szedł pierwszy, wypatrując potencjalnych pułapek i innych zagrożeń. Wiedząc, że nie mamy czasu, elf robił to znaczniej pobieżniej niż zwykle. Lecz nie mieliśmy wyboru. Doszliśmy do kolejnego skrzyżowania. Dwie odnogi prowadziły w lewo, jedna w prawo i korytarz ciągnął się dalej prosto. Tym razem tylko przed jedną odnogą była kamienna płyta z liczbą. Była to liczba cztery. Jako, że nie pasowało to nijak do zagadek, poszliśmy dalej prosto. Po około dwudziestu metrach znów zobaczyliśmy rozgałęzienie.
- Ha, ósemka! – powiedział zadowolony Dalinar.
Poszliśmy tym korytarzem. Kolejne rozwidlenie miało tylko dwie odnogi. Jedno bez z liczby, a przed drugim widniała szóstka. Skierowaliśmy tam swoje kroki. Tym razem doszliśmy do skrzyżowania, z którego odnoga prowadziła w lewo i prosto. Tu nie było żadnych liczb. Poszliśmy więc dalej prosto. Dosłownie kawałek dalej kolejne rozwidlenie w prawo z czwórką i dalej prosto. Zgodnie z przyjętą dotąd zasadą, ruszyliśmy przed siebie. Po dobrych kilku minutach korytarz kończył się ślepo, a pod ścianą na ziemi wyryta była liczba siedem. Kejn przystąpił do dokładnych oględzin płyty. Płyta z siódemką był ogromna, miała na oko cztery na cztery metry.
- Pod ta płytą jest wolna przestrzeń – powiedział Kejn – Tylko nie wiem jak moglibyśmy to dźwignąć.
Igo podszedł do płyty i przyłożył dłoń. Po chwili powiedział:
To jest to, tam na dole jest źródło bardzo silnej magii. To mało powiedziane. To jest kurwa ogromnie silne źródło magii – mówił wyraźnie podniecony.
Jestem w stanie ją zniszczyć – powiedziałem – Będzie to w miarę ciche, bo uderzę ręką.
Ręką? - mocno zdziwił się Dalinar – Chcesz po tym walić ręką?
Nie walić, tylko raz uderzyć – wyjaśniłem - Uciszcie się i zejdźcie z płyty, muszę się skupić – powiedziałem.
No, no, dłonią – znów szydził Igo.
Uklęknąłem na środku płyty i skupiłem się, wyobrażając sobie możliwą grubość kamienia i jego wytrzymałość. Lewą rękę oparłem o podłogę, a prawą uniosłem do góry. Pozwoliłem, by Ki skumulowało się w mojej dłoni. Wykonałem szybkie, precyzyjne uderzenie, wewnętrzną stroną ręki. Przez chwilę jakby nic się nie stało, po czym płyta zaczęła pękać z cichymi trzaskami i środkowa jej część zapadła się do wolnej przestrzeni pod nią. Poświeciliśmy pochodnią. Pod resztkami płyty spoczywała szkatułka. Widać było, że drewno, z którego została wykonana, było wiekowe. Szkatułkę ozdabiały misternie rzeźbione twarze. Takie same jak na ścianach korytarzy. Kejn wyciągnął szkatułkę i otwarł wieko. Naszym oczom ukazał się czarny, podłużny kryształ z wieloma szlifami. Miałem wrażenie, że kryształ jakby się poruszał. Bił niczym serce. Kejn pospiesznie zamknął wieko.
Teraz trzeba się jakoś stąd wydostać – powiedział Kejn.
Jeżeli jesteśmy w stanie wrócić koło tej bestii, to to jest nasza droga ucieczki – powiedział Dalinar.
Zawsze mogę, jak dojdziemy do wyjścia, gdzie atakował nas ten stwór, rzucić na nas „pajęczy chód” i uciekniemy ścianami aż do stropu – powiedział Igo.
Pierwszy powinien iść Tsume – zaczął kapłan – Jest najzwinniejszy z nas i zobaczy czy u góry nie czekają na nas trolle. Po drugie, jeśli czar przestanie działać i spadnie, nie zabije się.
