Kronika

Kroniki V: Powrót do Białej Osady

I w końcu nastał czas spotkania. Siedem lat to okres dłuższy, niż ten, który pamiętałem z wcześniejszego życia. Radość przepełniała moje młode serce. Dobrze wymierzyłem czas i miałem jeszcze pewien zapas. Wierzyłem głęboko, że bracia też...

18.04.2026 • Prosiak • Tsume de Vries • Kroniki rodziny de Vries

I w końcu nastał czas spotkania. Siedem lat to okres dłuższy, niż ten, który pamiętałem z wcześniejszego życia. Radość przepełniała moje młode serce. Dobrze wymierzyłem czas i miałem jeszcze pewien zapas. Wierzyłem głęboko, że bracia też dotrzymają obietnicy. To nawet nie była wiara, a pewnik. Miałem przeczucie, że Kejn i Dalinar zatrzymają się w karczmie przed Mar-Margot i jako że udało mi się dotrzeć tam przed planowanym czasem, postanowiłem na nich poczekać. Był początek marca 222 roku po Zaćmieniu.

Przeczucie nie myliło mnie, kiedy piłem piwo w sali jadalnej, do karczmy weszło dwóch zbrojnych i już po chwili rozpoznałem w nich braci. Kejn podrósł jeszcze trochę i nabrał mięśni. Jego twarz, z racji tego, że był elfem, na moje oko nie zmieniła się prawie wcale. Ubrany był w brygantynę, u pasa wisiał miećz, a przez ramię miał przewieszony łuk. Znad jego ramienia, z kołczanu wystawały lotki strzał. Dalinar kroczył w ciężkiej zbroi folgowej, w dłoni dzierżył włócznię, a przez plecy miał przewieszoną tarczę. Przez te siedem lat znacznie wyciągnęło go w górę. Był na pierwszy rzut oka wyższy niż ja, a w zbroi prezentował się na solidnego, mocnego mężczyznę. Jego twarz jak zwykle pogodna, a wzrok ciekawy świata. Ja chyba zmieniłem się bardziej, bo z początku mnie nie poznali, lecz po chwili ich brwi uniosły się w zaskoczeniu i padliśmy sobie w ramiona. Staliśmy tak chwilę, patrząc na siebie, widząc przed sobą nie wystraszone dzieci, a mężczyzn.

Jako że jako jedyny nie miałem z nimi kontaktu, dowiedziałem się, że są umówieni z Igo w karczmie w Ogon Gryfa w samym Mar-Margot. Opowiedzieliśmy sobie w skrócie co się z nami działo i wyruszyliśmy na spotkanie z Igo. W drodze bracia dzielili się ze mną tym czego dowiedzieli się o świecie przez te lata. Ja, jako że siedem lat spędziłem na odludziu, chętnie słuchałem. Opowiadali o corocznej kampanii wojennej prowadzonej przez imperium Delidii, która odbywa się zawsze po żniwach. Armie kościoła ruszają na przygraniczne, niepodbite jeszcze państwa, aby szerzyć światło Delidii i wyzwalać z mroku ciemne ludy. I tak jak w to, że są żadni krwi i nowych terenów, mieściło się w moim pojmowaniu, to przez dotychczasowe obcowanie z kościołem nie bardzo dawałem wiarę w historię o wyzwalaniu z ciemnoty.

Dojechaliśmy do miasta i przejeżdżając przez Mar-Margot, miałem wrażenie, że miasto się zmieniło. Nigdy nie było tu jakoś czysto, ale z tych kilku wizyt z ojcem zapamiętałem je inaczej. Teraz dosłownie wszędzie cuchnęło, ilość żebraków aż raziła w oczy. Na każdym rogu ulicy można było spotkać kapłana Delidii, głoszącego żarliwe kazania i nawołujących do wiary w Boginię. Na rynku stało kilkanaście szubienic, na których wisiały ciała w różnym stanie rozkładu. Każdy miał tabliczkę, na której była wypisana zbrodnia jakiej się dopuścił. Ludzie zwali je potocznie kostusiami. Spojrzałem na tabliczki: bluźnierca, morderca, gwałciciel, bluźnierca, bluźnierca, bluźnierca i odwróciłem głowę z odrazą. Przechodzący ludzie zdawali się ich nie zauważać. Widocznie egzekucji było tak dużo, że ludzie zwyczajnie zobojętnieli na ten widok.

W końcu dotarliśmy do umówionej karczmy. Gospoda była obskurna, zadymiona i śmierdząca potem niemytych ciał. Lecz miała jedną zaletę - było w niej tłoczno i gwarno, więc nikt nie zwracał na nas uwagi. Lustrowaliśmy wzrokiem pomieszczenie, kiedy w ciasnym kącie dostrzegliśmy Igo. Siedział nad winem, wysoki i szczupły, w przyzwoitym mieszczańskim ubiorze. Wokół pasa zwisało mu kilka małych sakiewek. Nosił gęstą, lecz w przeciwieństwie do mnie, zadbaną brodę, która na pierwszy rzut oka dodawała mu lat. Myślę, że wyrósł na całkiem przystojnego młodzieńca.

  • Chłopaki tutaj! - Zakrzyknął i machnął w naszym kierunku dłonią.

Przecisnęliśmy się przez ciżbę i usiedliśmy w ciasnym kącie. Powitaniom nie było końca.

  • Karczmarzu! – krzyknąłem donośnie.

Po chwili zjawił się karczmarz.

  • Witajcie w mojej skromnej karczmie i czujcie się jak u siebie w domu.

  • Strawy – rzekłem - oraz czegoś do zwilżenia ust.

  • Mogę zaoferować gulasz i kaszę ze skwarkami.

  • Wyśmienicie. Weźmiemy wszystko razy cztery. A potem coś specjalnego.

  • Mogę przygotować kąsek udźca - zaproponował karczmarz.

  • Nie kąsek, a cały udziec – pouczyłem karczmarza. - I do udźca dwa dzbany piwa i dwa dzbany wina.

  • Oczywiście, oczywiście. – Przytakiwał karczmarz. - Jakieś lokalne trunki?

Nie orientując się w jakości tutejszych alkoholi, zaryzykowałem stwierdzenie:

  • Chyba do udźca nie podasz nam jakichś sików?

  • A no oczywiście, wedle życzenia, podam zatem wino pontarskie.

Nie miałem pojęcia czy będzie dobre, ale skoro zmienił je z proponowanego wcześniej, na pewno będzie lepsze. I było. Tak samo jak przez to, że siedem lat spędziłem w klasztorze i nie miałem pojęcia czy moja sakiewka udźwignie taki wydatek. Dziękuję Ci zatem mistrzu, że nie pożałowałeś mi grosza. Jak później okazało się, moja zachcianka w postaci pontarskiego wina kosztowała chyba więcej, niż cała reszta. Na szczęście starczyło monet.

Karczmarz oddalił się, a my przyglądaliśmy się sobie z ogromnymi uśmiechami na twarzy.

  • Gniewomirze, ale wyrosłeś – obejmował mnie Igo.

  • Mam do was prośbę – zwróciłem się do braci. - Nie zwracajcie się już do mnie Gniewomir, bo od pewnego czasu przybrałem imię Tsume, ale o tym opowiem na osobności.

Już po chwili podeszła do nas całkiem ładna dziewczyna, niosąc kubki i dzban z piwem.

  • Proszę to dla was – powiedziała z pokorą, wzrok cały czas wbijając w podłogę. Na jednym z odsłoniętych ramion wypalone miała niewolnicze piętno.

  • To od mojego pana dla Was, strawa będzie za niedługo. Gdybyście mieli ochotę, abym ogrzała wasze ciała, to jestem do waszych usług. - Ukłoniła się głęboko i odeszła.

Ujęliśmy kufle i wypiliśmy za nasze spotkanie.

  • Opowiadajcie, opowiadajcie – ponaglał jak zwykle podnieconym głosem Dalinar.

  • Może niech zacznie najstarszy – zaproponowałem.

  • Stęskniłem się za wami – odpowiedział Kejn.

I nim daliśmy mu dalej opowiadać, już wszyscy naraz mówiliśmy jak za sobą tęskniliśmy i oczekiwaliśmy tego spotkania. Kejnowi łamał się głos, jakby nie wiedząc od czego zacząć, a widząc to Dalinar, ze swoją wrodzoną żywiołowością, podjął opowieść.

  • Cóż, Igo co nieco wie, bo wymienialiśmy korespondencję, ale opowiem to jeszcze raz tobie Tsume. Pierwsze pięć lat spędziliśmy na ciężkim szkoleniu, aby zostać najemnikami. Karhan to miasto, gdzie jest bardzo dużo kompanii najemników, można by rzec, że z nich się utrzymuje. My trafiliśmy do kampanii Variusa. Varius kiedyś był niewolnikiem, lecz w Karhanie istnieje prawo mówiące o tym, że jeśli najemnik odsłuży dziesięć lat i na to zapracuje, może się wykupić. Jemu się to udało, co więcej założył swoją kompanię, do której trafiliśmy za poleceniem Ragna. Z biegiem czasu zaczęliśmy wykonywać dla niego zlecenia, typowy żołnierski fach. Fortuny na tym się nie dorobiliśmy.

  • Widząc wasze zbroje i ekwipunek, chyba jednak powodziło wam się całkiem dobrze. - Przerwałem mu.

Dalinar kontynuował opowieść, lecz mocno ściszył głos.

  • Mogę wam też powiedzieć, że dowiedzieliśmy się co nieco na tematy, o których opowiadał nam Ragn.

  • Dalinarze, te tematy poruszymy później, w pokoju. - Ponownie mu przerwałem.

  • A i jeszcze jedno, w Karhanie znani jesteśmy jako Kejn i Dalinar z Celebornu.

  • To tak jak ja nie jestem już znany jako Gniewomir, a właśnie Tsume.

  • Igo opowiadaj – zachęcałem najstarszego brata.

  • Cóż, moje siedem lat minęło na nauce. Dzięki pieniądzom ojca trafiłem w znakomite ręce. Przez ten czas nabyłem pewnej praktyki w posługiwaniu się magią. Oczywiście nie jestem jakimś arcymagiem, ale co nieco się tam nauczyłem. Ukończyłem szkolenie z całkiem dobrym wynikiem, poznałem ciekawych ludzi, niestety czas, podczas którego mogłem tam przebywać w ramach nauki, dobiegł końca. Te lata upewniły mnie tylko w przekonaniu, że to była dobra decyzja i że nadal chcę zgłębiać tę wiedzę.

Igo skończył swoją krótką opowieść, zatem postanowiłem opowiedzieć o moich losach.

  • Do szczegółów przejdziemy już na osobności, teraz tylko powiem wam, że Anton zabrał mnie do miejsca, które przedstawiał wisiorek, który przez tyle lat mi towarzyszył.

  • To miejsce jest tu? W Karabaku? – dopytywał Dalinar.

  • No i na tym moja opowieść się na razie kończy, wszystko co więcej będę mógł wam powiedzieć, opowiem na osobności.

Po chwili Kejn zaczął dyskusję z karczmarzem na temat dużego pokoju dla nas, niestety, jako że dużymi krokami zbliżały się pierwsze w tym roku dni targowe, karczma była pełna. Musieliśmy się zadowolić spaniem na ziemi w pokoju Igo. Po trzech tygodniach spania w górach, często pod gołym niebem, nie stanowiło to dla mnie najmniejszego problemu.

  • Jakie plany? – zapytał Dalinar.

  • Myślę – odpowiedziałem. - Że jak na razie naszym planem jest solidnie się upić, dobrze najeść i nacieszyć się swoim towarzystwem. - Ściszonym głosem dodałem. - A plany na przyszłość omówimy bez tylu uszu dookoła.

Starałem się zachować ostrożność wedle twych nauk drogi mentorze.

„Roztropnym jest ten pszczelarz, który nie drażni pszczół, zwłaszcza jeśli za chwilę chce okraść ich ul z miodu.”

Po pewnym czasie do stołu podano wino i udziec. Rozkoszowaliśmy się jedzeniem i napitkiem. Wino było naprawdę wyborne.

  • Karczmarzu! – zawołałem.

  • Tak?

  • Chciałem się rozliczyć.

  • To może rano panie, bo nie wiem czy jeszcze czegoś nie domówicie.

  • Wolałbym teraz, bo nie wiem jak wiele udźwignie mój mieszek.

  • A tak, oczywiście. To będzie 70 srebrnych ambardów.

Odliczyłem żądaną kwotę, zabraliśmy resztę udźca oraz napitków i udaliśmy się do pokoju. Nadal nie wiedziałem, czy zapłaciłem dużo czy mało. Długa droga przede mną. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że wydałem fortunę, a uświadomił mi to Dalinar.

  • Wydałeś właśnie mój tygodniowy żołd.

  • Co w tym dziwnego? – Chyba lekko podchmielonym głosem powiedział Igo. - Cztery noclegi, wyborne jedzenie i wino i leci.

Wszyscy wybuchnęliśmy gromkim śmiechem.

Rozsiedliśmy się w ciasnym pokoju i na skrzyni, jako prowizorycznym stole, rozstawiliśmy kubki oraz dzbany z piwem i winem.

  • No Tsume, opowiadaj – zachęcali mnie bracia.

Podjąłem swoją opowieść, bacznie się pilnując, bym nie zdradził braciom tego, co nie mogło trafić do uszu innych niż tylko członków naszego klasztoru.

  • Pamiętacie moją dziecinną obsesję na temat brata naszego ojca. Dobrze się stało, że drążyłem ten temat i w końcu poznaliśmy Antona. Tak jak już wspomniałem na dole, Anton zaprowadził mnie w miejsce, które utrwalone było na moim wisiorku. Anton, jak i nasz ojciec, był szlachcicem, co więcej studiował kiedyś arkana magiczne. Lecz pewne wydarzenie skłoniło go do porzucenia zarówno rodziny, jak i studiowania magii. Znalazł on pewien starożytny manuskrypt, który po latach doprowadził go do odkrycia i odkopania tablic, zwanych później Tablicami z Ramun. Anton dotarł do osób, które od lat szukały choćby wzmianki o tych tablicach. I tak dotarł do Śpiącego Zakonu i został jego sojusznikiem. Zakon ten składa się z mnichów, którzy czczą Śpiącą Boginię.

  • Śpiącą Boginię? - Zdziwił się Dalinar. - Nie kojarzę jej z panteonu.

  • Cóż Dalinarze, raczej jej tam nie znajdziesz, bo to ona stworzyła panteon – odpowiedziałem.

  • Nie ma większego Boga nad Vergena - odpowiedział Dalinar.

  • Dalinarze, nie czas teraz na teologiczne dysputy.

Nie dane mi było kontynuować, bo Igo rozpoczął inny temat.

  • Bracia, musimy zrozumieć, że przez siedem lat nasze światopoglądy się zmieniły, świat się zmienił, widziałem już ludzi zapatrzonych w bogów i nie chciałbym abyśmy się obrażali.

  • Ale kto się obraża? – zapytał Dalinar.

Też patrzyłem na niego zdziwionym wzrokiem, chyba nie myślał, że z powodu odmiennego zdania na temat Bóstw, będę bratu skakał do gardła.

Muszę Ci rzec mistrzu, że zaskoczyły mnie obawy Igo. Przy jego światłym umyśle myślałem, że domyśli się, że skoro Dalinar wiedział już od Ragna, że kiedyś wyznawanych było wiele Bóstw, i że skoro Dalinar poszedł tą drogą, to jest świadomy co religia może zrobić z człowiekiem.

Mimo, iż nie znam nazw dawnych bóstw, mogę sobie wyobrazić, że rolnik będzie wyznawcą dla przykładu Boga słońca, a nocny strażnik odpowiednio Boga księżyca. Rolnik będzie chwalił słońce za to, że mogą dojrzewać jego plony, równocześnie będzie wdzięczny strażnikowi za to, że ten zapewnia mu bezpieczny sen. Strażnik będzie wdzięczny za światło księżyca, za to że rozświetla mroki nocy i przegania to co w tych mrokach mogło by dybać na strażnika, równocześnie dziękując rolnikowi za to, że ma co kupić do jedzenia, by wyżywić swoją rodzinę. Obydwoje żyją w symbiozie, choć każdy wielbi inne Bóstwo.

  • Igo, po pierwsze to nie jestem zapatrzony w żadnego boga, a po drugie nie zamierzam się obrażać. Spieszę dalej z wyjaśnieniami. Tam dokąd zaprowadził mnie Anton, znajduje się miejsce, gdzie zostałem mnichem.

Wszyscy byli zaskoczeni i robili zdziwione miny.

  • Ty mnichem? - dziwił się Dalinar. - Myślałem, że będziesz czerpał z życia pełnymi garściami.

  • A dlaczego miałbym nie czerpać? – odpowiedziałem zdumiony, bo zupełnie nie wiedziałem o co mu chodzi.

  • Myśleliśmy, że mnisi mieszkają w jakiejś jaskini.

Zastanawiałem się skąd przyszło im to do głowy, że uczułem się siedem lat sztuki walki oraz więzi z Ki-shak po to, by potem siedzieć w jaskini.

  • Macie zatem chyba błędne zdanie o mnichach. Ale wracając do tematu – ciągnąłem niezrażony ich ignorancją. - Mnisi na podstawie starych podań, zapisków i strzępków historii, starają się odnaleźć pewien artefakt zwany Włócznią Przeznaczenia. Sądzą, że za sprawą włóczni, będą w stanie obudzić Boginię, która przywróci światu równowagę. A wracając do tego co powiedział Igo, o urażeniu czyichś religijnych uczuć, my nie jesteśmy typowymi kapłanami, nie modlimy się codziennie do Bogini, ani nie piszemy pochwalnych pieśni na jej cześć. Nie na tym to wszystko polega. Każdy mnich odnajduje swoją drogę poprzez życie, a kluczowa tu jest medytacja i to właśnie medytacja jest jedyną formą modlitwy do Bogini. Natomiast jak postrzegam świat, czy na przykład inne bóstwa, jest sprawą indywidualną każdego z mnichów. Nic nie wiem o Bogu, o którym wspomniał Dalinar. Myślę, że dowiem się, jeśli zechce nam coś o nim opowiedzieć. Dla mnie osobiście Śpiąca Bogini to tylko nazwa, coś pozwalające uczynić bardziej namacalnym pewną siłę, która scala i otacza cały świat. Tak postrzegam to ja.