Zgodziłem się z tym tokiem rozumowania.
- Jeśli Tsume nie wróci i nie usłyszymy też odgłosów walki, będzie to znak, że droga wolna – kontynuował Dalinar.
Po tych ustaleniach, zaczęliśmy kierować się z powrotem. Nagle Igo powiedział:
- Muszę wam oddać to, że mieliście rację. Nie wierzyłem, że to będzie rozwiązanie tej zagadki.
Kiedy byliśmy przy drugim rozstaju, poczułem palący ból na mojej dłoni. Odruchowo zerknąłem na wypalone tam piętno, które żarzyło się delikatnym blaskiem. Przypomniałem sobie słowa ze snu „tam gdzie zmierzasz, szukaj znaku Wężowej Dłoni z półksiężycem zbratanej”.
Czekajcie – powiedziałem i moi bracia przystanęli - Muszę skręcić w ten korytarz. Symbol na mojej ręce wskazuje mi drogę – wyjaśniłem.
Możesz to wyjaśnić? - zapytał Igo.
Nie, to wewnętrzne sprawy mojego klasztoru.
A, czyli nie powiesz nam, ale mamy za tobą leźć w jakiś korytarz – rzekł Igo, który jak zwykle, gdy chodziło o sprawy mej wiary, negował wszystko.
Nie, nie musicie, ale ja muszę – odparłem.
Ale nie możemy? - zapytał Dalinar.
Możecie, tylko że nie macie takiego obowiązku. Natomiast ja mam.
Uwielbiam to. Pójdę gdzieś, bo mnie coś parzy, ale nic nie powiem – denerwował się Kejn – Nic, że jesteśmy w jakimś magicznym tunelu, pełnym stworów, trolli i bogowie wiedzą czego jeszcze.
No i co z tego – odparłem. Jeśli raz nie zrozumiał, że nie mogę się dzielić z nimi wszystkimi rzeczami, to za drugim razem tez nie zrozumie. - Przecież nie prosiłem, abyś szedł za mną – odpowiedziałem spokojnie.
No bo nie zostawimy cię samego – odparł Kejn.
To po co beczysz? Albo idziesz albo nie – odparłem.
Ruszyliśmy przed siebie. Stawałem na każdym skrzyżowaniu i szedłem tam, gdzie podpowiadało mi przeczucie. Po kilku skrętach doszliśmy do obszernego pomieszczenia. Szedłem przed siebie. Mijałem kolumny, które podtrzymywały sklepienie. Nie widzieliśmy ścian po bokach. W oddali zobaczyliśmy jakiś wysoki monolit. Dopiero, kiedy podszedłem bliżej, dostrzegliśmy co to jest.
Na kamiennym piedestale mieściła się ogromna rzeźba, która przedstawiała pół leżącego, pięknego i nagiego człowieka z diademem na głowie. Nad nim stał mniejszy mężczyzna, przypominający żołnierza, który przebijał mu serce włócznią. Rzeźba miała około czterech metrów. Nie trzeba było znać się na sztuce, aby docenić jej kunszt. Leżący mężczyzna w jednej ręce trzymał trójząb, a poluzowane palce świadczyły o tym, że gdyby to działo się naprawdę, zaraz upuściłby oręż. Człowiek z włócznią to był jakiś wojownik, w skórzanej zbroi. Jego głowę zdobił hełm w kształcie czaszki. Na piedestale wyryte zostało pismo, którego nikt z nas nie poznawał. Dół postumentu pokrywały kafelki. Na jednym z nich widniał znak, który został wypalony na mej dłoni. Podszedłem i dotknąłem jej ręką z ognistym piętnem, płyta rozjarzyła się jasnym blaskiem. Kiedy cofnąłem rękę, przygasła. Nic więcej się nie stało. Igo przyglądał się zapiskom i mruczał jakieś słowa. Po chwili rzekł.