  • Rozumiem, że w obecnej sytuacji nie możesz obnosić się z tym, że jesteś mnichem? - Dopytywał Kejn.

  • Absolutnie nie, stąd prośba o rozmowę na osobności. Nasz zakon jest na zakazanym indeksie kościelnym, co oznacza, że takich ludzi jak ja, kościół Delidii ściga i zabija. Ale podsumowując, celem wszystkich mnichów z mojego klasztoru jest zdobycie Włóczni Przeznaczenia lub pomocy w szukaniu informacji na jej temat. I moim celem w życiu jest to samo.

  • Ile już lat zakon szuka Włóczni? – dopytywał Igo.

  • Kilkaset. – Odpowiedziałem.

  • Czyli jest duża szansa, że za naszego życia też jej nie odnajdą – powiedział.

  • Owszem, ale dla mnie to nie ma znaczenia, bo to droga jest celem – odparłem. - I jeszcze jedno Igo. To, że nasz zakon jest na zakazanym indeksie Delidii, nie oznacza, że mnisi walczą z kościołem Delidii, czy też innym.

Z każdym kuflem piwa rozmowa stawała się coraz bardziej chaotyczna. Chłopaki zadawali pytania, równocześnie przekrzykując się, a ja już sam nie wiedziałem komu na co odpowiadać. Postanowiłem więc zakończyć temat.

  • I na koniec odpowiem wam dlaczego zmieniłem imię. To po prostu tradycja klasztoru, że po przejściu inicjacji, wybieramy sobie nowe imię. Ja wybrałem Tsume, co w języku tesijskim, a przez siedem lat miałem okazję poznać ten język w mowie i piśmie, oznacza „szpony”.

Po mojej próbie wyjaśnienia tego co robiłem przez tyle lat, do opowieści przystąpił Dalinar.

  • Pamiętacie naszą rozmowę z Ragnem, kiedy pierwszy raz pokazał nam niewolników pędzonych w Karawanie Łez? Wspominał wtedy o starej wierze, lecz sam nie miał zbyt dużej wiedzy w tej dziedzinie. Udało mi się tę wiedzę zgłębić w Karhanie. Spotkałem osoby, które bardzo dobrze znały panteon dawnych bóstw, a które teraz niestety zostały już zapomniane. Na szczęście jest więcej ludzi takich jak ja, którzy chcą wynieść dawnych bogów na piedestał i ukazać, iż Delidia to zło, a my żyjemy w ciemnych wiekach. Panteon jest szeroki, lecz teraz nie będę się o tym rozwodził, bo o tym można mówić godzinami. Ja odnalazłem jednego, który mnie zainspirował, by podążać za jego naukami. To Vergen, sprawiedliwy Bóg, który wspiera najemników, żołnierzy, po prostu ludzi, którzy żądają sprawiedliwości.

  • Przepraszam, że Ci przerwę – rzekłem. - Jeszcze kilka la temu, gdy usłyszałbym Twoje słowa o pojedynczych osobach, które chcą zmieniać świat, uznałbym to za jakieś mrzonki. Dziś Cię rozumiem i chcę Cię zapewnić, że myślę w podobnych kategoriach.

Igo kręcił z niedowierzaniem głową.

  • Jak mogliście się wpakować w taką kabałę?

  • Igo, to nie żadna kabała, ten świat istnieje od tysięcy lat i stworzyli go właśnie bogowie – odpowiedział Dalinar.

Miałem wrażenie, że Igo uważa, że ktoś nakładł nam do głowy bzdur, a my w swej naiwności podążamy ku zatraceniu.

  • Daj rękę Igo – powiedziałem.

Chwyciłem mocno jego szczupłą dłoń i przyłożyłem do blizny, która powstała na wskutek wchłonięcia ognia przez mój wisiorek.

  • Dotknij mocno i powiedz co czujesz.

  • Coś tam jest.

  • Tak, to mój medalion – odpowiedziałem.

  • Ale czego to niby dowodzi? - Nie ustępował Igo.

  • Moim zdaniem tego, że począwszy od tego, że znalazłem go w miejscu, gdzie nigdy nie powinno mnie być, poprzez to, że usłyszałem przypadkiem rozmowę rodziców o Antonie, w końcu to, że amulet uratował nam wszystkim życie podczas pożaru w klasztorze Delidii, świadczy o tym, że to po prostu było mi przeznaczone od samego początku. Gdy znalazłem się w klasztorze, skończyły się też dziwne sny.

  • Dobrze, dobrze, ja rozumiem, że na świecie są moce, których nie rozumiemy – mówił Igo. - Obawiam się jedynie, ze jesteście zbyt zaślepieni w waszych poglądach, które przez tyle lat wlewano do waszych głów, młodziutkich i niedoświadczonych niestety.

Muszę przyznać, że jego słowa sprawiły mi przez chwilę przykrość. Bo myślałem, że brat będzie wspierał nas w naszych decyzjach. Ale szybko mi przeszło, zrozumiałem, że jako mag, być może bardziej naukowo patrzy na świat. Może po prostu nie ma tam miejsca na mistycyzm.

  • Wasze poglądy są niebezpieczne i można za nie zginąć – ciągnął Igo.

  • Ale my chcemy zmieniać świat na lepsze, a życie w ogóle jest niebezpieczne – kontynuował Dalinar.

  • Życie wojownika jest tak samo niebezpieczne. Idzie na wojnę i najprawdopodobniej zostanie zabity. - odrzekł na to Igo.

  • Jeśli chcesz wieść bezpieczne życie Igo, zostań skrybą, zamknij się w domu i przepisuj zwoje.

Dyskusja szła w złym kierunku i zniecierpliwiony i rozdrażniony całą sytuacja Dalinar uciął temat.

„Ignorowanie naszej własnej niewiedzy jest źródłem wielu nieporozumień.”

Chyba podzielę się tą myślą z Igo, może się nad tym pochyli…

Jako że nie miałem ochoty słuchać już jego zrzędzenia, ani jak obraża moje i Dalinara przekonania, zapytałem jakie mają plany. Szybko ustaliliśmy, że trzeba zgodnie z planem udać się do Białej Osady, spotkać z Ragnem, a następnie dowiedzieć się co stało się z naszymi rodzicami oraz ich majątkiem.

Nasze dyskusje przerwało pukanie do drzwi. Z głupkowatym uśmiechem Kejn otworzył i powiedział – Zapraszam, zapraszam. Do pokoju weszły dwie, całkiem ładne niewolnice, niosąc tacę z winem i jedzeniem. Kiedy tylko odstawiły tacę, rozebrały się i zaczęły swoje obowiązki. My piliśmy i korzystaliśmy z ich wdzięków. Dosyć szybko zwaliłem się na ziemię - młody wiek nie szedł w parze z taką ilością alkoholu. Na szczęście, nim padłem, zdążyłem pochędożyć. To był cudowny wieczór.

Rano wstaliśmy z niewielkim bólem głowy. Dalinar zaproponował, że przed wyruszeniem do Białej Osady, chciałby spojrzeć na klasztor, w którym spędziliśmy dwa lata. Mimo obaw, że ktoś może nas rozpoznać, postanowiliśmy symbolicznie pożegnać się z tym upiornym miejscem.

Przed wyruszeniem z karczmy, Dalinar zapytał mnie, czy potrafię walczyć, jako że nie dostrzegł przy mnie broni.

  • No właśnie. Co robią mnisi, kiedy nie siedzą w jaskiniach? - Dalej szydził Igo.

  • Nie siedzimy w jaskiniach - nie chciałem się wdawać w kolejną, głupią pyskówkę.

Ale jako że:

„Zemsta smakuje najlepiej na chłodno.”

Przyjdzie czas, że i ja sobie poszydzę.

Igo nie odpuszczał i dopytywał czy wiem jak wygląda to czego szukam.

Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że nie, ale tak jak to w sumie klasztor znalazł mnie, tak, jeśli Ki-shak mnie poprowadzi, to będę wiedział czego szukam.

  • Co to jest Ki-shak? - zapytał Kejn.

  • Czy mnisie mają jakieś moce? – równocześnie zapytał Dalinar

  • Ki-shak to moc, którą obdarowuje nas Bogini. Zespajamy się z nią poprzez medytację. I odpowiadając na Twoje pytanie, tak, potrafię walczyć. Nie mam już 9 lat.

  • Chodzi mi o to, czy ktoś cię przeszkolił?

  • Oczywiście, że przeszedłem ciężkie treningi – odpowiedziałem.

  • Jaką bronią walczysz? - dopytywał Dalinar.

  • Właściwie to nie potrzebuję broni. Moją bronią jest moje ciało.

Starałem się ignorować docinki Kejna i Igo.

  • Widzę, że musicie zobaczyć na własne oczy, abyście przestali szydzić – chyba wino z poprzedniego dnia jeszcze nie wywietrzało, bo zachowywali się jak dwa pajace. - Więc skupcie się chwilę i popatrzcie na moje dłonie.

Uniosłem dłoń na wysokość twarzy i przywołałem moc Ki-shak. Moje paznokcie, w szybkiej przemianie, pogrubiły się i wydłużyły, zamieniając w szpony. Sprawnym ruchem wbiłem je w stojące nieopodal krzesło i podniosłem do góry.

  • Dlatego też nazywam się Tsume.

Bracia nie skomentowali zbytnio tego pokazu.

Dalinar dopytywał jak daję sobie radę w walce z uzbrojonym przeciwnikiem, kiedy nie noszę zbroi. Odpowiedziałem tylko, że moje ciało może być zbroją i uciąłem temat.

Straciłem chęć do rozmowy.

Przed wyruszeniem uzupełniliśmy zapasy i ruszyliśmy w drogę. Podjechaliśmy do sierocińca. Straszył z daleka swymi poszczerbionymi murami, a głowę nawiedzały złe wspomnienia. Zjechaliśmy ze szlaku i podjechaliśmy do Bezimiennego Klasztoru Sierot. Wjechaliśmy przez bramę, strażnik dłubał w nosie i po chwili wytarł energicznie swoją zdobycz o kubrak. Po placu kręciło się kilku nadzorców i sporo dzieci. Zobaczyłem w tych dzieciach siebie. I zastanawiałem się jaki los je spotka. Czy wstąpią do Pierwszych Korpusów, czy może skończą w tunelach jako kupka szmat i gnijącego mięsa? Tak czy siak jeszcze o tym nie wiedziały, ale czekało ich kilka lat pracy za marny kawałek chleba, a później śmierć czy to na froncie, czy też w gnijącej dziurze.

Podszedł do nas jeden z dozorców i zagaił:

  • Witajcie panowie, witajcie w klasztorze sierot. W czym mogę pomóc?

  • Chciałbym zakupić zioła i chcę się dowiedzieć czy takie posiadacie i w jakich cenach – kłamał gładko Igo.

  • Oczywiście, większość popularnych ziół mamy cały rok – odpowiedział dozorca.

  • Potrzebuję rumianku, nagietku i pokrzywy.

  • Oczywiście posiadamy te zioła w cenie jeden srebrny ambard za pęczek. Przynieść?

  • Nie, nie. Chcemy się tylko zorientować, bo planuję większe zakupy – łgał Igo.

  • A powiedzcie mi panie, jak nazywa się wasz przeor? - zagaił Dalinar.

  • Kalines – odpowiedział mężczyzna.

  • Ja jestem tu nowy, ale przeor nadzoruje klasztor gdzieś tak od 5 lat.

  • Umówić panów na audiencję?

  • Nie, nie. Myślałem, że sprawuje tu władze kto inny, widać się pomyliłem – odparł Dalinar.

  • Nasz klasztor oferuje też świetne koce, buty i kubraki...

Kiedy oni prowadzili rozmowę, rozglądałem się po okolicy. Budynek, który spłonął podczas naszej ucieczki, był nieudolnie odbudowany, a na murach pojawiły się małe drzewka. Dzieciaki wydawały się jeszcze bardziej wychudzone niż za czasów naszego pobytu. Chyba wydarzenia ostatnich lat niekorzystnie wpłynęły na już i tak zaniedbane wcześniej miejsce.

  • Nie, nie, dziękujemy, interesują nas tylko zioła. Bywaj.

Kiedy byliśmy już daleko za bramą, Dalinar odezwał się ponurym głosem:

  • Pamiętacie to pomieszczenie na dole? Musimy coś z tym zrobić – w jego głosie brzmiała determinacja. - Powiem wam, że z chęcią spaliłbym to wszystko i zrównał z ziemią.

  • Z jednej strony tkwi ciągle zadra w mym sercu, ale co z tymi dzieciakami? – dopytywał Igo.

  • Jak co z dzieciakami, przecież one wszystkie tam idą na rzeź.

  • Nie wszystkie, część pozostaje i służy w klasztorze – bronił swojej opinii Igo.

  • Jak nie wszystkie! – pomstował Dalinar - Jedne idą do armii Delidii, a inne trafiają do trupiarni.

  • Po prostu nie chcę spalić dzieci – ciągnął Igo.

  • Ale nikt nie mówił o spaleniu dzieci – odpowiedzieliśmy prawie równocześnie.

  • Mówię o zniszczeniu tego miejsca – kontynuował Dalinar.

  • Żeby dowiedzieć się o tym co tu się dzieje, musimy pobyć trochę w mieście i złapać jakieś kontakty – ciągnął Igo. W Białej Osadzie się niczego nie dowiemy, ani o klasztorze, ani o majątku rodziców.

  • Ja mówię o dłuższej perspektywie, a nie o tygodniu, czy dwóch. Mówię o planach na przyszłość – sprostował Dalinar. - Vergen naucza, aby dążyć do sprawiedliwości, a w moich oczach sprawiedliwość wymaga, aby zrównać to miejsce z ziemią i zabić tych kapłanów za czyny, których się dopuszczali.

  • No bez przesady – prawie zakrzyknął Igo. - Były osoby, które nam tam pomagały i to nie znaczy, że mamy je wszystkie spalić.

Powoli zaczynałem martwić się o Igo, tak jak wczorajsze przytyki położyłem na karb alkoholu, to dzisiejsze twierdzenie, że ktoś nam tu pomagał, zakrawało na jakąś kpinę. Może nieustanna nauka skomplikowanych arkanów magicznych pomieszała mu w głowie. Lub jego młody umysł wypierał tak jak ja kiedyś pewne rzeczy.

  • Nie przypominam sobie, żeby ktoś nam tu pomagał – warczał Dalinar.

  • I dlatego chcesz palić ludzi?

  • Igo, posłuchaj raz dokładnie co on mówi – wtrącił się Kejn. Widać, mimo że wczoraj razem urządzali sobie podśmiechujki, dziś Igo irytował i Kejna. - Chce spalić budynki, nie ludzi.

  • Igo słyszy to co chce słyszeć – wściekał się Dalinar. - Oczywiście, że te dzieci są niewinne i powinny zostać najpierw wyprowadzone, aby...

Igo nie dał mu dokończyć zdania i szyderczo mówił:

  • Tak, tak, a na świecie nie powinno być głodu, wojen i wszyscy powinni być bogaci tak? To co wy mówicie, jest zwyczajnie naiwne.

  • Naiwne to jest to, że liczysz na to, że poznasz moc wszystkich czarów zanim skonasz, a i tak się tego uczysz – odparowałem zdenerwowany.

  • Nie chcę się z wami kłócić, ale mam wrażenie, że ktoś nakładł wam jakichś bzdur do głowy i nie macie do tego żadnego krytycznego podejścia. - skwitował Igo.

Po raz kolejny odniosłem wrażenie, że idea służbie jakiemuś wyższemu bytowi przekraczała pojęcie Igo. Być może złe doświadczenia z kościołem Delidii wywarły na nim takie piętno, że nie umiał zaakceptować wyboru braci, by służyć jakiejś większej idei i to nie z powodu frazesów natłuczonych do głowy, a z potrzeby serca. Dalinar od dawna szukał wiedzy o starych Bogach, a mną od początku życia, mimo że drogą krętą i smutną, do Bogini prowadziło Ki-shak. Mam nadzieję, że kiedyś Igo przejrzy na oczy wszak

„można widzieć, a być ślepym.”

  • Dlaczego używasz liczby mnogiej. Czy ja powiedziałem, że chcę spalić jakichś kapłanów, pomijając fakt, że nikt tak nie powiedział? - zapytałem. - Nie. Powiedziałem, że jeśli jest to dla niego ważne, to jestem gotowy mu pomóc. Bo w dupie mam tych kapłanów, ale nie mam w dupie brata.

  • Myślałem Igo, że będziesz chciał mi pomóc – żalił się Dalinar.

  • Zawsze wam pomogę, ale w jakichś sensownych działaniach – bronił się Igo.

  • Igo, jestem wstanie zrozumieć chęć jego zemsty i właśnie po to, żeby to wykonał bezpieczniej, to mu pomogę. Ani nie mam w tym interesu, ani nie czuję takiej wewnętrznej potrzeby, ani nie jestem ogarnięty chęcią zabijania, ale jeśli to dla niego ważne, to mu pomogę. - Rzekłem.

  • Ja też uważam, że ktoś kto jest odpowiedzialny za zabicie tych dzieci, powinien ponieść karę i to by było sprawiedliwe – ciągnął Igo. - Ale spalenie tego budynku tego nie gwarantuje!

Kłótnia przedłużała się, każdy zostawał przy swojej racji. Dyskusję przerwał nadjeżdżający z tyłu wóz.