To jest naprawdę bardzo stare. A zapiski te, to nie są słowa. To raczej nazwy własne. Z początku myślałem, że są to nazwy geograficzne, ale udało mi się przetłumaczyć jedno z nich, które oznacza Delidia. To prawdopodobnie imiona jakichś postaci, które, być może, żyły nawet tysiące lat temu.
Co my tu kurwa robimy – powiedział elf – Wynośmy się stąd.
Spokojnie, daj Tsume się tu rozejrzeć, skoro coś go tu przywiodło – powiedział Dalinar.
Byłem mu wdzięczny. Tylko on, jako kapłan, mógł zrozumieć moją potrzebę zbadania tego tematu.
- Wyjdźcie stąd – powiedziałem – muszę się skupić.
Bracia wycofali się. Przytknąłem dłoń do znaku i zacząłem medytować. Doszedłem do wniosku, że pod tym zdobieniem musi coś się kryć. Używając uderzenia rozbiłem kafelek. Pod nim znajdowała się płaskorzeźba. Po przyjrzeniu się zauważyłem, że przedstawiała ruiny fortecy Manmarr, górującej nad Białą Osadą, gdzie się wychowaliśmy. Na płaskorzeźbie była też miniatura słupa, podobnego do tego, który napotkaliśmy na granicy ziem trolli.

- Chodźcie tutaj – zawołałem – Jest tu coś co dla was znajomego.
Bracia podeszli i z uwagą przyglądali się płaskorzeźbie.
- Spróbujmy się stąd wydostać – powiedziałem – A jeśli nam się uda, to po drodze zawitamy do Białej Osady. Te sny, które mieliśmy, były jak widać jak najbardziej prorocze.
W drodze powtórzyliśmy sobie jeszcze raz nasze sny, zastanawiając się nad ich sensem. Druga pochodnia zaczęła przygasać i odpaliliśmy ostatnią. Kilka minut później dotarliśmy do miejsca, w które tak zapamiętale walił głową stwór. Panowała absolutna cisza.
- Poświecicie mi trochę – rzekłem szeptem – Może uda mi się po drodze odzyskać latarnię.
Skupiłem się, aby Ki dodało gibkości moim krokom. Udałem się niemalże bezszelestnie wzdłuż ściany, próbując wyszukać porzuconą przez Igo latarnię. W pewnym momencie moja noga o coś zahaczyła. Schyliłem się i w mroku znalazłem latarnię oraz jakiś przedmiot leżący obok niej. Powoli wróciłem w kierunku światła. W blasku pochodni dostrzegłem, że przedmiot który podniosłem, to pożółkła kość, prawdopodobnie jednej z ofiar. Odrzuciłem ją na ziemię. Latarnia była potłuczona, lecz dało się ją odpalić. Zaświeciliśmy ją od pochodni, a Igo przymknął metalową przysłonę, aby dawała minimalne światło. Zgodnie z planem Igo rzucił na mnie zaklęcie „pajęczego chodu”. Wspiąłem się pionowo po ścianie, a następnie stropem w kierunku delikatnie jaśniejącego punktu u wyjścia, gdzie zostawiliśmy uchylone wieko. Gdy doszedłem pod sam właz zatrzymałem się i nasłuchiwałem. Na zewnątrz, prócz rzadkiego beczenia owiec, było spokojnie. Wyszedłem na górę i ukryłem się za jednym z filarów. Po kilku minutach z otworu wyszedł Kejn, a po kolejnych kilku Dalinar, a następnie Igo. Kejn zwinął linę, a po chwili umieściliśmy właz na swoim miejscu. Ostrożnie ruszyliśmy do miejsca, gdzie schodziliśmy do doliny. Zgodnie z planem przeskoczyłem najtrudniejszy odcinek i zrzuciłem linę, a chwilę później bracia byli przy mnie.
Gdy zwijałem linę, z obozu dobiegł nas głośny dźwięk. Coś jakby głośny róg. „TRUUUUU!! TRUUUU!!”
- Tsume, ty jesteś najbardziej obeznany. Prowadź do obozowiska – powiedział Igo.
Szybkim krokiem prowadziłem ich w stronę obozu. Jak się okazało, najtrudniejsza część tej misji była dopiero przed nami…