  • Witajcie wędrowcy. Widzę, że zmierzacie na zachód. - Zagadnął woźnica.

  • A dokąd to zmierzasz ze swoim dobytkiem? – zapytał Kejn.

  • Do osady Nori – widząc naszą konsternację, dodał - To dwa dni drogi stąd.

Z tyłu wozu siedziało dwóch osiłków w skórzanych zbrojach i z pałkami przy boku.

  • Wy pewnie do Białej Osady zmierzacie?

  • Jedziemy w tym kierunku co Ty – wymijająco odpowiedział Kejn.

  • To może razem pojedziemy? Czym dalej od miast, tym drogi niebezpieczniejsze. Ponoć coraz częściej zbójcy tu grasują.

  • Zbójcy grasują wszędzie – odparł Kejn.

  • To faktycznie dobry pomysł, by ruszyć razem.

Woźnica zwrócił się do mnie - Jak chcesz panie, możesz zasiąść na wozie. Wygodniej będzie niż we dwóch na koniu.

Chętnie skorzystałem z zaproszenia.

Droga minęła mijała nam szybko, a kupiec chętnie opowiadał o sobie. Był stolarzem i żył ze sprzedaży swoich wyrobów. Zapytał nas, czy aby przypadkiem nie chcieliśmy w Mag-Margot nabyć licencji. Kiedy zorientował się, że nie wiemy o czym mówi, wytłumaczył, że krążą pogłoski, że władze chcą ukończyć Czarną Świątynie w tym roku, a brakuje rąk do pracy i chętnie wydawane są licencje na odłów niewolników. Ponoć w przyszłym roku miasto ma odwiedzić namiestnik Ambardu, Najwyższy Kapłan Delidii Rankor i wszystko musi być gotowe. Kolejne dwa dni podróżowaliśmy razem, aż nastał czas rozstania. Pożegnaliśmy się i każdy ruszył w swoją stronę.

Nasza podróż trwała jeszcze kilka dni, kiedy to naszym oczom ukazała się Biała Osada. Wcześniej o tym nie wspominałem, ale granicę wioski stanowił ogromny dąb, zwany przez mieszkańców Dębem Powitalnym. Widniała na nim tablica „Witamy w Białej Osadzie”. Tym razem przywitała nas nie tylko tablica, ale ogromny smród i dwa trupy, wiszące na rzeczonym dębie, z przytroczonymi drewnianymi tabliczkami zwanymi „kostusiami”. „Bluźnił”, „kradł” - informowały tabliczki na wisielcach. Ciała musiały już wisieć sporo czasu, a kruki, które gęsto obsiadły ciała, wykonały już sporo pracy. Krakały na nas złowieszczo, jakby chciały odstraszyć nas od swojego stołu.

Igo zaproponował, żeby nie jechać od razu do Ragna, tylko zatrzymać się w gospodzie jako zwykli podróżnicy. Zgodziliśmy się, że będzie to rozsądne, bo coś tu było nie tak. Przez dwa lata naszego pobytu w osadzie, nikogo tu nie powieszono. Kiedy zbliżyliśmy się do wioski, dostrzegliśmy, że osada została rozbudowana. Lecz nowe domy nie pasowały do tych, które znaliśmy z naszego pobytu. Były to na byle jak sklecone rudery. Podjechaliśmy do karczmy, uwiązaliśmy konie i raźno wkroczyliśmy do środka. Ian stał za barem, czas go nie oszczędził i postarzał się mocno. Wytężył wzrok i zaprosił do stołu. Po chwili podszedł, a my poprosiliśmy o jadło i napitek. Ian, jak miał w zwyczaju, przyglądał się nam chwilę bacznie i poszedł po piwo. Po chwili wrócił z piwem, wielką miską kaszy okraszonej skwarkami oraz pajdami chleba i miską smalcu. „Smacznego, mości panowie” - powiedział i odszedł do swoich zajęć. Po pewnym czasie Ian podszedł do nas i zapytał czy czegoś jeszcze nam trzeba. Przyglądał się na przez chwilę i zapytał:

  • To Ty Dalinarze?

  • Tak, ja. Nie poznałeś mnie?

  • A gdzie reszta ? - spytał karczmarz.

  • Przy stole – nie poznajesz nas?

  • Igo? Kejn? Gniewomir?

  • Tak, to my.

  • Jestem zaskoczony. Co was tu sprowadza? Ile to już lat minęło? Pięć?

  • Siedem – odpowiedział Dalinar.

  • Ale ten czas leci. Co was tu sprowadza?

  • Przejeżdżaliśmy niedaleko i postanowiliśmy zobaczyć co tu u was słychać.

  • Cóż to za powitanie przyszykowaliście dla przybyłych? - dopytywał Kejn.

  • Aa to widzieliście...

  • Trudno nie zauważyć.

Ian przysiadł się do nas i westchnął.

  • Troszkę się tu pozmieniało, od czasu, kiedy stąd wyjechaliście. Osada się rozbudowała.

  • A Ragn jest dalej sołtysem? - zagaił Kejn.

  • Nie, Ragna nie ma. Nowy sołtys nazywa się Ranfeld. Jest zarządcą z ramienia barona Friedricha von Baumanna. Dwa lata temu powiedziano nam, że baron objął te tereny we władanie, w tym Białą Osadę. Dostał te ziemie w lenno od władz kościelnych.

  • Ale przecież te ziemie należały do Ragna.

  • Ano należały. Ale kościół jest jedynym właścicielem wszystkich ziem i podarował te ziemie baronowi, który ma siedzibę parę dni drogi stąd. To bohater wojenny.

  • Co z Ragnem? – dopytywał złym głosem Kejn.

  • Wiecie, Ragnowi to od samego początku się nie podobało, bo to były jego ziemie. Ale baron wspaniałomyślnie zostawił go na swoim stanowisku. Ale teraz Ragna już nie ma.

  • Co się z nim stało? - dopytywaliśmy.

  • Nie chcę o tym rozmawiać.

  • Był naszym opiekunem, chyba możesz coś powiedzieć między nami po starej znajomości – zachęcał Igo.

Ian bardzo ściszył głos i wykrztusił z siebie:

  • Przyjechali jacyś ludzie i zabrali go. Kilka miesięcy temu przyjechali w nocy i go zabrali, było ich może ze dwudziestu. Wyszliśmy z Normanem przed karczmę, wyciągnęli go związanego jak świniaka i odjechali.

  • A mieli jakieś symbole? - pytał Kejn.

  • W którą stronę go wywieźli? - dopytywał Igo.

  • No na wschód, a w którą stronę mieli go wywieźć?

  • A Graham dalej na farmie mieszka?

  • A Graham tak. Wprawdzie siadają mu kolana, ale tak teraz jego syn Iktorn tam zarządza.

  • A jak tam nowy sołtys? – dopytywał Igo.

  • Ragna wywieźli, a ty się dopytujesz o nowego sołtysa – zapytał z niedowierzaniem Kejn.

  • A no nie ma źle, wprawdzie wprowadza nowe porządki, ale cóż rzec, przybył może z dwa tygodnie temu.

  • I co wywieźli wam sołtysa i nikt się tym nie interesuje?

  • Nie no, posłaliśmy pismo do barona i jaśnie pan zajmuje się sprawą. Przyjechali z nowym nowym sołtysem żołdacy barona, ale co tu mieli znaleźć? Dwóch z nim zostało do pilnowania porządku, reszta odjechała.

  • A co z tą dwójką na drzewie? - Dopytywał Dalinar.

  • A to już inna historia. Do wsi zajechało kilku rycerzy, wiecie, z Walczącego Zakonu Świętego Jeremiego. Zatrzymali się u mnie w gospodzie. Przywieźli ze sobą dwóch więźniów, ciągnęli ich na powrozach za końmi. A później całą wieś wezwali na świadków, sąd zrobili, powiesili tych dwóch i zakazali ściągać przez 30 dni.

  • Dostaniemy pokój karczmarzu? – zapytałem.

  • Oczywiście, dla was zawsze. Jedzcie na mój koszt. A gdzie się wybieracie? – dopytywał jak zwykle ciekawski Ian.

  • Przede wszystkim chcieliśmy spotkać się z Ragnem. Myśleliśmy, że powspominamy stare czasy.

  • A jak tam w Karhanie? Bo Ragn wspominał, że wysłał was na szkolenie.

  • Tak. Spędziliśmy tam kilka lat w pewnej kompanii najemników, ale teraz wyruszyliśmy podbijać świat na własną rękę. – odpowiedział w swoim stylu Dalinar.

  • Ku chwale Delidii – powiedział Ian, gdy odchodził.

  • Ku chwale - odpowiedzieliśmy odruchowo.

  • Trzeba udać się do Markusa, do jego kuźni – zaproponował Igo.

Kończyliśmy posiłek, dyskutując o najbliższych działaniach. Nim wyszliśmy z gospody, podszedł no nas karczmarz i wręczył nam klucz do pokoju ze słowami:

  • Zostańcie moimi gośćmi jak długo chcecie.

Wyszliśmy z gospody i ruszyliśmy w kierunku kuźni. Mężczyzna, który tam pracował, to zdecydowanie nie był Markus, chyba że przez ostatnie siedem lat urósł o ponad pół metra. Na spotkanie wyszedł nam starszy, dobrze zbudowany mężczyzna. I zapytał w czym może pomóc.

  • Witajcie kowalu, szukamy krasnoluda Markusa.

  • A ja tu nowy jestem, stary kowal opuścił wioskę jakieś trzy miesiące temu i mości baron zatrudnił mnie na jego miejsce.

  • A nie wiecie, gdzie udał się poprzedni kowal? Do Mar-Margot, czy może gdzieś dalej? - pytał Dalinar.

  • A to ja nie wiem. Baron kazali tu przyjechać, to przyjechałem, a starego kowala już tu nie było.

Udaliśmy się w kierunku ochronki, aby spotkać się z siostrami, które nas wychowywały, ale na naszej drodze czekał człowiek, którego oblicza nie kojarzyliśmy.

  • Dobry dzień, dobry dzień – przywitał nastając.

  • Dobry dzień – odpowiedzieliśmy i minęliśmy go zmierzając do celu.

  • Poczekajcie mili panowie – zawołał za nami. - Nie znam was.

  • My ciebie też nie znamy - odpowiedzieliśmy chórem i niezrażeni ruszyliśmy dalej.

  • Sołtysem jestem tutaj, a wy kim jesteście?

Obróciliśmy się w jego kierunku i przystanęliśmy.

  • Podróżnymi.

  • Widziałem przez okno, że się tu kręcicie, to wyszedłem zapytać czy wam czego nie trzeba.

  • Od kiedy to sołtys oprowadza podróżnych? – zapytał Kejn.

  • A no taki mamy tu obyczaj.

  • Niczego nam nie trzeba – podziękował Igo.

  • Bywaj zatem - powiedział Kejn.

Sołtys, niezrażony, kontynuował dalej. Jego wścibstwo w obecnej sytuacji, która spotkała Ragna, zaczęło mi działać na nerwy.

  • Co was tu sprowadza? Jesteśmy małą miejscowością i wszyscy się tu znamy.

  • Nocleg – odpowiedziałem z kwaśną miną.

  • A to w gospodzie musicie pytać.

  • Już byliśmy, a że w tej dziurze nie ma nic innego do roboty, to po prostu spacerujemy.

  • A no tak, no tak. Jakbyście czegoś potrzebowali, było by wam co potrzebne, to zachodźcie. Widzicie ten biały dom? – wskazał ręką na dom Ragna - Tam mnie znajdziecie.

Po tym niewinnym w jego rozumowaniu geście, kończyła mi się cierpliwość i postanowiłem postarać się, aby przestał się nami interesować. Może jak zobaczy w nas zwykłych prostych żołdaków odpuści.

  • Pomoc w czymkolwiek powiadasz? – zagaiłem.

  • A no postaram się...

  • Dziwki macie? – nie dałem mu jednak dokończyć zdania.

Jego oczy aż się rozszerzyły z niedowierzania.

  • Ale czemu mnie o to pytacie? Ja jestem sołtysem.

  • No pytam, bo potem nie będzie mi się chciało chodzić do Twego domu. No to krótko, dziwki macie, czy nie macie?

  • Nie, nie - Odpowiedział widocznie zniesmaczony.

  • W ogóle? - Dopytywałem.

  • Ja tam nie wiem, ja tu się takimi rzeczami nie zajmuję – bronił się sołtys.

  • Jesteś sołtysem i nie wiesz czy w wiosce są dziwki? - pytałem z udawanym zdziwieniem.

  • Panowie, zmieńmy temat, ja tu tylko z ramienia barona...

  • Baron zabrania dziwek? – ponownie nie dałem mu skończyć

  • Jak potrzebujecie dziewki... – zająknął się.

Moją grę przerwał Kejn.

  • A dawno jesteście tu sołtysem?

  • Nie, nie dawno.

  • Bo w karczmie się o was dobrze mówi... - Nęcił Kejn.

Sołtys wyraźnie poczuł się dowartościowany.

  • A tak, Ian to pobożny człowiek.

  • Yo ile jesteście tym sołtysem? Bo Ian zachwala, że i ruch większy w wiosce i że sama wioska się rozrasta.

  • A będzie już ze dwa tygodnie – odpowiedział sołtys.

  • Dwa tygodnie. To już rozumiem dlaczego nie macie dziwek, ale i na dziwki przyjdzie czas. Wiadomo, że tam, gdzie karczma, musi być dupczenie – ciągnąłem.

Tego już sołtys nie wytrzymał.

  • Tak, tak, no ja już was zostawię. Muszę udać się do swoich obowiązków.

Ruszyliśmy w końcu do ochronki. Wiele się tu nie zmieniło. Weszliśmy do sali, w której pobierało nauki pięcioro dzieciaków. Celsesta podniosła głowę znad książki i odprawiła nas ruchem dłoni. Znając jej zwyczaje wiedzieliśmy, że musimy poczekać, aż skończy nauczanie. Czekaliśmy cierpliwie i w końcu do nas wyszła.

  • No, no, no, kogo ja tu widzę. Moje chłopaki! Co was tutaj sprowadza?

Przywitaliśmy ją.

  • Sentyment.

  • Nie spodziewałam się, że kiedyś nas odwiedzicie.

  • A my nie spodziewaliśmy się, że zastaniemy taką sytuację.

  • Wiecie – jej oblicze pobladło.

  • Dowiedzieliśmy się trochę od Iana, ale bez większych szczegółów – powiedział Dalinar.

  • Przyjdźcie wieczorem, ja skończę zajęcia z dzieciakami, posprzątam trochę, napijemy się wina i porozmawiamy.

Nawiedził mnie jakiś niepokój, a nauczyłeś mnie mistrzu, żeby ufać swoim przeczuciom. Nie wiem nawet dokładnie, czy było to przeczucie, czy raczej wpływ ostatnich wydarzeń w tym miejscu. Ale wiedziałem, że potrzebujemy informacji, a osób, którym mogliśmy ufać, było jak na lekarstwo. Wprawdzie uważałem, że nowy sołtys raczej jest pionkiem w tej grze, ale

„Lepiej dmuchać na zimne.”

Z jakichś przyczyn odszedł też Markus i obawiałem się o bezpieczeństwo naszej dawnej nauczycielki.

  • Mam złe przeczucia, posiedzę sobie na ławeczce do zmroku i tu się razem spotkamy – oznajmiłem.

Moim bracia poszli do karczmy, a ja zanurzony w rozmyślaniach o tym co tu się wydarzyło, oczekiwałem zmierzchu. I tylko dwie myśli zaprzątały mój umysł. Albo kościół dowiedział się o tym, że Ragn był członkiem Zakonu Atolla (do tego pasowała by też ucieczka Markusa) albo, tak jak obiecał, interesował się naszym majątkiem i nadepnął komuś nieodpowiedniemu na odcisk. Niestety moje rozmyślania nie mogły przynieść rozwiązania tej sytuacji.

O zmierzchu z karczmy przyszła cała trójka i weszliśmy do ochronki. Celesta ugościła nas winem.

  • Nic się nie zmieniłaś Celesto, widać, że czas Ci służy - komplementował ją Dalinar.

I nie był to naciągany komplement. Chyba wszyscy żywiliśmy do tej kobiety ciepłe uczucia. To jedyna już, po naszej matce, kobieta, która, mimo że obca, potrafiła obdarzyć szczerym uczuciem wszystkie dzieci, które trafiały pod jej dach. To wręcz nieprawdopodobne, jak jej sierociniec różnił się od tego, z którego uciekliśmy.

  • Jesteście nazbyt uprzejmi – powiedziała z naturalną skromnością i głośno westchnęła.

  • A gdzie Eugenia? - Zapytaliśmy o jej siostrę, która pomagała w wychowaniu.

  • Niestety zmarła parę lat temu. Suchoty – powiedziała smutno i minęło trochę czasu, gdy znów się odezwała.

  • Nie wiem czy jest rozsądne, abyście tu zostawali – ciągnęła z obawą w głosie. - Vernir mocno wierzył, że przybędziecie.

  • I tak też się stało – odpowiedział Kejn. - Lecz nie spodziewaliśmy się zastać takiego stanu rzeczy. Witają nas trupy na powitalnym drzewie. Vernir uprowadzony, a Markusa nie ma, opowiadaj co się dzieje.

  • Zacznę od początku – powiedziała Celesta zmęczonym głosem. - Dwa lata temu baron dostał te ziemie w lenno od Kościoła – potwierdzała opowieść Jana. - Podłamało to Vernira, bo był to kolejny cios po tym jak parę lat wcześniej zmarła jego żona. Ostatnimi czasy Vernir był bardzo podniecony waszym przybyciem, nie umiał się go doczekać. Myślałam, że do tego nie dojdzie, a wy faktycznie zjawiliście się. W ostatnim czasie udawał się często do Mar-Margot. Uparł się, że rozwiąże zagadkę śmierci Roberta. Nie wtajemniczał mnie w szczegóły, ale bywało, że spędzał tam tydzień, a czasem nawet dwa. Jakieś trzy miesiące temu wyruszył do miasta po raz ostatni. Mówił, że chyba w końcu coś ma i musi spotkać się z niejakim Kościejem. Było to po rozmowie, którą przeprowadził w tutejszej gospodzie, z jakimś nieznajomym. Niestety nie podzielił się ze mną kim byli zarówno rozmówca jak i Kościej. Wrócił z miasta po może dwóch tygodniach, był w podłym nastroju. Był też ranny. Powiedział mi – zamyśliła się na chwilę - To trudne...

  • Dwa dni potem - zmieniła wątek - Markus wyjechał bez pożegnania. Zaskoczyło mnie to, lecz Vernir nie chciał o tym ze mną rozmawiać.

Nie wiem czy smutek w jej głosie, czy to, że w pewnym momencie nie dokończyła zdania o tym co rzekł jej Vernir, uświadomiło mi, że po śmierci żony Ragna, musieli się do siebie znacznie zbliżyć.

  • Słuch po Markusie zaginął. W następną noc zbudził mnie hałas. Tętent kopyt, pokrzykiwania. Do wsi zajechało kilkunastu zbrojnych jeźdźców. Otoczyli Biały Dom i po chwili wywlekli go na zewnątrz. Z gospody wybiegł Ian i Norman, ale tak szybko jak wyszli, wycofali się do gospody. Nie dziwię im się, nie mogli nic poradzić przeciw takiej bandzie. Ze strachem oglądałam te sceny przez okno. Spętali go, przerzucili przez konia i odjechali w kierunku Mar-Margot. Już więcej go nie widziałam – powiedziała z bólem w głosie.

  • Mieli jakieś symbole? - zapytał Dalinar.

  • Było ciemno, ale raczej nie. Bardziej wyglądali na zbirów, niż najemników spod jednego sztandaru, czy tym bardziej wojsko. Pomóżcie mu – powiedziała łamiącym się głosem, a oczy zaszkliły się jej.

Nie miałem już wątpliwości. Celesta kochała Vernira.

  • Musicie go odnaleźć.

  • A może Graham coś wiedział? – dopytywaliśmy.

  • Rozmawiałam z Grahamem. Był zaskoczony wydarzeniami, a o wyprawach Vernira nie wiedział nic. Tak samo zaskoczyła go wiadomość o wyjeździe Markusa.

Dopytywaliśmy o Kościeja, tajemniczego rozmówcę w karczmie, o raz jeszcze o wydarzenia z tej sądnej nocy, której zniknął Ragn. Niestety Celesta nie potrafiła nam powiedzieć nic nowego. Przytłaczało mnie to, że kolejna osoba, która była nam bliska i chciała nam pomóc, ma poważne problemy i z dużą dozą prawdopodobieństwa, może być martwa. Moja droga usiana jest najwyższym poświęceniem tych, których uda mi się pokochać. Mimo, że trudno to zaakceptować, wierzę, że ich poświęcenie ma jakiś głębszy cel.

Celesta potwierdziła też słowa Iana, że nowy sołtys, Ranfeld, przybył dwa tygodnie temu, wraz z dwoma ochroniarzami i zamieszkał w Białym Domu. Niestety nie wiedział nic o tym jak ma się postępowanie, które rzekomo prowadzi baron w sprawie porwania Vernira.

  • Co stało się z rzeczami Ragna? - Dopytywaliśmy zawzięcie. - Może miał jakieś notatki, coś co mogło by nam pomóc?

  • Cóż, wszystko co było w Białym Domu, przeszło na własność nowego sołtysa wraz z posiadłością – ze smutkiem w głosie odpowiadała Celesta. Lecz teraz, jeśli się tak zastanowię, to być może jest coś co mogło by wam pomóc. Vernir prowadził jakiś dziennik. Wielokrotnie przyłapałam go na tym, gdy coś w nim zapisywał, lecz zawsze, gdy się zjawiałam, kończył pisanie i odkładał go. Nigdy nie zapisywał nic w mojej obecności.

Widać było, że wszystkim zależy na rozwiązaniu tej sprawy. Nie trzeba było czekać długo na pierwsze decyzje.

  • Kejnie, może byłbyś wstanie zakraść się do domu i poszukać tego dziennika? - zapytał wprost Dalinar.

  • Byłbym i nawet już o tym pomyślałem, tylko musimy to dobrze zaplanować.

  • Musimy być ostrożni, jesteśmy zapewne bacznie obserwowani – rzekł Igo.

  • Może umówmy się z sołtysem w trójkę w karczmie, a Ke… - Dalinar nie dokończył, bo Igo w tym momencie wtrącił „I spalmy go.” – ukazując co myśli o potencjalnych planach Dalinara.

  • Co ty masz z tym paleniem Igo. – warknął Dalinar, a my pomimo powagi sytuacji parsknęliśmy śmiechem.

Celesta patrzyła na nas zaskoczona. Lecz szybko opanowaliśmy się i wróciliśmy do obmyślania planu.

  • Kejn w tym czasie – kontynuował Dalinar - mógłby przetrząsnąć Biały Dom.

  • Jeśli to coś może pomóc, to była to czarna książeczka. – wtrąciła Celesta - Zwykle zapiski prowadził na dole, na stole przy kominku.

  • Myślę, że koniecznie musimy go zdobyć. Może to da nam jakiś trop – stwierdził Dalinar.

Wróciliśmy do karczmy, gdzie Ian zaproponował nam strawę, lecz nikt z nas nie miał apetytu. W pokoju Dalinar dopytywał, czy mamy jakiś pomysł, jak zająć czymś sołtysa, by Kejn mógł zrobić swoje.

  • Może powinniśmy zapytać Celesty, czy nowy sołtys objeżdża swoje włości – powiedziałem.

  • Ragn często wyjeżdżał – pociągnął temat Dalinar - może nowy sołtys też ma to w nawyku.

Tego wieczoru nie siedzieliśmy długo. Postanowiliśmy, że rano zasięgniemy języka u Celesty i wybierzemy się do Grahama. Dowiedzieliśmy się od niej, że Ranfeld wyjeżdża znacznie częściej niż Ragn. To typowy urzędnik, który wszystko musi skontrolować. Zbiera się zazwyczaj rano i wraca na wieczór, choć zdarzały się dni, kiedy wracał nazajutrz. Dowiedzieliśmy się też, że zazwyczaj podróżuje sam, a jego ludzie pilnują porządku w wiosce. Ku naszej uldze nie mieszkali w Białym Domu, tylko w zaadoptowanym na areszt budynku. Zadecydowaliśmy, że Kejn będzie prowadził obserwację z domu Celesty, skąd miał znakomity widok na Biały Dom, a my udamy się do Grahama.

Graham rozpoznał nas od razu. Szedł o kulach, utykając mocno na jedną nogę. Po krótkim powitaniu zasypaliśmy go pytaniami. O wydarzenia z wioski, Vernira i Markusa.

  • Tak naprawdę nic nie wiem, nie wiedziałem nawet o tym, że Vernir jeździł do Mar-Margot. Podejrzewam, że Markus wyjechał po skonsultowaniu tego z Vernirem. Ja sam dowiedziałem się o wszystkim dopiero dwa dni po tym jak go zabrali. Oczywiście z synami przeczesywaliśmy teren oraz odwiedziliśmy miejsca, gdzie czasem się spotykaliśmy. Leśniczówkę i zrujnowany tartak. Niestety nie natknęliśmy się ani na Vernira, ani na Markusa.

  • Myślisz, że to może mieć coś wspólnego z Zakonem Atolla? – dopytywaliśmy.

  • Wątpię, gdyby tak było, ja i moja rodzina już byśmy nie żyli.

  • A kojarzysz kogoś o przezwisku Kościej? – zapytałem.

Graham zamyślił się i szukał czegoś w swojej pamięci.

  • Nie wiem czy to nie był przypadkiem towarzysz broni Vernira, kiedy ten jeszcze wojował na Zachodzie.

  • Mówił coś o nim może albo go opisywał? - dopytywałem - To prawdopodobnie ostatnia osoba, z którą się widział.

  • Kojarzę go tylko z opowieści, które czasem snuliśmy przy gorzałce, niestety nic więcej nie wiem. Myślę, że Markus wiedziałby więcej, był bliższym przyjacielem Vernira niż ja. Niestety nie mam pojęcia, gdzie mógłby się udać. Gdybyście potrzebowali kogoś do pomocy, no wiecie do bitki albo żeby kogoś poobserwować, to dajcie znać, chętnie pomożemy.

  • Nie mam żadnego punktu zaczepienia na ten moment - ponuro powiedział Igo.

Wspólnie ustaliliśmy, że możemy wykluczyć barona von Baumanna oraz Kościół Delidii. Baron zwyczajnie mógł usunąć go z urzędu, gdyby tylko chciał, a Kościół Delidii torturował by go tak długo, aż ten wydałby wszystkich. Zatem pozostała sprawa naszego majątku. Zawiedzeni, że nie posunęliśmy się w swych poszukiwaniach do przodu, wróciliśmy do karczmy.

Zmierzchało już, a Kejna nie było. Zamówiliśmy jedzenie i napitek, a Ian zagadywał.

  • Gdzie to jeździliście chłopaki?

  • A byliśmy odwiedzić stare kąty i krzaki – mówił Igo - Bawiliśmy się tu często w chowanego.

  • No tak, wspomnienia wracają – powiedział Ian - Poznaliście już sołtysa?

  • Poznaliśmy – odpowiedział Igo.

  • Gdzie Kejn? – dopytywał Ian?

  • Nie ma go w pokoju? – zapytałem zdziwionym głosem.

  • Nie widziałem, żeby wracał do karczmy, ale może byłem na zapleczu.

  • Pewnie już śpi – odparł Igo - Ostatnio coś źle się czuł.

  • No nic, ja wam życzę dobrej nocy. Czas zamknąć gospodę.

  • Dobrej nocy i tobie - odpowiedzieliśmy i udaliśmy się do pokoju.

W pokoju na piętrze zaniepokojony Igo wyraził swoją obawę, czy aby Kejn nie wpadł w jakąś pułapkę. Uspokoił go Dalinar, mówiąc, że Kejn wie co robi. Po jakimś czasie ktoś zapukał do drzwi.

  • To ja Kejn.

Otworzyliśmy mu i czekaliśmy na relację.

  • No i jak? - Dopytywał zniecierpliwiony Dalinar.

  • No słabo, bo w trakcie mojego przeszukiwania przyjechał do domu.

  • Przyjechał i co?

  • No i nie zdążyłem obszukać parteru, a na piętrze nie znalazłem kompletnie nic. Oprócz tego. – rzucił na stół sakiewkę. - Przyda nam się. - stwierdził.

  • Nie uważasz, że to ryzykowne i może się zorientować, że zniknęła mu sakiewka? - dopytywałem.

  • Co mnie to obchodzi.

„Jeśli tak ma wyglądać niezostawianie za sobą śladów, to nie wróżę nam świetlanej przyszłości.” – pomyślałem.

Kejn pośpiesznie policzył monety, a było tam około dwudziestu złotych ambardów.

  • Będzie na dziwki – powiedział.

  • Przyda się – przytaknął Igo.

Ich beztroska coraz bardziej mnie porażała. Z racji wieku to ja byłem najmłodszy, ale miałem wrażenie, że jest na odwrót.

  • Dzielić to, czy zatrzymać? - powiedział Kejn.

-Zróbmy wspólny fundusz – zaproponował Igo.

Kejn skinął głową.

  • Jesteś przekonany, ze nie zorientował się, że tam byłeś? - zapytał Igo.

  • Nie - zapewnił elf.

  • Czy jest szansa, że to była sakiewka Ragna i była na tyle dobrze ukryta, że nowy sołtys nawet o niej nie wie? - zaciekawił się Dalinar.

  • Była ukryta, ale nie potrafię odpowiedzieć na twoje pytanie.

  • Gorzej, jeśli dziś pojechał zbierać daniny i będzie chciał dorzucić do sakiewki - mamrotałem dalej niezadowolony.

  • Cóż stało się, to się stało – rzekł Igo - No przecież nie będziemy tego zwracać.

Ach mój drogi mistrzu, jakże bardzo się pomylił. Znowu przeczucie mnie nie zawiodło. Ale znów wyprzedzam fakty.

  • Zastanówmy się co dalej - zaproponował Igo.

  • Jak co dalej? – powiedziałem - Musimy poczekać, aż znów wyjedzie i przeszukać parter.

  • Miałem przez chwilę zamiar przeszukać dół razem z nim, ale jutro by się okazało, że znowu potrzebują sołtysa – powiedział z uśmiechem Kejn.

„Uff, choć tu użył głowy” - pomyślałem. W jego fachu powinien mieć bardziej rozwinięte instynkty samozachowawcze oraz szersze pojmowanie stwierdzenia „nie zostawiać po sobie śladów”. Zabrana sakiewka, a nawet tylko przelotna myśl o zabiciu sołtysa, jasno wskazywała, że mało co go obchodzi.

Przez pewien czas spieraliśmy się co robić. Ja optowałem za czekaniem na kolejną okazję, lecz reszta chciała to zrobić nawet dzisiejszej nocy. Co z nimi jest nie tak?

W pewnym momencie wpadł mi do głowy pomysł.

  • W sierocińcu zajmowaliście się ziołami, może moglibyście zrobić jakąś mieszankę, którą można by było dodać do paszy konia i niech, powiedzmy za kilka kilometrów po wyjeździe, koń dostanie jakichś boleści. Nie mówię, że ma zdychać, bo co biedny koń zawinił, ale żeby po prostu nie dało się na nim jechać. Raczej konia nie zostawi. I trochę potrwa zanim wróci lub będzie musiał może nawet gdzieś przenocować.

  • Jest to na tyle niepewne, że bym tego nie robił – odparł Igo.

Po długiej dyskusji ustaliliśmy, że czekamy do następnej okazji. I poprosiliśmy Kejna, żeby nie zrobił nic przez co będziemy musieli uciekać z osady.

Rano udaliśmy się na śniadanie. Jak zwykle ciekawski Ian dopytywał co mamy zamiar robić tego dnia.

  • Może udamy się do lasu zapolować na jakiegoś bażanta – odparł Igo.

  • Można tu polować? – dopytywałem - Bo to chyba las barona.

  • Najlepiej spytajcie sołtysa - odpowiedział Ian.

  • Prawdopodobnie jutro będziemy odjeżdżać. Czas poszukać jakiejś roboty - powiedział Dalinar.

Ian zasugerował nam, że może baron będzie miał pracę dla naszej grupy. Rozważaliśmy nawet czy się tam nie udać. Bo jeśli miał coś wspólnego ze zniknięciem Vernira, dobrze by tam było powęszyć. Jednak, po rozważeniu wszystkich za i przeciw, zdecydowaliśmy się, przynajmniej na ten moment, porzucić ten pomysł. Uznaliśmy, że jeśli nie uda nam się z pamiętnikiem, trzeba będzie swe kroki skierować w stronę poszukiwania Kościeja. Dalinar zaproponował, że w Mar-Margot poprosi kapłanów swego kościoła o pomoc w zdobyciu informacji. Jako że działali w konspiracji, mogli nam pomóc, nie zwracając na nas uwagi ciekawskich oczu i uszu innych. Uznaliśmy, że to chyba na ten moment dobry pomysł. Chyba, że pamiętnik, którego szukamy, rzuci nowe światło na sprawę.

Tak jak poprzedniego dnia, Kejn udał się do domu Celesty, żeby obserwować dom sołtysa, a my bez celu włóczyliśmy się po lesie, aby nie rzucać się w oczy. Po południu wróciliśmy do karczmy, aby zjeść obiad. Ian znów dopytywał o Kejna – tym razem sprzedaliśmy mu bajeczkę, że, jako jedyny posługujący się łukiem, został, aby coś upolować, bo my tylko płoszymy mu zwierzynę. Postanowiliśmy już nie wychodzić, więc zamówiliśmy dzban piwa i wspominaliśmy czasy sprzed rozstania. Pod wieczór do karczmy wszedł Kejn, dosiadł się do nas i oznajmił, że znalazł pamiętnik, ale szybko ostudził nasze podniecenie. Okazało się, że wszystkie zapisane karty z dziennika zostały wyrwane i ostały się tylko puste. Cały wysiłek na nic. Okazało się, że pamiętnik najzwyczajniej w świecie stał wśród innych książek. Zastanawialiśmy się jaki sens był w tym, aby ktoś wyrywał kartki i odkładał dziennik na swoje miejsce. Kejn z prostotą zaproponował, abyśmy przesłuchali sołtysa. Na to, ku mojej radości, nie zgodził się nikt. Już ustaliliśmy, że prawdopodobnie sołtys nie odegrał w tym żadnej roli, a moglibyśmy sobie na głowę ściągnąć tylko problemy. Cała sytuacja tak nas skołowała, że Igo zaczął nawet podejrzewać o spisek Markusa i nawet to co mówił miało sens. Czym więcej dyskutowaliśmy, pojawiało się więcej pytań niż odpowiedzi. Nawet Celesta nie uszła naszej uwadze - zdesperowani podejrzewaliśmy już nawet ją. Sytuacja była nieciekawa. I wtem Dalinara olśniło, a ja po prostu poczułem się jak głupek. To było takie proste. Vernir, kiedy usłyszał konnych, którzy przybyli go pojmać, sam wyrwał kartki i prawdopodobnie spalił, żeby nie dostały się w niepowołane ręce. Ten wniosek wszystkim wydawał się najbardziej prawdopodobny, a po słowach Dalinara wręcz oczywisty. Nie mieliśmy już czego szukać w Białej Osadzie. Czas było wyruszyć na poszukiwanie Kościeja.

Mam nadzieje drogi mistrzu, że nie zanudziłem Cię swoją opowieścią. Jeśli tylko sytuacja się rozwinie, znów do Ciebie napiszę.